– Wygląda na to, że wszyscy już są – rzekł Aleric, a jego głos poniósł się ponad tłumem. – Zgromadziliśmy się tu dzisiaj, by być świadkami procesu Ariadne Chrysalis, byłej Luny watahy Zimowej Mgły.
Jego wzrok omiótł twarze zgromadzonych, zanim ostatecznie spoczął na mnie.
– Czy przysięgasz na imię Bogini, Ariadne, że podczas tego procesu będziesz mówić całą prawdę? – zapytał Aleric.
Spojrzałam w jego przenikliwe zielone oczy, a dreszcz przebiegł mi po plecach. Jakże te oczy mnie prześladowały.
– Przysięgam – odpowiedziałam głośno i pewnie.
– A jak brzmi twoja odpowiedź na zarzuty?
Wstrzymałam oddech, serce łomotało mi w piersi.
– Niewinna.
.
** Dwa tygodnie wcześniej **
– Ona jest w ciąży – oznajmił mi Aleric.
Wpatrywałam się w niego w szoku, a moja twarz pobladła. Mój przeznaczony partner, miłość mojego życia, mówił mi, że zapłodnił dziewczynę. Dziewczynę, która nie była mną.
To było jak kopniak w brzuch. Więź partnerska sprawiła, że ciężar jego słów stał się torturą, a moja wewnętrzna wilczyca zawyła z bólu. Oddałam Alericowi wszystko, wycierpiałam dla niego wszystko. A jednak on stał tu przede mną, przekazując tak potwornie bolesną nowinę, jakby po prostu podawał mi godzinę.
– Dlaczego? – wyszeptałam, a łzy napłynęły mi do oczu.
– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć – odparł ostro Aleric. – Nie potrafiłaś nawet wypełnić wszystkich swoich obowiązków jako moja partnerka, jako Luna. Nie udawaj, że to niespodzianka. Wataha potrzebuje dziedzica Alfy. Czegoś, do czego ty jesteś niezdolna, Ariadne.
Jego słowa piekły, wbijając się głęboko w moje ciało niczym nóż. Byliśmy oficjalnie sparowani od sześciu lat i to była prawda... nie zdołałam urodzić mu dziecka. Nie było jednak tak, że tego nie chciałam. Przez miesiące po tym, jak oficjalnie dowiedzieliśmy się o więzi, próbowałam wszystkiego, by być z nim tak często, jak to możliwe. Ale on nigdy nie był mną zainteresowany, widziałam to wyraźnie. Wiedziałam, że był ze mną tylko dlatego, że byłam prawowitą Luną.
Ale wiedziałam też coś jeszcze. Coś, z czym żadna partnerka nigdy nie powinna musieć żyć.
A mianowicie wiedziałam o jego kochance, Thei.
Aleric i Thea znali się, zanim zostaliśmy oficjalnie sparowani, i widziałam jak na dłoni, jak bardzo ją faworyzował. Dawał jej miłość, która prawnie należała się mnie, patrząc na nią tak, jakby była jego słońcem. Ale każda cząstka mojej istoty kochała go, nawet jeśli on nie kochał mnie. A jednak, karmiąc się jakimś płonnym marzeniem, wciąż miałam nadzieję, że przekona się do mnie, gdy urodzę mu dziecko. W końcu byłam prawowitą Luną i jego partnerką.
Rok po nieudanych próbach zajścia w ciążę udałam się do lekarza watahy, a on potwierdził moje najgorsze obawy: byłam niezdolna do rodzenia dzieci. Nie wiedziałam, co robić, jak dalej żyć. To była jedyna rzecz, w której pokładałam wszelkie nadzieje na odmianę mojego losu, na zmianę Alerica. Wiadomość o mojej bezpłodności została na szczęście zachowana tylko w kręgu wysokich rangą członków watahy, ale nigdy nie widziałam mojego ojca, Bety, tak rozczarowanego moją osobą.
Próbowałam wszystkiego, by utrzymać uwagę Alerica pomimo tych wieści. Schudłam, starałam się wyglądać ładniej i poświęciłam się moim obowiązkom Luny. Byliśmy najlepiej prosperującą watahą w kraju i po części była to moja zasługa. Myślałam, że jeśli sprawię, by odniósł sukces, odwdzięczy mi się tym samym. Jednak im więcej czasu mijało, tym zimniejszy i bardziej agresywny się stawał.
