Perspektywa Cassii
Moje życie było zupełnie zwyczajne aż do dzisiaj. Myślałam, że ten dzień nie będzie się niczym różnić od innych.
Wstałam o czasie, dojechałam do pracy przy niewielkim ruchu i ubrałam się w swój typowy strój. Nawet teraz, jak zawsze, parzę kawę w pokoju socjalnym. To wszystko jest częścią mojej idealnie komfortowej rutyny.
— Cześć, kochanie. — Dźwięk znajomego głosu wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Odwracam się i widzę mojego chłopaka, Xandera, wchodzącego do kuchni.
Nikogo więcej tu nie ma, myślę z psotnym uśmiechem. Skracam dystans dzielący mnie od Xandera i nachylam się, by złożyć na jego ustach delikatny, lecz namiętny pocałunek.
— Ktoś tu ma dobry dzień — mruczy Xander z uśmieszkiem. Śmieję się.
— Może. Po prostu jestem... chyba wdzięczna. — Wdzięczna za odrobinę stabilizacji, w końcu, myślę sobie, ale nie wypowiadam tego na głos. Xander nie lubi, kiedy robię się zbyt ckliwa.
Zaczynamy typową rozmowę, przygotowując kawę. Mam nadzieję, że ta krótka chwila czułości w miejscu pracy nie rzucała się zbytnio w oczy. Poprawiam bluzkę i ołówkową spódnicę, rzucając okiem również na jego strój — wygląda tak samo jak zawsze w swojej koszuli z kołnierzykiem i szarych spodniach. Patrząc na niego, można by nawet nie przypuszczać, że jest wilkołakiem.
Stojąc w pokoju socjalnym, nie mogę powstrzymać czułego wspomnienia chwili sprzed prawie dwóch lat, kiedy to śmiało ogłosił, że chce się o mnie starać. Zawsze obawiałam się romansów biurowych, bo rozstania bywają niezręczne — ale gdy tylko wyznał mi, że jestem jego przeznaczoną połówką, poczułam ciekawość.
Wiedziałam już o istnieniu wilkołaków. Mimo to zawsze wydawały mi się tak odległe od życia, które prowadzę. Wiele wilkołaków trzyma się swoich watah i nie czuje potrzeby wychodzenia poza własne kręgi.
Jako człowiek, oczywiście, nie zdawałam sobie sprawy, że Xander jest moim przeznaczonym — ale on, jako wilkołak Omega, twierdzi, że wiedział natychmiast. Takiej więzi nie da się zerwać. Dla wilkołaków przeznaczone połówki są na całe życie.
Ale dlaczego nie zacząć tego „na całe życie” już dzisiaj? — marudzi głos z tyłu mojej głowy. Staram się go ignorować, jak zwykle. Z naszą drugą rocznicą za pasem, wydaje się dziwne, że nigdy na poważnie nie rozmawialiśmy o małżeństwie czy choćby wspólnym zamieszkaniu.
Odpędzam negatywne myśli, słodząc kawę. Kto wie, myślę sobie, może czeka z oświadczynami do rocznicy!
Razem z Xanderem wychodzimy z pokoju socjalnego. Wita nas widok naszego szefa, Davenporta, do którego podchodzi nieznajoma kobieta.
— Cassia, Xander, właśnie was szukałem! — mówi Davenport. — Chciałem wam przedstawić Sloane, nową członkinię naszego zespołu. Proszę, przyjmijcie ją ciepło.
Z jakiegoś powodu czuję niepokój, gdy tylko na nią patrzę. Staram się otrząsnąć z tego uczucia. Co we mnie wstąpiło? — myślę. Jestem w trakcie strofowania samej siebie, gdy wzrok Sloane i Xandera się krzyżuje. Xander bierze głęboki wdech, a jego oczy szeroko się otwierają.
— Mate — mówi nagle Xander.
Odwracam się do niego, myśląc, że woła mnie. Zamiast tego on podbiega do Sloane i przyciąga ją do namiętnego pocałunku.
Mój świat natychmiast się zawala. Przez moje ciało przepływa zbyt wiele emocji, bym mogła zrobić cokolwiek innego, niż gapić się w szoku. Nasz szef, Davenport, również się przygląda, wyglądając na równie skonsternowanego jak ja.
Dopiero gdy w końcu się rozdzielają, udaje mi się zebrać myśli. — Co się dzieje? — żądam wyjaśnień. To pytanie jest w gruncie rzeczy bezcelowe. Widziałam dokładnie, co się stało.
— Co? — rzuca Xander sucho. Sloane opiera się o jego pierś z przymilnym wyrazem twarzy, podczas gdy on mówi od niechcenia. — Sloane jest moją przeznaczoną połówką. Dobrze, że tu jesteś — teraz możemy po prostu zerwać. Tak będzie prościej.
To nie może się dziać, myślę. — Ale to ja jestem twoją przeznaczoną — mówię.
Xander wybucha śmiechem, a ten dźwięk przeszywa mnie do szpiku kości.
— Mówisz poważnie? — drwi. Sloane również się śmieje. — Żaden człowiek nie jest godzien, by Bogini Księżyca wybrała go na przeznaczonego dla wilkołaka. Poza tym... jaki wilkołak kochałby marną ludzką istotę?
