Roger Harris
Starał się nie okazywać frustracji, ale ból głowy Rogera narastał, gdy siedział naprzeciwko swojego Alfy. Sally, żona Rogera, siedziała obok niego, również zaniepokojona. Ich Alfa, Robert Turner, odpierał wszystkie ich obawy dotyczące Watahy, przeciągając spotkanie coraz bardziej w noc. Roger był podenerwowany; chciał wrócić do domu i czuł się winny, że zostawił Bailey samą. Znowu.
Ale Wataha Jasnego Nieba miała kłopoty. I jako Beta nie pozwoliłby, by Wataha została zniszczona od środka. Nawet jeśli oznaczało to rzucenie wyzwania swojemu Alfie. Czyn, który lata temu byłby zabroniony, ale przy wątpliwym przywództwie Roberta nie zamierzał ustąpić.
„Wataha nie przetrwa, jeśli będziesz nią tak zarządzał” – powiedział Roger, zdesperowany stanem finansów. Dług, który zaciągnęła Wataha Jasnego Nieba, zagrażał nie tylko jakości życia w ich wiosce, ale także ich bezpieczeństwu. Jeśli to by trwało dalej, banici i rywalizujące watahy mogliby spróbować przejąć kontrolę. Przyszłość całej Watahy była zagrożona.
Alfa zgromił wzrokiem swojego Betę i Roger nie potrafił stwierdzić, czy był bardziej zły o podważenie jego autorytetu, czy o prawdę zawartą w tych słowach. Brązowe oczy Roberta pociemniały. „Wataha ma się dobrze.” Przesunął się lekko na krześle. „Nasza populacja rośnie, dlatego finanse się zmieniły. Gdybyś po prostu zapytał–”
„– Mówiłem ci, że nie poproszę innej watahy o więcej pieniędzy, zanim nie będziemy mieli planu” – przerwał Roger, znając słowa, które miały paść z jego ust. Kosztowało go wiele wysiłku, by ich nie wykrzyczeć. „Zadłużanie się u innych watah sprawi, że będziemy podatni na ich przywództwo. Jasne Niebo będzie postrzegane jako słabe, nie możemy sobie pozwolić na utratę autorytetu.”
Robert praktycznie warknął: „Nie tracimy autorytetu. Nikt nie kwestionuje dominacji Jasnego Nieba. Potrzebujemy tylko małej pomocy, by odzyskać stabilność finansową utraconą przez wzrost populacji. Musimy najpierw zadbać o naszych ludzi, Roger.” To ostatnie zdanie zabolało Rogera.
„Zależy mi na naszych ludziach. Dlatego się martwię” – odparł Roger. Poczuł subtelny, ostrzegawczy dotyk Sally na ramieniu. Ciche przypomnienie, by nie odszczekiwać Alfie, by zachować dyplomację w rozmowie.
Sally odezwała się łagodnie, patrząc to na Rogera, to na Roberta: „Jeśli będziemy mieć plan spłaty Watahy Gwiezdnego Światła, wtedy poprosimy ich o pożyczkę.” Próbowała znaleźć kompromis między dwoma mężczyznami. Roger podziękował żonie spojrzeniem. Zawsze była stanowcza w swoich słowach, ale wystarczająco delikatna, by brzmiało to jak prośba. Roger skinął głową, zgadzając się z żoną.
Robert zwrócił wzrok w jej stronę, warkając na nią: „Mam plan, Sally. Nie musisz mi o tym przypominać.”
Twarz Rogera zapłonęła, był wściekły na ten jawny brak szacunku wobec jego żony. Początkowo Robert odmawiał dopuszczania jej do tych spotkań. Ale Sally zawsze była filarem społeczności. Była kimś, do kogo wioska zwracała się po radę, wskazówki i współczucie. Roger musiał walczyć z Alfą przez lata, aż w końcu przestał pytać. Zaczął przyprowadzać Sally na zebrania Watahy i z czasem Robert nauczył się to akceptować. Ale wciąż był gburowaty, ilekroć oferowała swoją opinię. Zwłaszcza gdy stawała po stronie Rogera.
