*** Ostrzeżenie: Proszę czytać na własną odpowiedzialność. Historia ta może wywołać silne reakcje u niektórych czytelników, gdyż zawiera sceny przemocy fizycznej i seksualnej oraz treści dla dorosłych. Proszę o rozwagę!
PUNKT WIDZENIA SKYLER
— SKYLER! SKYLER!
Obudził mnie krzyk brata, Jamesa, dobiegający z parteru, oraz słońce świecące prosto w oczy. Przeciągnęłam obolałe mięśnie, które powoli dochodziły do siebie po wczorajszej karze. Spojrzałam na zegar i gwałtownie wciągnęłam powietrze, czując, jak dreszcz strachu przebiega mi po plecach. Było już po ósmej rano, a powinnam wstać o piątej trzydzieści, by przygotować śniadanie dla całej watahy.
Zerknęłam na budzik i zdałam sobie sprawę, że zadzwonił, ale go przespałam. Nie było to wcale zaskakujące, zważywszy na to, że wczorajsza kara była jedną z najgorszych, jakie otrzymałam w ostatnim czasie. Ledwo dotarłam do pokoju i padłam na łóżko, zanim ból sprawił, że straciłam przytomność.
Zerwałam się z łóżka, stanęłam na nogi najszybciej, jak mogłam, i pobiegłam do mojej ciasnej łazienki. Wykonałam poranną toaletę w ekspresowym tempie, pomijając prysznic – co i tak nie miało większego znaczenia, bo woda pod prysznicem zawsze była lodowata.
Narzuciłam na siebie parę czarnych rurek, koszulkę z długim rękawem, by zakryć blizny i nowe rozcięcia na ramionach, a na to włożyłam za dużą bluzę z kapturem, próbując zachować choć odrobinę ciepła. Następnie zbiegłam po schodach, starając się jak najszybciej dotrzeć do kuchni, ale potknęłam się na ostatnim stopniu.
Zatrzymałam się z poślizgiem, uderzając bokiem twarzy o podłogę. Jęknęłam cicho, gdy ból zalał moją głowę. Podniosłam rękę, próbując go nieco uśmierzyć, odwróciłam się i zobaczyłam brata stojącego na drugim stopniu, patrzącego na mnie z góry z chytrym błyskiem w oku.
— Dobrze ci tak, suko. Powinnaś patrzeć, gdzie łazisz — powiedział James, uśmiechając się drwiąco.
— O! Tata nie będzie zadowolony, gdy dowie się, że znowu spóźniłaś się ze śniadaniem. Powinno być już gotowe i stać na stole. Wszyscy tam czekają, umierają z głodu, a jeśli się nie pospieszysz, Tata będzie jeszcze bardziej wkurwiony, że przez ciebie wszyscy są spóźnieni... A teraz wstawaj, suko, i zrób coś na szybko...
James pochylił się, szarpnął mnie za włosy, stawiając do pionu, po czym wymierzył mi siarczysty policzek, od którego upadłam z powrotem na podłogę.
— A! Przy okazji, jak już skończysz, musisz wysprzątać Dom Watahy na błysk, bo jutro na lunch przyjeżdża bardzo ważny Alfa.
Ruszył po schodach na górę, śmiejąc się, podczas gdy ja powoli podnosiłam się z ziemi, trzymając się za policzek. Szybko wbiegłam do kuchni, mając nadzieję, że zastanę ją w takim stanie, w jakim zostawiłam ją wczoraj, ale oniemiałam na widok panującego tam bałaganu. Westchnęłam, wiedząc, że będę musiała to posprzątać jeszcze przed szkołą. Szybko otrząsnęłam się z szoku, wyciągnęłam jajka i bekon z lodówki i usmażyłam tyle bekonu i jajecznicy, ile zdołałam, zanim wszyscy musieli wyjść.
Więc, gotując, przedstawię się. Nazywam się Skyler Jackson, z Watahy Midnight Lake. Jestem jedyną córką Alfy Davida Jacksona i młodszą siostrą Jamesa Jacksona, który przejmie rolę Alfy po Tacie, gdy za kilka miesięcy skończy dwadzieścia lat. Jutro kończę osiemnaście lat, więc będę mogła przemienić się po raz pierwszy i tak, jestem wilkołakiem.
Jestem znana jako niewolnica watahy oraz worek treningowy dla Alfy i mojego brata. Traktują mnie tak od moich siódmych urodzin, rok po tym, jak moja mama, Luna Catherine Jackson, została zabita, chroniąc mnie przed samotnikiem.