Kiedy w przeszłości kładł się ze mną do łóżka, zawsze było to zimne, kliniczne, jakby wykonywał obowiązek, a nie czerpał z tego przyjemność. Ale wszystko zmieniło się, gdy dowiedział się o mojej bezpłodności; jego wizyty wkrótce całkowicie ustaly. Te krótkie chwile, którymi mnie kiedyś obdarzał, były dla mnie wszystkim. Były to jedyne momenty, kiedy dotykał mnie z intymnością. Moja skóra iskrzyła wszędzie tam, gdzie stykały się nasze ciała, a jego zapach mnie odurzał.
To była klątwa więzi partnerskiej.
– ...Ale ja cię kocham, Alericu – powiedziałam, mój głos był ledwo słyszalny.
Nie potrafiłam spojrzeć w jego zimne zielone oczy, a nogi zaczęły mi drżeć. Czułam wewnątrz, że moja wilczyca jest zdruzgotana, czując jej ból zmieszany z moim.
To było duszące.
– Nie bądź żałosna – prychnął. – Powinnaś uważać się za szczęściarę, że nie pozbawiam cię pozycji Luny na rzecz Thei. Bogini wciąż wybrała cię na Lunę, nawet jeśli się pomyliła.
Drgnęłam na jego słowa.
– Jednakże – kontynuował – muszę cię poinformować, że uczynię dziecko Thei moim prawowitym dziedzicem. Starszyzna uznała to za stosowne w zaistniałych okolicznościach. Rozumieją, jak ważne jest to dziecko dla przetrwania watahy.
Skłoniłam przed nim głowę w geście uległości, łzy cicho spływały mi po twarzy. Musiałam wyjść, uciec od niego, ale jego obecność trzymała mnie w miejscu. Nawet po tym wszystkim, co mi zrobił, wciąż rozkoszowałam się samym faktem, że do mnie mówił. Więź między Luną a Alfą była silna i sprawiała, że kochałam go nawet teraz. Mimo że każda cząstka mnie chciała na niego krzyczeć, uderzyć go, wydrapać mu oczy za to, że mnie skrzywdził.
– Mamy zebranie watahy jutro rano o ósmej. Nie spóźnij się – powiedział w końcu, zanim wyszedł z domu watahy. Wychodząc, nawet nie spojrzał na mnie po raz drugi.
Bez przeprosin, bez współczucia. Aleric wolałby widzieć moje cierpienie, niż dać mi choć uncję miłości czy czułości. Byłam Luną, jego Luną i królową w oczach naszej watahy, ale on nie mógł nawet zdobyć się na przyzwoitość jednego spojrzenia. Jego brak szacunku dla mnie był ewidentny.
Nie mogąc tego dłużej znieść, postanowiłam zrobić jedyną rzecz, jaką mogłam w tej sytuacji: uciec od tego wszystkiego... choćby na kilka godzin.
Wybiegłam na zewnątrz do lasu, a zimne, świeże powietrze natychmiast uderzyło mnie w twarz; wciągałam je łapczywie, by oczyścić umysł. Było przyjemnie, nie licząc wiatru, który kąsał moje policzki w miejscach, gdzie spadły łzy, przeszywając ciało chłodem. Ale pieczenie nie trwało długo, gdyż przemieniłam się w wilczycę.
Jej opuszki szybko uderzyły o zimną ziemię, gdy sprintem ruszyła przez las. Oddałam jej pełną kontrolę, wiedząc, że tego potrzebuje. Musiała poczuć się wolna i żywa. Obie byłyśmy uwięzione przez naszą pozycję, nasz obowiązek, naszego partnera. Poświęciłyśmy wszystko dla naszej watahy, wszystko dla niego, i wszystko to poszło na marne.
Nawet gdyby teraz było możliwe urodzenie mu dziecka, wiedziałam, że zostałyby odrzucone – tak jak ja zostałam porzucona. Widziałam teraz, że najlepiej się stało, iż nie sprowadziłam dzieci do tej rodziny. Żadne dziecko nie zmieniłoby jego uczuć do mnie; naiwnością było myśleć inaczej. To był pierwszy raz, kiedy byłam wdzięczna za moją bezpłodność.
Byłam w sytuacji bez wyjścia. Każda część mnie chciała uciec, ale wiedziałam, że moja wataha mnie potrzebuje. W rzeczywistości wiedziałam cholernie dobrze, że Thea puściłaby tę watahę z dymem, gdyby została Luną. Nie przeszła żadnego szkolenia i nie byłam jeszcze świadkiem ani jednej inteligentnej uwagi z ust tej dziewczyny. Dosłownie na jakikolwiek temat.
Ale co z moim zdrowiem psychicznym? Czy nie wycierpiałam już wystarczająco? Cztery lata to stanowczo za długo, by mieć serce na dłoni dla Alerica. Zrobił kpinę z mojej miłości do niego i nie potrafił szanować mnie już nawet z obowiązku.
