„Myślałem, że rzeka stanie się moim grobem. Zamiast tego zaniosła mnie prosto w ramiona jedynego mężczyzny, który potrafił poskładać mnie w jedną całość”. Elian nie zaznał w życiu niczego poza bólem. Głodzony, biczowany i upokarzany przez swojego dawnego Alfę, zostaje zepchnięty na sam skraj przepaści, gdy bezlitosny syn Alfy bierze go w posiadanie w najbardziej brutalny z możliwych sposobów. Zniszczony fizycznie i złamany na duchu, Elian wybiera zdradliwe nurty rwącej rzeki zamiast życia pełnego niekończących się tortur. Spodziewa się śmierci. Zamiast tego budzi się w ogromnym łóżku nieznajomego. Alfa Kaelen z Watahy Mrocznego Półksiężyca doskonale zna gorzki smak odrzucenia. Przykutego do wózka inwalidzkiego Kaelena, jego pierwszy przeznaczony porzucił z szyderstwem, nazywając go „żałosnym kaleką”. Kaelen wyrzekł się miłości – do czasu, aż jego Beta wyciąga z wody na wpół martwego, dotkliwie skatowanego Omegę. W chwili, gdy Kaelen dotyka skóry kruchego chłopca, rozbłyskują odurzające iskry więzi przeznaczenia. Elian boi się własnego cienia, a zwłaszcza Alf. Ale Kaelen jest inny. Nie widzi w nim zepsutej zabawki; widzi swój cały świat. Kaelen przysięga uleczyć blizny Eliana krok po kroku, pocałunek po pocałunku, udowadniając, że nawet Alfa na wózku inwalidzkim może być najzacieklejszym obrońcą. Jednak właśnie wtedy, gdy Elian zaczyna ufać ciepłu objęć Kaelena – oraz nowemu życiu, które w cudowny sposób w nim rośnie – jego koszmarna przeszłość powraca. Potwory, które go złamały, podążają jego tropem, grożąc zniszczeniem jego nowo odnalezionej rodziny. Zlekceważyli jednak Alfę, który spaliłby cały świat, by chronić swojego Omegę. I całkowicie zapomnieli o jednym, kluczowym szczególe: Elian nie jest zwykłym Omegą. Pod popiołami jego traumy zaraz przebudzi się uśpiona, ognista magia. Czy dwie złamane dusze zdążą uleczyć się nawzajem, by stawić czoła nadchodzącej wojnie? A może cienie przeszłości na zawsze zgaszą ich płomień?

Pierwszy Rozdział

*⚠️ Ostrzeżenie: ta książka zawiera dosłowne sceny seksu między mężczyznami, opisy przemocy, gwałtu oraz homofobiczne obelgi. Rozdziały NIE będą oznaczane ostrzeżeniami o triggerach. Czytasz na własną odpowiedzialność. ~§~ Wiele lat temu życie wilkołaków wyglądało zupełnie inaczej. W tamtych czasach słabi byli albo porzucani, albo zabijani, bici, gwałceni lub wykorzystywani jako niewolnicy seksualni. Z biegiem lat życie się zmieniło, ale nie wszędzie. Niektórzy Alfowie wciąż kurczowo trzymają się dawnych zwyczajów. Wataha Umbral Crescent, mająca swoją siedzibę w Watton na Górnym Półwyspie Michigan, jest jedną z największych w Ameryce Północnej, licząc ponad 1500 członków, i nie wyznaje już dawnych zasad. Alfa Kaelen kontynuuje dziedzictwo swojego ojca, starając się uwolnić świat od Alfów, którzy utknęli w starym sposobie myślenia i nie tylko wciąż trzymają niewolników, ale także gwałcą, biją i głodzą swoje Omegi. ~§~ Punkt widzenia Kaelena Wzdycham, zamykając laptopa. Przeciągam się, opierając o oparcie fotela, po czym przesuwam dłońmi po twarzy i poprawiam koszulę, ściągając ją w dół tam, gdzie się podwinęła. Odsuwam się od biurka i mrużę brwi, widząc, że jedna z moich nóg zsunęła się z podnóżka. Ponieważ nie mam w nogach czucia, nie zdawałem sobie z tego sprawy aż do teraz. To było bolesne przypomnienie o tym, że nie czuję swoich nóg ani stóp. Sięgnąłem w dół i chwyciłem prawą nogę, kładąc ją z powrotem na podnóżku, a następnie przypiąłem ją pasem, żeby znowu się nie zsunęła. