POV Alarika
Obudziły mnie nieustanne telefony od Silasa, a zaraz po nich SMS, w którym aż kipiało od frustracji:
„Co z tym Beaumontem?”
Facet powinien być na wakacjach, a tu proszę, dręczy mnie jak zawsze.
Dla niego nic nie było ważniejsze od jego cennych Kont.
Zwłaszcza Beaumonta — wymykał mi się z rąk od miesięcy i nic innego się nie liczyło — nawet umowa z Vortexem, którą domknąłem wczoraj. Nie, dla Silasa konto Vortexu to była płotka w oceanie. Beaumont był kluczem, krokiem przybliżającym nas do zdobycia konta Davenporta — Wieloryba — największego konta dla Vane Global.
Ostatnia propozycja przepadła i jeśli ta kolejna też zawiedzie, będę musiał zwolnić cały zespół kreatywny i zastąpić go ludźmi, którzy faktycznie dowożą wyniki. W głowie przelatywało mi kilkanaście scenariuszy i nagle wszystko się zatrzymało, gdy zobaczyłem — Ją.
Serafina Fringe. Aurelia.
Miała spuszczoną głowę, wzrok utkwiony w telefonie, całkowicie nieświadoma świata wokół niej, zupełnie jak wczoraj w mojej sypialni, gdy tańczyła bez cienia zażenowania. Poruszała się z tą niezamierzoną gracją, jakby każdy jej niezgrabny krok należał do niej, pogrążona w czymkolwiek, co sprawiało, że jej palce śmigały po ekranie.
Kurwa. Ona naprawdę tu była na całe lato.
Moje oczy są przykute do niej, a cała moja uwaga przesuwa się z interesu z Beaumontem na — Nią.
Nic nie powinno mnie odciągać od Beaumonta, ale w jakiś sposób jej się to udawało.
Kiedyś bez końca o niej fantazjowałem.
To mój wielki sekret. Nigdy bym się do tego nikomu nie przyznał — nawet samemu sobie, nie do końca.
Od pierwszego dnia, gdy ją zobaczyłem — stojącą obok dyrektora Tristana na lekcji angielskiego, z tym nieśmiałym uśmiechem z Brooklynu — coś przeskoczyło. To nie był tylko jej wygląd. To były jej wielkie, brązowe oczy, ogień ukryty za miękkim brooklyńskim akcentem. Moje ciało zareagowało natychmiast, ale to było coś więcej niż tylko fizyczność. Mój umysł szalał od myśli, których nie mogłem się pozbyć, myśli dalekich od przyzwoitych. Myśli o tym, jak by wyglądała bez mundurka. Albo jak by się czuła pode mną, jej dolna warga między moimi zębami, jej ciepła skóra przyciśnięta do mojej, jej włosy zaplątane między moimi palcami, gdy przyciągam ją bliżej...
To była najdziwniejsza chemia.
Dziwna, bo nie było mowy, bym powinien tak myśleć o Serafinie Fringe.
A jednak fantazje przychodziły. Nie mogłem przestać wyobrażać jej sobie z rozpuszczonymi włosami, przyciągania jej blisko, całowania, aż zabraknie jej tchu. Wyobrażałem sobie swoje dłonie między jej udami, droczenie się z nią, aż zacznie błagać, bym nie przestawał.
Ale to były tylko fantazje. Nigdy ich nie zrealizowałem. Nie mogłem. Nie jako syn Silasa Vane'a, gdy ona była Serafiną Fringe.
Ona to zieleń. Ja to błękit. Ona wierzy w miłość i bajki. Ja wierzę w kontrolę i korzyści. Jestem synem Silasa Vane'a — zimnym, wyrachowanym. Ona jest słodką, naiwną dziewczyną z Brooklynu. Do tego dochodzi ta oczywista przepaść społeczna między nami. Cały cholerny świat to widział.
Silas postradałby zmysły — udzieliłby mi jednej ze swoich zimnych lekcji, gdybym kiedykolwiek przekroczył tę linię, a Genevieve nie marnowałaby czasu na kłapanie jadaczką.
Więc zaspokajałem te dzikie, zakazane fantazje, grając jej na nerwach. Znęcanie się nad nią było najbliższą rzeczą do posiadania jej na własność — wywołanie reakcji — jakiejkolwiek reakcji — było jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie przed realizacją moich najdzikszych fantazji z nią w roli głównej. Jej oczy błyskające tym ogniem, jej usta zaciśnięte, gdy walczyła... To było najbliższe prawdziwej rzeczy, do czego kiedykolwiek dotarłem.
W moim świecie ja i Serafina Fringe jesteśmy — niemożliwi, przynajmniej w oczach wszystkich, którzy się liczą.
Ale teraz jestem starszy. Inny. Bardziej opanowany. Mam więcej sposobów na zdobycie tego, czego pragnę.
Ona jest już blisko i powinienem zejść jej z drogi, ale tego nie robię. Nie chodzi tylko o to, że zaraz na mnie wpadnie, ani o to, że jej strój do biegania opina jej ciało w sposób, którego staram się nie zauważać. To coś innego. Przyciąganie, którego nie czułem od lat. Sposób, w jaki zachodziła mi za skórę, fakt, że nigdy nie potrafiliśmy pozostać poza swoimi orbitami.
