Perspektywa Cassii
Z trudem otwieram oczy. Gdy tylko to robię, wita mnie oślepiające światło. Jęczę i chowam twarz w poduszce.
Głowa mnie boli. Wszystko mnie boli. Która godzina? Odwracam głowę, by spróbować dostrzec budzik. O dziwo, nie ma go tam. Patrzę, czy nie zrzuciłam go na podłogę.
Ku mojemu zdziwieniu, to, co widzę na ziemi, to nie budzik. Mój wzrok przyciąga sznur ubrań rozrzuconych po podłodze. Wspomnienia minionej nocy uderzają we mnie jak pociąg towarowy.
Nie. Zerkam przez ramię. Widzę zarys umięśnionej sylwetki skrytej pod kocami. Odwracam się z powrotem na bok, czując, jak całe moje ciało sztywnieje.
Przespałam się z nowym sąsiadem — dociera do mnie z drętwotą. I to w dodatku z wilkołakiem.
Zaczyna zalewać mnie fala żalu. Wślizguję się z łóżka i wkładam ubrania. Kręcę głową, by odegnać aż nazbyt przyjemne wspomnienia, i wypadami za drzwi.
Na szczęście mam jeszcze dość czasu, by przygotować się do pracy. Biorę paracetamol i wypijam mnóstwo wody w nadziei na złagodzenie kaca.
Staram się odwrócić uwagę, wykonując poranną rutynę. Mimo to za każdym razem, gdy moje myśli błądzą, lądują w jednym z dwóch miejsc — przy Xanderze albo przy Killianie. O żadnym z nich nie chcę myśleć.
W końcu zbieram się do wyjścia, gdy nagle coś zauważam. Przy drzwiach na podłodze leży mała karteczka. Odwracam ją i widzę staranne pismo.
„Dzień dobry” — brzmi notatka. „Chciałbym zobaczyć się z tobą ponownie dziś wieczorem, jeśli masz na to ochotę”. Podpisano: Killian, a obok imienia widnieje numer telefonu.
Ostatniej nocy bawiłam się świetnie — lepiej niż kiedykolwiek pamiętam — ale nie mogę zapomnieć o tym, co Sloane powiedziała wczoraj. Wiele wilkołaków umawia się z kim popadnie, zanim spotkają swoją przeznaczoną połówkę — dlaczego z Killianem miałoby być inaczej?
Randkowanie jest zabawne, ale ja zawsze wiedziałam, że szukam czegoś poważniejszego.
Mimo to nie potrafię wyrzucić tej kartki. Zapisuję jego numer w telefonie, ale zmuszam się, by nie wysyłać wiadomości.
Jadę do pracy z ciężkim sercem. Przez pierwszą część dnia staram się nie wychodzić z gabinetu, by uniknąć Xandera i Sloane. Niestety, to moja potrzeba kofeiny wpędza mnie w kłopoty.
Kiedy wchodzę do pokoju socjalnego, Xander i Sloane już tam są, przytuleni do siebie. Ten widok sprawia, że robi mi się niedobrze. Natychmiast obracam się na pięcie i próbuję wyjść.
— Hej — woła za mną Xander. Wypuszczam z siebie szorstkie westchnienie i odwracam się.
— Czego chcesz? — pytam ostro. On krzywi się w moją stronę.
— Nie bądź nieuprzejma — mówi. Powstrzymuję chęć wywrócenia oczami. — Powinnaś mnie przeprosić.
— Słucham? — Prawie wybucham śmiechem. — To mocne słowa, zwłaszcza z twoich ust. Szczerze mówiąc, sama jestem zdziwiona, że mój smutek został tak bardzo przyćmiony przez złość. Xander i Sloane również wyglądają na zaskoczonych.
Xander jąka się przez chwilę. — Uderzyłaś mnie! — wykrzykuje. Szczerze mówiąc, prawie o tym zapomniałam. To wspomnienie przynosi mi małą iskrę satysfakcji.
— I co z tego? — pytam. Jego twarz zaczyna robić się czerwona.
— Jak to „i co z tego”?! Przez to cierpi mój wizerunek w kontaktach z klientami! — Wskazuje na czerwony ślad na policzku.
Posyłam mu pełne politowania spojrzenie. — Świetnie. Teraz twoi klienci wiedzą, że zrobiłeś coś, za co zasłużyłeś na policzek — odcinam się. Sloane sapie z szoku. Wyraz twarzy Xandera zmienia się w furię.