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebuję, to żeby ta cholerna noga spadła podczas jazdy i utknęła w kole, jak to już się zdarzało wcześniej. Zostanie wyrwanym z wózka, bo stopa zablokowała się w szprychach, było wyjątkowo upokarzającym momentem. Szczególnie że stało się to na oczach dużej grupy członków watahy; takie chwile sprawiały, że czułem się słaby i niegodny bycia alfą. Spoglądam przez otwarte okno, słysząc piski dzieci. Moje serce się uspokaja, gdy widzę, że po prostu się bawią. Patrzę, jak gonią się nawzajem, śmiejąc się, gdy wpadają na siebie i tworzą stertę ciał. Przed oczami migają mi obrazy z mojego dzieciństwa; pamiętam czasy, kiedy moje nogi były sprawne. Patrzę na swoje bezużyteczne nogi przypięte do wózka i wzdycham, po czym ruszam w stronę drzwi. Zerkałem na zegar na ścianie, zanim zamknąłem drzwi, i jęknąłem, zdając sobie sprawę, jak mało mam czasu. Powinienem już być w samochodzie, ale po prostu nie mogłem oderwać się od pracy. Zamiast zejść na dół, kieruję się do swojego pokoju. Chcę zobaczyć Naelina jeszcze raz przed wyjazdem i upewnić się, że ma wszystko, czego potrzebuje. Ledwie docieram do windy, gdy czuję, jak mój Beta napiera na więź telepatyczną. Jęczę, zanim ją otwieram. „Planujesz kazać mi tu czekać cały dzień? Wiesz, że mieliśmy wyjechać 20 minut temu. Rusz się, wielkoludzie, mamy samolot do złapania” – powiedział Zareth przez więź. „Będę za minutę. Chcę się tylko pożegnać z Naelinem” – odpowiedziałem, po czym zamknąłem połączenie. ~§~ Nienawidzę wyjeżdżać, a tych durnych zjazdów Alfów nienawidzę jeszcze bardziej. Przynajmniej w zeszłym roku odbywało się to w Kolorado. Niestety, w tym roku wypadło na Florydę. Nie zrozumcie mnie źle, Floryda jest fajna, jeśli jesteś człowiekiem, ale mój wilk i ja nienawidzimy upału. Tam jest dla nas zdecydowanie za gorąco i zbyt wilgotno. Wolę chłodniejsze temperatury tutaj, na Górnym Półwyspie Michigan… Po zabezpieczeniu mojego wózka z tyłu, Zareth posyła mi swój charakterystyczny, głupkowaty uśmiech i wrzuca bieg. Kręcę głową i modlę się, żeby nie zagadał mnie na śmierć, jak ma to w zwyczaju. Nie chciałbym wyrzucić go z samochodu i musieć szukać nowego bety. Czuję moment, w którym przekraczamy tę niewidzialną linię wyznaczającą granice naszego terytorium. Patrzę w lusterko boczne i obserwuję, jak opuszczamy moją ziemię. To dziwne uczucie, kiedy zostawiasz swoje terytorium. To pustka, która powoduje ucisk w klatce piersiowej, odczuwalna natychmiast po przekroczeniu tej niewidzialnej linii. Poza własnym terytorium wszystko pachnie inaczej i wydaje się obce. To uczucie, że coś jest nie tak, że jesteś nie na miejscu. Czujesz, jak dom cię wzywa, szarpiąc za tę niewidzialną więź z terytorium, błagając o powrót. Ignoruję to wołanie i patrzę na Zaretha, który wpatruje się prosto przed siebie. Zastanawiam się, jak długo potrwa ta cisza i spokój, zanim zostanę zmuszony do słuchania jego suchych żartów, dopóki nie zagrożę mu wyrzuceniem z auta. Niestety, nie trwało to długo. Zaledwie pięć minut po opuszczeniu terytorium Zareth zaczął mówić. Gdy tylko otworzył usta, już ich nie zamknął. Słowa wylewały się z niego jak wymiociny. Warczę, rozważając wypchnięcie idioty z tego cholernego samochodu… Powinienem był zabrać taśmę klejącą! Znam Zaretha całe życie. Dorastaliśmy razem z Kasianem, moim dowódcą. Ojciec Zaretha był betą