Teraz dzieli nas cal. Jej telefon wciąż jest całym jej światem, włosy kleją się do wilgotnych policzków, usta poruszają się bezgłośnie, gdy pisze. I nagle — bam.
Wchodzi prosto na mnie, uderzając głową o moją klatkę piersiową z miękkim głuchym odgłosem. Telefon wyślizguje się jej z dłoni, dyndając na smyczy, gdy ona odskakuje do tyłu.
— Szlag! — mutruje, kładąc dłoń na czole.
Przechylam głowę, udając kpiącą troskę. — Wiesz, powinnaś naprawdę nauczyć się nie wpadać na ludzi.
Jej oczy wystrzeliły w górę, ostre, płomienne. To spojrzenie. Boże, brakowało mi tego spojrzenia.
Docisnęła dłoń do czoła, mierząc mnie wzrokiem. — Mogłeś się przesunąć — odcięła się.
Wzruszyłem ramionami, krzyżując ręce. — To ty byłaś przyklejona do telefonu. Czy mam czuć się winny, że stanąłem ci na drodze? — Unoszę brew, potęgując napięcie.
Parsknęła, podchodząc bliżej, z podbródkiem uniesionym w ten buntowniczy sposób, który tak dobrze znam. — Widziałeś, że idę. Mogłeś się ruszyć. Nie musiałeś tak po prostu stać.
Mój uśmieszek się pogłębił, bo to niesamowite, jak ona potrafi się tak stawiać. — Zakładasz, że obchodzisz mnie na tyle, bym cię unikał. To urocze.
Przygryzła wargę, walcząc, by powstrzymać jakąkolwiek obelgę, która się w niej kłębi. Potem nagle wypaliła: — Wczoraj też nie odszedłeś. W pokoju Genny. Po prostu tam stałeś, gapiąc się na mnie... w bardzo prywatnej chwili.
Parsknąłem, wytrzymując jej spojrzenie bez mrugnięcia okiem. — O ile pamiętam, to ty byłaś w moim pokoju. W dodatku w samym ręczniku. Jak bardzo prywatne to mogło być?
Jej szczęka się zacisnęła, policzki spłonęły rumieńcem. Otworzyła usta, ale początkowo nic z nich nie wypadło. — Byłam w pokoju Genevieve — wyrzuciła z siebie w końcu — i nie spodziewałam się widowni.
— A ja nie spodziewałem się przedstawienia — odciąłem się. — W dodatku marnego.
Cios trafił. Widziałem to. Całe jej ciało zesztywniało, gotowe do walki. Była inna. Już nie kuliła się w sobie ani nie jąkała, jak to miała w zwyczaju w liceum.
— Jesteś nie do zniesienia — wymamrotała, kręcąc głową.
— A ty fatalnie tańczysz — zakpiłem, podchodząc o krok bliżej. — Te twoje poprysznicowe wygibasy były bolesne dla oczu. Powinienem był wezwać policję od moonwalka, żeby aresztowali cię na miejscu.
Splotła ramiona na piersi, a jej usta zacisnęły się w ten zawzięty sposób, który uwielbiałem. — Moje poprysznicowe wygibasy nie są fatalne!
To jest to. Ten ogień. Tego mi brakowało — a sposób, w jaki teraz walczyła, sposób, w jaki dorosła... nie byłem pewien, czy uważam to za bardziej irytujące, czy bardziej... pociągające.
Pochyliłem się bliżej, ciesząc się z tego, jak się najeżyła, jak wciąż na nią działałem. — O, są. Policja od wygibasów zakułaby cię w kajdanki. A policja od moonwalka? Dożywotni zakaz. W trosce o bezpieczeństwo publiczne.
Jej usta rozchyliły się, jakby miała coś jeszcze do dodania, ale słowa zamarły jej w gardle, gdy nadbiegła Genevieve, nieświadoma całej sceny.
Serafina wyglądała jednak tak, jakby mogła mnie spalić sztyletami w oczach. Jej policzki są zaróżowione, oddech niespokojny, a ja nie mogłem się powstrzymać od wyobrażenia sobie, jak by to było ją teraz pocałować, sprawić, by zapomniała o całej tej frustracji i zamienić ją w coś innego. Coś brudnego, coś prawdziwego.
Coś między nami było. Zawsze było.
I po raz pierwszy po tylu latach nie chciałem już tego ignorować.





![Miłość od pierwszego smaku [Ulubienica ojczyma]](https://cos.ficspire.com/2025/07/15/2adc15f6ab89481e9bd91ca90a57e696.jpg?imageMogr2/crop/160x200/gravity/center)







![Miłość od pierwszego smaku [Ulubienica ojczyma]](https://cos.ficspire.com/2025/07/15/2adc15f6ab89481e9bd91ca90a57e696.jpg?imageMogr2/crop/64x96/gravity/center)