— Ty suko! — wrzeszczy. Dźwięk jego wybuchu przyciąga uwagę pobliskich współpracowników. Drzwi do pokoju socjalnego otwierają się i kilku innych pracowników staje na zewnątrz, przyglądając się nam. Moja frustracja tylko rośnie, więc ich ignoruję.
A przynajmniej ignoruję ich do momentu, gdy w tłumie dostrzegam mojego szefa, Davenporta.
— Xan, Cassia, Sloane — woła do nas Davenport. — Do mojego gabinetu. — Xan, który był w trakcie obmyślania kolejnego argumentu, gwałtownie zamyka usta.
Świetnie, myślę. Ten tydzień robi się coraz lepszy. Przeciskam się przez tłum i idę w stronę gabinetu Davenporta. Słyszę kroki szefa i Sloane kilka kroków za mną. Miny naszych współpracowników to mieszanka litości i ekscytacji. Żadna z nich nie poprawia mi humoru.
Siadam przy biurku naprzeciwko Davenporta. Xander i Sloane są tuż za mną. Davenport splata palce przed sobą.
— Cała wasza trójka zakłóca atmosferę w biurze. Rynek jest zbyt konkurencyjny, by pracownicy plotkowali, jakbyśmy byli jakimś brukowcem. Jest dla mnie jasne, że konflikt między wami nie rozwiąże się szybko.
Davenport bierze głęboki oddech, po czym mierzy nas surowym wzrokiem. — Najlepszym wyjściem byłoby, gdyby jedno z was dobrowolnie zrezygnowało z pracy. To zapobiegnie dalszemu chaosowi.
Xander natychmiast zerwał się na równe nogi. — Sloane jest moją przeznaczoną połówką. Jeśli straci pan jedno z nas, straci pan oboje. — Spogląda na Sloane z pysznym uśmiechem. — Cassia powinna odejść.
To oczywiste, że Xander myśli, iż to oświadczenie zagwarantuje mu bezpieczeństwo posady. Zazwyczaj pewnie bardziej bym się martwiła. Ale coś w wyrazie twarzy Davenporta podpowiada mi, że nie pójdzie on na łatwiznę.
— Nie moją rolą jest angażować się w wasze życie prywatne — zaczyna Davenport — ale rozumiem złożoność waszej sytuacji. To sprawa biznesowa, więc rozwiążemy ją w sposób biznesowy. Skoro Xander i Cassia są w to najbardziej zamieszani, decyzja zapadnie między wami. Przydzielę wam obojgu ważnego klienta. Ten, kto go zdobędzie, zostanie w firmie.
Ten pomysł wydaje mi się zbyt gwałtowny, ale nie ma sensu teraz dyskutować. Jedyne, co mogę zrobić, to niechętnie przytaknąć. Xander mruczy na potwierdzenie. Widząc, że doszliśmy do porozumienia, Davenport kiwa głową i wyciąga dwie teczki spod biurka, podsuwając po jednej każdemu z nas.
Otwieram teczkę i szybko zaczynam ją przeglądać. Dokument opisuje trzydziestoletniego wilkołaka Alfę. Podobno to słynna gwiazda hokeja, która niedawno przeszła do lokalnego klubu. Sądząc po informacjach, odniósł on niebywały sukces.
Gdy kończę szybki przegląd, wracam do pierwszej strony. Mój wzrok natychmiast przykuwa nazwisko na przedzie teczki. Killian Thorne. Moje serce podskakuje wbrew mojej woli. Killian to bardzo popularne imię, przypominam sobie. Przestań zachowywać się jak zakochana nastolatka.
Moje próby zachowania rozsądku pryskają, gdy wzrok zsuwa się niżej, na tymczasowy adres podany w aktach. Serce bije mi mocniej. To adres mieszkania obok mojego. Czując złe przeczucia, zaglądam na ostatnią stronę, by sprawdzić harmonogram spotkań. Moje obawy potwierdzają się, gdy widzę datę i godzinę wizyty.
Cóż, myślę ponuro, chyba i tak nie ma powodu, by do niego pisać. Jego wizyta jest zaplanowana na dzisiejsze popołudnie. Za trzy godziny znów go zobaczę.
