To koszmar, myślę odrętwiała. To jedyne możliwe wyjaśnienie. — Ty... ale przecież mi mówiłeś — wyduszam słabo. Xander prycha pogardliwie.
— Jesteś taka naiwna. Naprawdę się na to nabrałaś?
Słowa Xandera są jak policzek. To chyba dlatego moja ręka bezwiednie bierze zamach. Uderzam go w policzek, mocno. Cofnął się o kilka kroków i jęknął z bólu. Słyszę chór westchnień za moimi plecami. Świetnie, myślę gorzko, zbiegł się tłum.
Odwracam się do Sloane z resztkami zdrowego rozsądku. — I ty po prostu to akceptujesz? — wykrzykuję. — Jeszcze przed chwilą był ze mną. Byliśmy razem prawie dwa lata!
Sloane wzrusza ramionami z nonszalancją, zupełnie nie przejmując się tym, że Xander użala się nad swoim obolałym policzkiem. — I co z tego? Mnóstwo wilkołaków wchodzi w związki, zanim spotkają swoją przeznaczoną połówkę. — Trzepocze rzęsami w jego stronę. — Ale teraz ma mnie.
Czuję, jak łzy pieką mnie pod powiekami. Gdziekolwiek spojrzę, widzę gapiących się ludzi. Muszę stąd wyjść, myślę desperacko. Odwracam się do szefa.
— Potrzebuję wolnego dnia — wyduszam z siebie. Davenport odchrząkuje niezręcznie w pięść i przytakuje. Nie zostaję, by sprawdzić, czy powie coś jeszcze. Biegnę w stronę drzwi, ani razu nie oglądając się za siebie.
Wpadam na przednie siedzenie samochodu i tłumię szloch. Wyciągam telefon. Palce mi drżą, gdy piszę wiadomość do mojej najlepszej przyjaciółki, Felicity: „Xander mnie zdradził. Idziemy na drinka?”.
Fala emocji przybiera na sile, gdy jadę do domu. Myślałam, że był moim przeznaczonym, myślę zdrętwiała. Dwa lata mojego życia poszły na marne.
Wysiadam z auta na autopilocie, a nogi same niosą mnie do mieszkania. Zauważam stos pudeł przed drzwiami obok mojego lokalu. To mieszkanie stało puste od jakiegoś czasu, ale wygląda na to, że moja prywatność dobiegła końca. Jeśli mój nowy sąsiad nie zniesie dźwięku mojego płaczu do poduszki tej nocy, może sam przyjść i mnie pocieszyć, myślę zgryźliwie.
Gdy tylko zamykam za sobą drzwi, wybucham płaczem i padam na kanapę. Reszta dnia mija mi jak przez mgłę. Nie wiem, ile czasu spędzam na szlochaniu, ale nie potrafię przestać. Myślałam, że w końcu znalazłam to, czego szukałam. Stabilizację, miłość. Ale to wszystko było kłamstwem.
Z użalania się nad sobą wyrywa mnie pukanie. Wiem, kto to, zanim jeszcze otworzę drzwi.
— Ten cholerny dupek! Wiedziałam, że on do ciebie nie pasuje! — oświadcza Felicity. Przyciąga mnie do mocnego uścisku.
— Przecież mówił, że jesteś jego przeznaczoną! — wykrzykuje. Podnoszę głowę z ramienia Felicity tylko na tyle, by wymamrotać: — Kłamał. Dziś poznał tę prawdziwą.
— Kto to? — domaga się Felicity.
— Sloane. Nowa pracownica. Wilkołak. Pocałował ją prosto na moich oczach. — Wiem, że mówię urywanymi zdaniami, ale boję się, że jeśli będę mówić dalej, znów zacznę płakać. — Chciałabym tylko...
— Żadnych życzeń w tej chwili. — Felicity mi przerywa. — Dzisiaj zamierzamy się upić i oglądać przystojnych chłopaków. Resztę poukładamy później. — Ociera moje łzy i uśmiecha się pewnie.
Nie jestem pewna, czy wierzę Felicity, ale wiem, że muszę wyjść z domu. Uśmiecham się. — Dzięki, Felicity. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Felicity szczerzy się. — Pewnie piłabyś znacznie mniej.
— Broń Boże — śmieję się.
Felicity dwoi się i troi, by odciągnąć moje myśli od problemów, gdy szykujemy się do wyjścia. Nalega, bym założyła moją nową czarną mini, żeby poprawić sobie pewność siebie. Ścieramy resztki moich łez i wychodzimy za drzwi.
Gdy idziemy korytarzem, zauważam, że drzwi do mieszkania nowego sąsiada są otwarte. Rzucam okiem w tamtą stronę, przechodząc obok. Zastygam w miejscu.
W progu stoi wysoki, barczysty mężczyzna — najprzystojniejszy facet, jakiego w życiu widziałam.
Jest wysoki i smukły, z czupryną jasnobrązowych włosów. Nawet z tej odległości widać, że jest świetnie zbudowany. Ma na sobie tylko zwykły czarny t-shirt i szare dresy — co jakimś cudem sprawia, że wygląda jeszcze atrakcyjniej.
Jednak coś dziwnego przykuwa moją uwagę.
Nieznajomy promieniuje słabym, mieniącym się różowym blaskiem.