Obserwując mamę i tatę razem, gdy byłam mała, marzyłam o przeznaczonym – kochającym, przystojnym, delikatnym i opiekuńczym partnerze, takim jak tata. Ale teraz nie wierzę, że kiedykolwiek go spotkam. Bo kto chciałby partnerkę pokrytą bliznami? A zresztą, tata pewnie mnie zabije albo sprzeda, zanim w ogóle będę miała szansę go poznać.
Wracając do pracy. Gdy podałam całą jajecznicę i bekon, zostawiłam ich przy jedzeniu i wróciłam do kuchni, by posprzątać bałagan. Kiedy wszystko lśniło czystością, chwyciłam jabłko z koszyka z owocami i pobiegłam do szkoły.
Weszłam na drugą lekcję z kapturem zasłaniającym twarz i siniakiem na policzku, który James pogorszył tego ranka, po czym zajęłam swoje miejsce na tyłach klasy, w rogu przy oknie.
Przebylam ten szkolny dzień w milczeniu. Starałam się schodzić wszystkim z drogi, ale i tak gapili się i szeptali, wyzywając mnie od suk, puszczalskich, brzydul i bezwartościowego marnotrawstwa przestrzeni. Ale to nie było dla mnie nic nowego. Widzicie, jako córka Alfy powinnam była przejść przemianę w wieku szesnastu lat, ale z powodu bicia i kar wymierzanych przez tatę stałam się jak wilkołak Omega, który nie przemienia się, dopóki nie skończy osiemnastu lat.
Gdy zadzwonił ostatni dzwonek, pobiegłam do szafki, schowałam wszystkie książki oprócz tych potrzebnych do pracy domowej, a potem popędziłam z powrotem do Domu Watahy, by zyskać trochę czasu na sprzątanie przed jutrzejszą wizytą gościa, a potem zacząć obiad.
Sprzątałam i sprzątałam, aż nadszedł czas, by udać się do kuchni i pomóc przy kolacji. Była prosta, ponieważ na jutrzejszy lunch dla wizytujących Alf zaplanowałam coś bardziej skomplikowanego. Gdy wszyscy zjedli i rozeszli się do swoich spraw, zebrałam talerze i znów posprzątałam kuchnię. Następnie wróciłam do sprzątania reszty Domu Watahy. Właśnie skończyłam ostatni pokój, gdy Alfa Jackson, czyli mój Tata, wezwał mnie do swojego gabinetu.
— Skyler!!! Suko, wchodź tu.
Ze strachem przeszywającym mnie wzdłuż kręgosłupa podeszłam do gabinetu taty i powoli otworzyłam drzwi.
*PLASK*
Moja głowa odskoczyła w bok, gdy uderzył mnie w twarz. Nie wydałam z siebie dźwięku, przykładając rękę do policzka, podczas gdy on chwycił mnie za włosy, wciągnął głębiej do środka, a następnie popchnął w głąb gabinetu, zamykając za sobą drzwi i stając naprzeciw mnie.
— Słyszałem, że spóźniłaś się dziś z przygotowaniem śniadania...
— T-t-tak, p-p-przepraszam Alfo, p-p-przypadkowo p-p-przespałam m-mój budzik.
Nienawidzę tego, że się przy nim jąkam. Sprawia to, że czuję się słaba.
— Cóż, wiesz, że to oznacza karę, prawda?
— P...pr...pro...proszę, A...Al...Alfo... J...j...ja nie wiem, c...czy... czy zniosę k...ko...kole...kolejną k...ka...kar...karę tak s...szyb...szybko... — zachlipałam.
Alfa położył dłoń na moim policzku, po czym uderzył mnie pięścią w brzuch – raz, drugi, a za trzecim razem upadłam na podłogę. Potem kopnął mnie w żebra – raz, dwa, a przy trzecim kopnięciu usłyszałam kilka trzasków i wiedziałam już, że będę bandażować parę żeber, które właśnie złamał, na dodatek do tych pękniętych wczoraj. Próbowałam zwinąć się w ciasny kłębek, podczas gdy on kontynuował napaść przez kolejne dziesięć minut, bijąc mnie i kopiąc. Następnie wrócił do biurka i usiadł, by kontynuować pracę papierkową.
— Zabieraj swoją żałosną dupę z mojej podłogi i wynoś się z mojego gabinetu — wrzasnął na mnie Alfa.
Powoli i ostrożnie podniosłam się z podłogi. Ruszyłam w stronę drzwi, otworzyłam je i wykuśtykałam z gabinetu, wchodząc po schodach do mojego pokoju. Poszłam do łazienki, wyciągnęłam apteczkę, zabandażowałam się i opatrzyłam tyle obrażeń, ile zdołałam, zanim wpełzłam pod mój cieniutki koc i zemdlałam z bólu w żebrach.