Na zewnątrz lało coraz mocniej, a dźwięk deszczu był nieustanny i uderzał o szyby. Szyby drżały pod naporem ulewy i wyciem wyjącego wiatru.
Ściskałam mocno telefon, a ręce mi się trzęsły.
"Ech... więc... uh... dlaczego on mi pomaga sprawdzić mój samochód?" Mój głos zadrżał, stając się coraz cichszy, aż ostatnie sylaby utknęły mi w gardle, uwięzione przez nieokreślony strach. Już znałam odpowiedź, ale zaprzeczenie trwało uparcie jak cień o zmierzchu.
"Niech się pani nie martwi," głos w telefonie był spokojny, niczym kotwica rzucona na wzburzone morze. "Może przyjdę i potowarzyszę pani przy sprawdzaniu? Czy to by pomogło?"
W tej chwili jego spokojne zapewnienie było jak lina ratunkowa, coś solidnego, czego można się uchwycić w narastającej fali niepokoju.
"Tak, proszę przyjść! Jestem w budynku 3, mieszkanie 304. Będę czekać!"
Zakończyłam rozmowę i podeszłam do przedpokoju, siadając na brzegu ławki na buty.
Cisza w mieszkaniu była nie do zniesienia, każdy słaby odgłos zza drzwi jeszcze bardziej napinał mi nerwy. Moje myśli pędziły z wyrzutami sumienia. Dlaczego zdecydowałam się na zakup w tym nowym kompleksie, z tak niskim wskaźnikiem zamieszkania? Gdyby mieszkało tu więcej osób, może nie czułabym się tak samotnie.
Minuty dłużyły się. Im więcej o tym myślałam, tym mniej to miało sens. Jeśli Wayne nie pracował już w ochronie, dlaczego zaproponował sprawdzenie mojego samochodu? Czy tylko udawał ochroniarza?
Mrożąca krew w żyłach myśl uderzyła we mnie jak zimna woda. Jeśli ten mężczyzna i kobieta z wcześniej naprawdę chcieli mi zrobić krzywdę, czy Wayne był w to jakoś zamieszany? Wpatrywałam się w noc, a każdy cień nagle wydawał się potencjalnym zagrożeniem.
Mój telefon zadzwonił, przerywając ciszę.
To był Wayne.
Mój oddech stał się płytki, gdy wpatrywałam się w ekran. Nie wiedział, że odkryłam jego rezygnację. Czego on teraz może chcieć?
Po długiej chwili odebrałam.
"Halo? Jeszcze pani nie zeszła?" Głos Wayne'a był swobodny, wręcz zbyt normalny, ale cisza w tle była niepokojąca. Było tak cicho, że wyczuwałam podskórne napięcie, niczym ukryty przewód brzęczący energią.
"Jestem... jestem teraz zajęta. Dziękuję za pomoc, ale nie dam rady wyjść dziś wieczorem." Wymusiłam na swoim głosie pozory spokoju.
"Ach, no cóż, jeśli będzie tak padać, to do rana pani samochód zostanie zalany."
Nastąpiła pauza.
Dłuższa niż powinna.
"Czego się pani tak boi?" zapytał. A potem się zaśmiał.
Nie głośno, nie radośnie, ale cicho, powściągliwie. To był ten rodzaj śmiechu, który nie pasuje do zwykłej rozmowy, ten, który sprawia, że po skórze przechodzą ciarki, ponieważ wiesz, że coś jest nie tak.
"Czego chcesz?" zapytałam, starając się utrzymać spokojny głos.
Nie odpowiedział od razu. Śmiech ucichł, ustępując miejsca tonowi tak spokojnemu, że był prawie jeszcze bardziej niepokojący.
"Co powiesz na to," powiedział, "że wejdę na górę, wezmę kluczyki i zajmę się tym za panią? Czy to nie byłoby łatwiejsze?"
Chciał wejść na górę.
Wiedział, gdzie mieszkam.
Moje myśli pędziły. Niemal czułam, jak tryby obracają się w jego głowie, a każde wypowiedziane przez niego słowo jest doskonale wyrachowane.
"Nie, wszystko w porządku," powiedziałam szybko. "Jutro nie będę jeździć. Mój chłopak mnie zawiezie." Podkreśliłam słowo "chłopak", mając nadzieję, że go to powstrzyma, zmusi do przemyślenia jakiegokolwiek planu, który mógł mieć.
Wayne znów zachichotał, a ten dźwięk był pusty i dziwny, rozbrzmiewający jak pustka.
"Teraz sobie przypominam," powiedział. "Budynek 3, mieszkanie 301... 302... 304. Tak, 304. Sama pani to kupiła, prawda?"
Wiedział. Wiedział wszystko.
I nagle –
Bang, bang, bang!
Pukanie do moich drzwi, ostre i energiczne.
Czy on tu był?
Zerwałam się na równe nogi, serce waliło mi jak oszalałe. Telefon wypadł mi z rąk, brzęknął i upadł na podłogę, kręcąc się, aż wylądował w pobliżu drzwi.
"Halo? Co to za hałas?" Jego głos, wciąż w słuchawce, trzeszczał cicho.
Bang, bang, bang!
"Otwórz drzwi!" – krzyknął głos z drugiej strony.