Moja wilczyca biegła dalej, podczas gdy ja roztrząsałam moją wewnętrzną debatę. Polowała na króliki i węszyła różne zapachy, chłonąc to wszystko, by spróbować zapomnieć o tym, co się wydarzyło.
Jej białe futro chroniło nas przed wiatrem, który stawał się coraz zimniejszy w miarę zapadania zmroku, i wiedziałam, że wkrótce będziemy musiały wracać. Ale nie chciałam jej jeszcze na to narażać. Przez jeszcze małą chwilę chciałam, żeby zapomniała o wszystkim, co czekało na nas w domu.
Minęła kolejna godzina i uznałam, że wreszcie nadszedł czas. Delikatnie szturchnęłam ją w myślach, dając znać, że powinnyśmy wracać do domu, ale wydała z siebie cichy warkot, by powiedzieć mi, że ten pomysł jej się nie podoba. Nie winiłam jej. Niestety, musiałam jej przypomnieć, że musimy wrócić do domu na kolację, bo Sophie zacznie się martwić. Z końcowym skomleniem irytacji niechętnie zawróciła w stronę domu watahy.
Jednak gdy miałyśmy już ruszyć, zauważyłam coś między drzewami. Stała tam kobieta o złotych włosach, ubrana w białą suknię, i wpatrywała się we mnie uważnie.
Moja wilczyca natychmiast wysłała ostrzegawczy warkot; żadna z nas jej nie rozpoznawała ani nie wyczuwała. Jednak najbardziej niepokojące było to, że nie czułyśmy jej zapachu. Z tej odległości zdecydowanie powinnyśmy były go czuć.
W odpowiedzi kobieta ani nie zareagowała, ani nawet nie drgnęła, skłaniając nas do zrobienia tylko jednej rzeczy. Jedynej, jaką mogłyśmy zrobić.
...Pobiegłyśmy w jej stronę.
Łapy mojej wilczycy uderzały o ziemię coraz szybciej, serce waliło nam w piersi, wyczuwając, że coś jest nie tak.
Jak w ogóle udało jej się ominąć patrole graniczne? Coś było nie w porządku.
Nie byłyśmy zbyt dobrymi wojowniczkami, ale jeśli chodziło o ochronę watahy, to przynajmniej musiałyśmy to sprawdzić.
Albo chociaż spróbować.
...Ponieważ w końcu okazało się, że byłyśmy spóźnione.
Zanim w ogóle zdążyłyśmy się zbliżyć, kobieta odwróciła się i zniknęła za drzewami, nie zostawiając po sobie absolutnie nic. Żadnej kobiety, żadnego utrzymującego się zapachu, nic. To było tak, jakby nikogo tam w ogóle nie było. Czyżbyśmy to sobie tylko wyobraziły?
Trzeba przyznać, że właśnie przeszłyśmy przez coś niezwykle traumatycznego, co czyniło całkowicie możliwym, że po prostu miałyśmy zwidy. Nasz umysł został doprowadzony do ostateczności i wiedziałam, że jesteśmy bliskie załamania.
Szybko ponagliłam moją wilczycę do powrotu do domu i byłam wdzięczna, że tym razem nie trzeba jej było powtarzać dwa razy. Żadna z nas nie chciała kolejnego przeżycia takiego jak to, które właśnie nas spotkało.
Zastanawiałam się w duchu, czy warto podnieść alarm w straży granicznej, by to sprawdzili, ale ostatecznie zdecydowałam się tego nie robić. Wiedziałam, że wieść o ciąży Thei już się rozniosła, sprawiając, że ludzie zaczynali patrzeć na mnie z litością. I o ile litość była jedną rzeczą, nie mogłam ryzykować, że będą patrzeć na mnie jak na wariatkę. Byłam Luną, moja pozycja wisiała teraz na włosku. Nie mogłam dać watasze kolejnego powodu, by we mnie wątpili.
Lecz po tak traumatycznym dniu, jaki już miałam, nie mogłam przewidzieć tego, co czekało na mnie w domu watahy.
Po tym, jak przemieniłam się z powrotem i ubrałam, weszłam do domu, widząc coś, co sprawiło, że natychmiast stanęłam jak wryta.
Bo gdy tylko weszłam do środka, uderzył mnie jej zapach, cukierkowo słodka woń, od której zawsze marszczyłam nos.
Thea.
.
.
*Nota od autora*: Dziękuję za czytanie! Jeśli historia Ci się podoba, rozważ oddanie głosu, udostępnienie lub skomentowanie!
To moja pierwsza książka, którą niedawno ukończyłam, zacząwszy pisać w lutym 2021 – więc to rok ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że Ci się spodoba :)