mojego ojca. Kiedy zająłem miejsce ojca, jego ojciec ustąpił, aby Zareth mógł zostać moim betą. Zareth ma wesołą osobowość i jest duszą towarzystwa. Kocha swoje „tatusine żarty”, a jak już zacznie mówić, to nie przestaje. Kasian jest całkowitym przeciwieństwem Zaretha. Jest poważniejszy i bardziej zrównoważony. Nasza trójka zawsze była nierozłączna – są braćmi, których nigdy nie miałem, a ten tutaj irytuje mnie dokładnie tak samo jak brat – pomyślałem, świdrując wzrokiem bok głowy Zaretha, gdy ten opowiadał o jakiejś wysypce na tyłku. ~§~ Rozglądam się po sali pełnej Alfów. Nie wiem, czy mam być wdzięczny, że dzisiaj jest tylko kolacja, czy rozczarowany. Przynajmniej podczas wykładów mam powód, by się nie integrować. Przypuszczam, że nie wszyscy Alfowie tutaj są źli, ale niektórzy to pewne siebie dupki, uważające się za lepszych od wszystkich i skore do podkreślania tego na każdym kroku, zupełnie jak w przypadku incydentu sprzed dziesięciu minut. Pan „fikał i się dofikał” przekonał się, że nie jest taki mocny, gdy wynoszono go z jadalni nieprzytomnego. – Stary, dlaczego na takich imprezach nie ma więcej kobiet? – narzekał Zareth, skanując salę z dąsem na twarzy. – Żebyś nie mógł zarazić ich kobiet tym zainfekowanym wyrostkiem między nogami! – rzuciłem od niechcenia, biorąc kolejny kęs. Zareth gwałtownie wciągnął powietrze i położył rękę na piersi, udając urażonego. – Chciałbym, żebyś wiedział, że Zareth Junior cieszy się nienagannym zdrowiem! – Zareth wyszczerzył swoje perłowe zęby, a ja jęknąłem, kręcąc głową. – Nie musiałem wiedzieć, że nadałeś imię swojemu fiutowi! – skarciłem go, próbując nie zwymiotować. Zareth wybuchnął śmiechem, a ja zignorowałem go, wypijając sporą porcję bourbona. – Przynajmniej część personelu to kobiety – zauważył Zareth, gdy podeszła kelnerka z dzbankiem wody. Beta posłał jej uśmiech i mrugnął okiem, sprawiając, że dziewczyna się zarumieniła. Pokręciłem głową i odwróciłem wzrok, wdzięczny, że nie dzielę z nim pokoju. Ostatnia rzecz, jakiej chcę, to zostać obudzonym przez tego idiotę przemycającego dziewczynę do łóżka. – Zareth, przysięgam, że to coś kiedyś ci odpadnie! – powiedziałem, a Zareth wciągnął głośno powietrze, patrząc na mnie. Szybko spojrzał w dół i gorączkowo zaczął macać się między nogami. – Nie! Junior wciąż tam jest! – wypalił idiota, a ja nie mogłem powstrzymać śmiechu. Na twarzy Zaretha wykwitł szeroki uśmiech, a klatka piersiowa mu urosła, dumny z tego, że mnie rozśmieszył. ~§~ Kiedy skończyliśmy jeść, oparłem się wygodniej z nową szklanką bourbona. Gdy unosiłem naczynie do ust, poczułem, jak mój wilk się porusza i zaczyna krążyć w mojej głowie. Przeszedł od zera do setki tak szybko, że aż mnie to zaniepokoiło. Czułem, jak napiera na ściany, które go więziły, desperacko próbując się wydostać i przemienić. Przeskanowałem salę, ale nie widziałem niczego niepokojącego. Poszukałem wzrokiem Zaretha i znalazłem go przy barze, flirtującego z kelnerką. Nacisk w mojej głowie stawał się intensywny, a czaszka zaczęła mi pulsować. Rozmasowałem skronie. „Przestań, Zarok!” – skarciłem wilka w myślach, ale on mnie ignorował. Jeszcze raz powiodłem wzrokiem po sali, a gdy odwróciłem głowę w stronę drzwi, do moich nozdrzy dotarł zapach, który sprawił, że zamarłem. Serce załomotało mi w piersi, uderzając o żebra tak głośno, że bałem się, iż wszyscy to usłyszą. Nie mogłem się poruszyć ani zaczerpnąć tchu. Wpatrywałem się w