Rozdział 6: Nie chcemy żadnych kłopotów
Callan
Po udanym spotkaniu nie byłem w zbyt dobrym nastroju. Powiedziałem Angelo i Bryce’owi, żebyśmy poszli na zaplecze The Emerald Lounge na partyjkę kart. Prowadzę nielegalne gry w niektórych lokalach, ale są one ekskluzywne, a wpisowe jest wysokie. Było tam wielu facetów, których znamy, ale też kilku, których nie kojarzymy. Zazwyczaj trzeba mieć poręczenie, żeby pojawić się na jednej z moich gier, i choć nie ma nic złego w składanych krzesłach i stołach, to nie jest tego typu podziemna speluna pokerowa.
Jest tu barek z najlepszymi papierosami i brązowymi trunkami, a wystrój zaprojektowano tak, by był nastrojowy i elegancki. Nie każdy na zapleczu jest zawsze jednym z dziesięciu graczy. Niektórzy przychodzą na drinka i prywatne rozmowy, ale centrum stanowi stół z nieustannie toczącą się grą. Gdy nasza trójka weszła do środka, wszyscy skinęli głowami z szacunkiem, a my skierowaliśmy się do baru. Machnąłem na barmana, by nalał nam whisky, jednocześnie taksując wzrokiem salę; moje oczy natychmiast spoczęły na trzech nowych facetach.
– Kto to jest? – Pochyliłem się do Angelo.
– Nie wiem, pewnie przyszli z innymi chłopakami. – Oparł się plecami o blat baru i rozpiął guzik marynarki.
Angelo jest potężnie zbudowany i zawsze trzyma w ustach tę cholerną wykałaczkę. Przesunął ją z jednego kącika ust do drugiego i dalej ich obserwował.
– Znam go – powiedział Bryce, nachylając się do mnie i dyskretnie wskazując głową jednego z tej trójki.
– Kto to? – zapytałem, nie dlatego, że nie mogliśmy mieć nowych graczy.
Tak długo, jak było ich stać, mogli grać, ale musieli kogoś znać. Nie chcesz, żeby federalni albo inni mąciciele wślizgnęli się na miejsce przy stole. Wiem, że moi ludzie znają się na swojej robocie i prześwietlili tych gości, ale i tak byliśmy ciekawi.
– Pracuje dla Franka Costello, tamtych dwóch nie znam. – Bryce wzruszył ramionami, odbierając szklankę od barmana. Przestaliśmy rozmawiać, gdy podszedł do nas jeden z naszych ludzi i skłonił głowę.
– Szefowie. – Skinął mi, mojemu kuzynowi, a potem Bryce’owi, a my odkłoniliśmy się i gestem kazaliśmy mu odejść.
Rozmawialiśmy o sprawach lokalu, nasza konwersacja nie wyróżniała się niczym szczególnym.
– Co to było? – Bryce usiadł prosto, co sprawiło, że i ja wyprostowałem kręgosłup i zapiąłem marynarkę.
– Co?
Oczy Bryce’a biegały dookoła, jakby coś skanował i przetwarzał. Angelo nadal opierał się ramionami o blat baru, rozpostarty szeroko, a ja stałem cicho między nimi.
– To subtelne, naprawdę cholernie subtelne, ale spójrz na krupiera. – Bryce udawał, że przeciera dłonią szczękę, by zakryć usta, gdy do mnie mówił. Moje oczy powędrowały w stronę krupiera i obserwowały.
– Nic nie widziałem. – Angelo wzruszył ramionami, ale ja patrzyłem dalej.
Nigdy nie widziałem, żeby ktoś robił to tak dobrze, ale nazywamy takich gości mechanikami. To zawodowi oszuści ustawiający gry, rozdający karty ze spodu talii. Chodzi o to, by móc kontrolować, kto jakie karty dostaje; zazwyczaj mają wspólnika, któremu podrzucają te dobre. Są sprytni, więc robią to zręcznością ręki niczym iluzjoniści i bardzo trudno to wyłapać, chyba że ma się takie oko jak Bryce i ja. Mechanicy sprawiają, że jeden z partnerów traci trochę pieniędzy, by odwrócić uwagę od drugiego, który wygrywa znacznie więcej, a po ustawieniu gry dzielą się zyskiem po połowie, by wyrównać straty partnera.
To była długa wersja stwierdzenia, że ci dwaj goście, kurwa, mnie okradali. Zły ruch z ich strony. Zachichotałem, nie mogąc się powstrzymać. Angelo wciąż nie wiedział, o co chodzi, ale zostawiłem go tam i chwyciłem moją szklankę, by podejść bliżej stołu. Kilku z nich wyprostowało się, co było zrozumiałe – moja obecność denerwuje wielu ludzi. Nic nie powiedziałem, zamiast tego odwróciłem się plecami do gry i zagadałem do kogoś innego. Wiedziałem jednak, że Bryce będzie patrzył.
– Jesteś bratankiem Costello, prawda? – zapytałem jednego z młodych chłopaków.
– Tak jest, proszę pana. – Był pełen szacunku, jak powinien.
To, że jest częścią rodziny przestępczej, nie znaczy, że ma na tyle silną pozycję, by okazywać brak szacunku mnie i mojemu lokalowi. Tak właśnie ma wyglądać mafia Gambino. Dajesz szacunek, dostajesz szacunek. Dołączyłem z powrotem do Bryce’a i Angelo; ten drugi chciał papierosa, więc powiedziałem mu, żeby szedł śmiało. Czekałem na coś i kiedy gra się skończyła, a wypłata została dokonana, kilku mężczyzn wstało z zamiarem opuszczenia stołu. Skończyli grać i chcieli zwolnić miejsce dla kolejnego gracza z wpisowym, ale uniosłem rękę.
– Zostańcie na miejscach – zażądałem.
Kilka ciał zesztywniało, a kilku innych wciąż skupiało się na kartach i nie bardzo interesowało ich cokolwiek poza tym. Podszedłem do dwóch mechaników i wyszarpnąłem wygraną z ręki pierwszego mężczyzny, krupiera.
– Hmmm, to nie jest twoja szczęśliwa noc – powiedziałem mu. Uśmiechnął się drwiąco i wzruszył ramionami.
– Czasami tak bywa – wymamrotał, a ja zachichotałem.
– Owszem – mruknąłem i cisnąłem gotówką przed drugim mężczyzną.
– Miałeś dobrą noc, dlaczego nie zostaniesz na jeszcze jedną partię? – zachęcałem go.
Cóż, nie nazwałbym tego zachęcaniem, skoro moja twarz była śmiertelnie poważna i nieruchoma jak kamień.
– Zabieram swoje szczęście, proszę pana. Na razie pasuję. – Nadal pozostawał uprzejmy.
Oblizałem wargi i skinąłem głową, po czym chwyciłem go za tył głowy i z całej siły wbiłem jego twarz w stół. Kilka osób odskoczyło, a wszystkie oczy zwróciły się na nas. W lokalu zapadła cisza, przerywana jedynie jękiem mężczyzny, któremu właśnie rozkwasiłem twarz. Bryce podszedł do nas.
– Proszę pana, nie chcemy żadnych kłopotów. – Krupier uniósł ręce w geście poddania.
– Nie? To dlaczego, kurwa, próbujecie mnie okradać? – zapytałem, a oczy wszystkich zrobiły się wielkie.
Nikt nie widział niczego dziwnego, więc wszyscy byli bardzo niepewni tego, co miało się wydarzyć.
