Robert potrząsnął głową i uderzył pięściami w stół. „Nigdy nie staniemy na nogi bez ich pomocy! Kazałem ci ich zapytać, więc ich zapytasz. Nie ignoruje się bezpośrednich rozkazów swojego Alfy!”
Roger tylko potarł skronie. Był przyzwyczajony do wybuchów Roberta, egzekwującego swój tytuł Alfy. Przez lata Roger starał się odgrywać rolę dobrego Bety, wykonując rozkazy bez pytań. Ale czasy się zmieniły i nie pozwoliłby Robertowi doprowadzić Jasnego Nieba do upadku.
„Potrzebujemy planu, Robert. Dobrego” – jego zielone oczy, takie same jak u Bailey, wpatrywały się w niego intensywnie.
Gniew Roberta zelżał. „Mam plan, Roger. Powiem ci, kiedy nadejdzie właściwy czas. Na razie musisz mi zaufać.”
Roger nie mógł wypowiedzieć głośno tego, co myślał. Że mu nie ufał, że nie ufał mu od dawna. Ale kłótnia trwała już wystarczająco długo bez żadnego rozwiązania. Będzie musiał wymyślić plan, taki, który zadziała nawet bez zgody czy wiedzy jego Alfy.
Wstał, kiwając głową Alfie. „Porozmawiamy z Gwiezdnym Światłem i damy ci znać, co powiedzą.” Sally poszła w jego ślady, również wstając. Robert skinął lekko głową, po czym odprawił ich machnięciem ręki.
________
Bailey Harris
Po prawie godzinnej rozmowie z Polly, Bailey w końcu odłożyła telefon. Niezależnie od tego, jak wyglądała sytuacja między nią a Lukiem, znów czuła ekscytację z powodu przyjęcia. Dwudzieste pierwsze urodziny były ważne dla każdego w watasze. Sygnalizowały wzmocnienie mocy i moment, w którym więź z przeznaczonym wchodziła w życie. Zastanawiała się, czy poczuje przyciąganie więzi od razu, czy spojrzy na Luke’a i natychmiast będzie wiedzieć.
Wiedziała, jak to działa, tylko z opowieści rodziców. Opisywali to jako uczucie głęboko wewnątrz, mrowienie i ciągnięcie w stronę danej osoby. W stronę przeznaczonego partnera. U niektórych więź rozwijała się przez jakiś czas, ale u nich była natychmiastowa. Bailey miała nadzieję, że u niej będzie tak samo.
Wyszła z sypialni i usłyszała, jak zamki w drzwiach klikają, otwierając się. Weszli jej rodzice, oboje wyglądali na zestresowanych. Ich twarze złagodniały, gdy zobaczyli stojącą tam Bailey.
Mama posłała jej łagodny uśmiech. „Cześć kochanie, przepraszamy za spóźnienie. Jadłaś kolację?”
„W porządku!” – odpowiedziała Bailey nieco zbyt szybko. Nie chciała dać po sobie poznać, jaki wieczór zafundował jej Luke. Wolniej dodała: „Jadłam, zostało trochę, jeśli chcecie, żebym wam odgrzała” – powiedziała Bailey.
„Och nie, skarbie. Nie trzeba” – odpowiedziała mama.
Bailey zauważyła ich zmęczone spojrzenia; głęboka bruzda na czole ojca zawsze była znakiem, że coś jest nie tak. Brwi Bailey ściągnęły się. „Czy wszystko w porządku?”
Bruzda na czole ojca pogłębiła się, a mama zmarszczyła brwi. Bailey poczuła narastającą panikę i zapytała: „Czy wataha ma kłopoty?”
Tata zdjął okulary, masując skronie, a potem przetarł twarz. Jakby próbował zetrzeć to, co go gryzło, cokolwiek było nie tak. Wyraz troski mamy, zamaskowany jedynie lekkim uśmiechem, odpowiedział na pytanie Bailey.
„To nic takiego, kochanie. Nie martw się tym” – powiedział Roger, zakładając z powrotem okulary. „Po prostu długa noc” – jego próba przekonującego uśmiechu nie złagodziła niepokoju wewnątrz Bailey.