drzwi, gdy niesamowity zapach, na który czekałem całe życie, wypełnił mój nos, a mój wilk zaczął mruczeć w głowie. Myślałem, że on nigdy nie wejdzie, a kiedy to zrobił, moje serce potknęło się, a wilk zawył w środku z zachwytu. Był przystojny, miał piękne, lśniące ciemne włosy i ciemne oczy, które gorączkowo przeszukiwały tłum, szukając mnie. Wypełniła mnie ekscytacja; ledwie mogłem doczekać się chwili, w której jego wzrok spocznie na mnie. Moje usta wygięły się w oczekiwaniu, ale doznałem szoku, widząc wyraz twarzy, który go odmalował w momencie, gdy mnie dostrzegł. Najpierw był to szok, który szybko ustąpił miejsca wściekłości. Im dłużej utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy, tym głębszy stawał się ten gniew. W końcu przerwał go i pozwolił swoim oczom zjechać w dół mojego ciała. Wpatrywał się w moje nogi i wózek z obrzydzeniem, a mnie żołądek podszedł do gardła. Jego szczęka się zacisnęła, a mięśnie drgnęły – zacisnął pięści tak mocno, że zobaczyłem kroplę krwi spadającą na podłogę. To nie była reakcja, jakiej spodziewałem się po moim partnerze w chwili odnalezienia. Może lekkiego wahania, może odrobiny rozczarowania na widok wózka, ale nie tego… nie tej narastającej wściekłości w jego oczach. Musiałem do niego podjechać. Musiałem z nim porozmawiać i dotknąć go, mając nadzieję, że go uspokoję i wyjaśnimy to sobie. Ale gdy tylko odsunąłem się od stołu i skierowałem wózek w jego stronę, on nagle wypadł z sali. Odprowadziłem go wzrokiem, gdy przeciął jadalnię i wyszedł tylnymi drzwiami. Poczułem ucisk w klatce piersiowej. Ciężko było mi oddychać. Przełknąłem ślinę, zanim ruszyłem wózkiem do przodu i szybko skierowałem się na zewnątrz. Znalezienie go nie było trudne. Stał zaledwie kilka metrów od drzwi, chodząc w tę i z powrotem i mamrocząc wściekle do siebie. Powoli podjechałem bliżej, ale gdy tylko byłem blisko, nagle zatrzymał się i stanął twarzą do mnie. Wiedziałem, że piorunuje mnie wzrokiem, ale nie mogłem przestać przypatrywać się jego rysom teraz, gdy byłem tak blisko. Desperacko chciałem go dotknąć, objąć, poprosić, by spróbował przymknąć oko na wózek, ale nie mogłem zrobić nic z tych rzeczy; dotyk był oczywiście ostatnią rzeczą, jakiej pragnął. Szukałem w jego twarzy czegoś więcej, próbując zrozumieć, co podsyca tę wściekłość, ale moja intuicja już znała odpowiedź. – Co się st… – Drugie słowo nigdy nie opuściło moich ust. Jego ostre słowa natychmiast mi przerwały, sprawiając, że żołądek mi się wykręcił. – To musi być jakiś chory żart!... Przecież jesteś facetem! Nie jestem, kurwa, gejem! Lubię kobiety, nie facetów! – wypluł. – Lubię cipy, nie chuje! – Przerwał, a jego nienawistne oczy przesuwały się po moim ciele, aż spoczęły na wózku. Prychnął. – A to co, kurwa, jest? Żartujesz sobie ze mnie? Spójrz na siebie, nawet chodzić, kurwa, nie umiesz! Jesteś na jebanym wózku! No proszę cię, jakie to żałosne! – Jego twarz wykrzywiła się z obrzydzenia, a moje serce pękło. – Co ja, kurwa, zrobiłem, żeby zasłużyć na żałosnego partnera, który nie potrafi nawet chodzić?! To jakieś bzdury! Jeśli Bogini miała mi dać jebanego pedała za partnera, to mogła przynajmniej dać mi kogoś, kto nie byłby tak bezużyteczny i komu, kurwa, działałyby nogi! Jak ty w ogóle możesz być Alfą, skoro twój durny tyłek utknął na pieprzonym wózku? Czułem się, jakbym dostał cios prosto w splot słoneczny; całe powietrze uciekło mi z płuc. Nikt nigdy nie mówił do mnie tak okrutnie. Spodziewałbym się tego po wrogu, ale nie po osobie, którą Bogini stworzyła dla mnie. To było jak chory sen, z którego nie mogłem się obudzić. Każde pozbawione serca słowo padające z jego ust było jak nóż przeszywający moje serce. Gdyby to był ktokolwiek inny, leżałby już nieprzytomny na ziemi… ale to nie był nikt inny. Jego głos stawał się coraz głośniejszy, co wyrwało mnie z zamyślenia; jego słowa znów stały się wyraźne. – No bez jaj! To są jakieś bzdury! – krzyknął, po czym odszedł kilka kroków i gwałtownie się obrócił. – Chryste, Bogini musi mnie naprawdę nienawidzić. Najpierw nie dostaję pozycji Alfy. Ooo nie! To trafia do mojego żałosnego brata, a ja zostaję uwięziony jako jego pieprzony Beta! I jakby tego było mało, nie dość, że mam za partnera pedała, to jeszcze takiego na jebanym wózku!... No po prostu zajebiście! – wrzasnął, rozkładając ręce na boki, po czym opuścił je bezwładnie. Czułem się oddzielony od własnego ciała, gdy kontynuował swój potok wyzwisk. Czułem się, jakbym oglądał tę scenę z góry. Mrugnąłem, gdy poczułem jego palec dźgający mnie w pierś i uświadomiłem sobie, że pochyla się nade mną, wrzeszcząc. Zaskoczył mnie; moja głowa odskoczyła w prawo, a po boku twarzy rozeszło się przeszywające pieczenie. Powoli podniosłem rękę i w szoku dotknąłem policzka. Rozległ się śmiech, a ja powoli odwróciłem się, by na niego spojrzeć. Śmiał się, wytykając palcem moją zdziwioną twarz, po czym nagle zamilkł. Jego wyraz twarzy ściemniał, a ja zacząłem się bać, do czego to doprowadzi. Jeśli chciał ze mną walczyć, byłbym dla niego łatwym celem, bo nigdy nie podniósłbym ręki na swojego partnera. – Nigdy nie będę partnerem ułomnego pedała! – wrzasnął, po czym wyprowadził cios pięścią. Gdy jego pięść leciała w moją stronę, czas jakby zwolnił. Patrzyłem, jak centymetr po centymetrze zbliża się do mojej twarzy. Zamknąłem oczy i wypuściłem powietrze, akceptując to, co nadchodziło. Pięść uderzyła w moją twarz, a głowa odskoczyła w bok. Moja warga natychmiast pękła, a miedziany posmak krwi wypełnił usta. Zadał kolejny cios, tym razem w brzuch. Ciosy sypały się jeden po drugim; bił na oślep, od twarzy po tułów. Jęknąłem, gdy uderzenie trafiło w moje żebra. Czułem, jak szybko tworzą się sińce i obrzęki, ale nie zablokowałem ani jednego ciosu, nie oddałem ani razu. Czułem ból każdego uderzenia, ale był on niczym w porównaniu z bólem w klatce piersiowej spowodowanym pękającym sercem. Zacząłem sobie zdawać sprawę, że brak oporu tylko podsyca jego wściekłość. – Oddaj!... Oddaj, ty jebany pedale! – wrzasnął. Jego klatka piersiowa falowała, gdy bił od niego gniew. Otarłem krew z ust wierzchem dłoni i spojrzałem na niego. – Nie… nie uderzę cię. Jesteś moim partnerem! Zobaczyłem, jak coś w nim pęka. To było tak, jakbym dolał benzyny do ognia. Zacisnął dłonie w pięści i wrzasnął, po czym kopnął mnie z całej siły. Jego stopa wylądowała prosto na mojej klatce piersiowej, posyłając mnie do tyłu i przewracając wózek, gdy z niego wypadłem. Uderzenie wybiło mi dech z płuc. Charczałem, trzymając się za pierś i próbując zaczerpnąć tak potrzebnego powietrza. Zakaszlałem, napełniając płuca, i wyczułem, że on się zbliża. Stanął nade mną, dysząc ciężko i piorunując mnie wzrokiem. Powinienem był to przewidzieć, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem. – Jak się nazywasz? – zapytał chłodno. Serce mi zamarło. Natychmiast wiedziałem, dlaczego zadaje to pytanie. To