„Możecie mi powiedzieć, może mogłabym pomóc” – naciskała Bailey. Mimo że nie wiedziała, jak. Wiedziała tylko, że nie chce widzieć swojej Watahy w bólu. Jej rodzina, przyjaciele – cała wioska była dla niej ważna. Nie pozwoliłaby, żeby cokolwiek im się stało.
Nie pamiętała, by Wataha kiedykolwiek wcześniej miała kłopoty. Nie pamiętała czasu, kiedy ojciec wyglądałby na tak zestresowanego jak teraz. To wyjaśniało nocne spotkania, których częstotliwość wzrosła w ciągu ostatnich miesięcy. Ale co go trapiło, tata nigdy jej nie powiedział. Tylko tyle, że to zostanie naprawione i żeby się nie martwiła. Co oczywiście tylko potęgowało strach Bailey o Watahę.
„Możliwe, że ja mógłbym pomóc” – powiedział głęboki, uprzejmy głos z głębi domu.
Bailey gwałtownie odwróciła głowę, niemal zapominając o dziwnym, przystojnym mężczyźnie czekającym na jej ojca w gabinecie. Między rozmową z Polly a tą teraz, Bailey czuła się, jakby musiała przejść przez mnóstwo emocji w tak krótkim czasie.
Ojciec Bailey wyprostował się, a wyraz zaskoczenia przemknął przez jego twarz. „Nie wiedziałem, że przyjedziesz.” Szybko poprawił postawę i okulary. Jej mama również przybrała maskę szacunku, ukrywając zmarszczki zmartwienia.
Roger szybko dodał: „Przepraszam, że byłem zajęty, kiedy przybyłeś.” Szacunek, niemal cześć, były wyraźne w jego głosie. Ta nagła zmiana sprawiła, że Bailey zaczęła się zastanawiać, kim był nieznajomy. Z pewnością nie dalekim krewnym, sądząc po tym, jak zareagował na niego ojciec.
Uprzejmy uśmiech na twarzy Tony’ego był bardziej szczery niż ten, który zaoferował Luke’owi. Wyszedł z gabinetu, wyciągając rękę i ściskając mocno dłoń jej taty. „Proszę, nie ma potrzeby przepraszać. Bailey była bardzo gościnna.”
Niebieskoszare oczy Tony’ego zwróciły się na Bailey, a komplement sprawił, że jej twarz zapłonęła. Skinęła lekko głową, jakby to było nic takiego. Miała nadzieję, że nie wspomni nic o obecności Luke’a. Że nie przekaże tego, co o nim mówiła, co prawie się wydarzyło. Czy Tony wiedział, że ta informacja jest prywatna, czy po prostu nie chciał mówić rodzicom, tego nie była pewna. Ale była wdzięczna, gdy nic o tym nie wspomniał.
Nie żeby jej rodzicom to nie przeszkadzało, ale obrażanie kogokolwiek z rodziny Alfy mogło być postrzegane jako nielojalność wobec Watahy. Jedna z bardziej przestarzałych tradycji, która przetrwała przez lata. Starożytne prawa mówiły kiedyś, że zdrajcy będą publicznie traceni jako wyraźne ostrzeżenie, by nie sprzeciwiać się Alfie Watahy.
Bailey zawsze była wdzięczna, że czasy się zmieniły, że prawa nie były już tak brutalne. Ale mentalność lojalności pozostała. Bailey i jej rodzice mogli opuścić gardę przy sobie, ale musieli uważać przy innych w wiosce. A teraz, z obcym w ich salonie. Musieli być postrzegani jako zjednoczony front. Miała nadzieję, że jej wcześniejsze słowa nie wpłyną na nią i zostaną między nią a Tonym. Mimo że dopiero go poznała, coś wewnątrz Bailey podpowiadało jej, że tak będzie.
Mimo to Bailey zastanawiała się, kim naprawdę był Tony, by wzbudzać taki szacunek u jej ojca.
„Dziękuję, Bailey” – powiedział Roger, a jego głos był silniejszy. „Panie Star, chodźmy porozmawiać.”
Bailey patrzyła na stojącego tam Tony’ego, Tony’ego Stara. Zastanawiała się, kim był i skąd pochodził. Częścią jakiej Watahy był i jakie sekrety skrywał.
