bolało bardziej niż jego słowa czy napaść fizyczna. Czułem, jak mój świat obraca się w ruinę, a mój wilk skomlał, spuszczając głowę w geście porażki. Przez chwilę nie mogłem nic powiedzieć ani się poruszyć. Jedyne, co mogłem zrobić, to leżeć tam i patrzeć na niego. Miałem nadzieję zobaczyć coś w jego oczach… coś poza gniewem, wściekłością i obrzydzeniem, ale nie dostrzegłem nic innego. Ostatnia iskierka nadziei zniknęła, co było druzgocące. Odwróciłem głowę i wyplułem krew, która zebrała się w moich ustach, po czym znów na niego spojrzałem. – Kaelen Vane, Alfa Watahy Umbral Crescent. – Moje gardło było suche, gdy mówiłem. Te słowa były jak ostrza brzytwy, gdy zmuszałem się, by je wypowiedzieć. Zobaczyłem, jak jego usta się poruszają, i usłyszałem jego głos, ale wydawał się odległy i przytłumiony, gdy recytował słowa, których nigdy nie sądziłem, że usłyszę. Wiem, że podał swoje imię i nazwę watahy, do której należy, ale nic z tego nie zarejestrowałem… Może tak było lepiej. – Ja, Draken Vull, przyszły Beta watahy Sanguine Eclipse, odrzucam ciebie, Alfo Kaelenie Vane z Watahy Umbral Crescent, jako mojego partnera. Wyrwałem się z odrętwienia, gdy w mojej piersi wykwitł potworny ból, który przeszył całe ciało. Chwyciłem się za klatkę piersiową, zacisnąłem zęby i zamknąłem oczy z powodu intensywnego cierpienia. Czułem się, jakby serce wyrwano mi z piersi. Biały żar promieniował przez całe ciało; trudno było oddychać. Wiedziałem, że gdybym stał, ten ból rzuciłby mnie na kolana. Jęczałem i zaciskałem zęby, próbując przetrwać to cierpienie. Moje płuca płonęły; czułem, jakby stały w ogniu. Czułem, jak więzi się rozplatają, gdy cząstka jego duszy była oddzielana i usuwana z mojej. Zajęło mi kilka chwil, zanim odzyskałem oddech, a kiedy to nastąpiło, spojrzałem na mojego partnera. Spodziewałem się zobaczyć żal, wyrzuty sumienia, jakąś formę smutku, ale nie widziałem nic poza tym samym chłodem, który towarzyszył mu przy wypowiadaniu tamtych słów. – Ja, Kaelen Vane, Alfa Watahy Umbral Crescent, przyjmuję twoje odrzucenie. Sposób, w jaki jego oczy się rozszerzyły, sugerował, że nie spodziewał się, iż tak po prostu przyjmę jego odrzucenie. Zacząłem żałować, że w ogóle go spotkałem, ale było już za późno. Gdy ostatnie słowo opuściło moje usta, te nici, które odplatały się od mojego serca, pękły w jednej chwili, a więź partnerstwa została zerwana na zawsze. Jego oczy gwałtownie się zamknęły, chwycił się za pierś i upadł na kolana. Krzyknął, lecąc do przodu, podpierając się prawą ręką, by nie uderzyć o ziemię, podczas gdy lewą kurczowo trzymał się za klatkę. Na jego czole wystąpiły krople potu, gdy walczył o oddech. Bolesny okrzyk, który wyrwał się z jego ust, sprawił, że moje serce się zacisnęło. Walczyłem z pokusą, by go pocieszyć, mimo że to on był sprawcą tego wszystkiego. Zajęło mu trochę więcej czasu, zanim doszedł do siebie na tyle, by złapać tchu. Na słaniających się nogach wstał i potrząsnął głową, jakby chciał coś z siebie zrzucić. Potem, po prostu, odszedł… To był ostatni raz, kiedy go widziałem. Nigdy więcej nie spotkałem go na zjeździe, ale z drugiej strony – wyjechałem wcześniej. Ból, którego doświadczałem każdej nocy, gdy moje ciało przechodziło zespół odstawienny po utracie więzi, stał się nie do zniesienia. Z każdym dniem stawałem się słabszy. Uznałem, że najlepiej będzie wrócić do domu i dochodzić do siebie w spokoju.

Odkryj więcej niesamowitych treści