– A tak przy okazji, wkrótce wyślę moje wypowiedzenie na pana skrzynkę. Dziś jest prawdopodobnie mój ostatni dzień tutaj. Dziękuję za wszystko przez te ostatnie dni. – Maeve skinęła spokojnie głową Piersowi, po czym wyszła z jego gabinetu.
Piers siedział przy biurku, oszołomiony. „Maeve odchodzi? I bierze ślub? To musi być jakiś żart! Jak ja mam to teraz, do cholery, wytłumaczyć Wallace'owi?” Jego myśli wirowały.
Decyzja Maeve o rezygnacji nie była podyktowana impulsem. Czuła się tak, jakby mgła wreszcie opadła, odsłaniając przed nią jaśniejszą ścieżkę. Pozostanie w firmie oznaczałoby tylko niekończącą się frustrację i brak przyszłości. Odejście było mądrym ruchem.
Zarobiła przyzwoitą sumę na swoich zleceniach ilustratorskich i nie martwiła się utratą tej pracy.
Gdy Maeve zbliżyła się do części biurowej, usłyszała strzępki plotek dobiegające ze środka.
– Słyszeliście? Maeve sprawiła, że pan Graves został zgarnięty na komisariat. Czy ona kompletnie postradała zmysły?
– Ludzie znikąd próbujący wżenić się w pieniądze – to nigdy nie idzie gładko. Zachowuje się jak wielka pani, ale czy to nie jest po prostu intryga, żeby zmusić go do ślubu?
– Cóż, jeśli naprawdę ze sobą skończyli, nie będziemy musieli jej ciągle naciskać, żeby odeszła i została jakąś żoną-trofeum. Utrzymywanie tych pozorów jest wyczerpujące.
Ten ostatni komentarz uderzył Maeve jak cios w brzuch. Cały ostracyzm i drobne złośliwości, które znosiła ze strony kolegów – to wszystko było zaaranżowane przez Jeffa.
Dotarło do niej: Jeff pociągał za sznurki, wykorzystując wpływy swojej rodziny, by sabotować ją w pracy, a wszystko po to, by zmusić ją do rezygnacji i uzależnić od siebie. Poważnie nie doceniła tego, jak nisko potrafił upaść.
Maeve przygryzła wargę; gniew wrzał tuż pod powierzchnią, gdy weszła do biura, nie mówiąc ani słowa.
Rozmowy urwały się gwałtownie, a koledzy wpatrywali się w nią w niespokojnej ciszy. Oczy biegały nerwowo, gdy Maeve pakowała swoje rzeczy z zimną determinacją.
Kilku z nich wyglądało, jakby chcieli zapytać, o co chodzi, ale Maeve zawsze trzymała dystans. Nie zamierzała się teraz tłumaczyć.
W tym momencie podszedł do niej Piers. Wyczuwając jej determinację, by odejść, próbował jej to wyperswadować.
– Maeve, jeśli teraz zrezygnujesz, znalezienie zastępstwa w tak krótkim czasie będzie koszmarem. Zostań przynajmniej do czasu, aż znajdziemy kogoś, kto przejmie twoje obowiązki.
Maeve aż świerzbiło, by wyjść natychmiast, ale rozważyła jego punkt widzenia i kiwnęła głową. "W porządku, zostanę do końca miesiąca". Został nieco ponad tydzień, więc wydawało się to wykonalne.
Piers skinął głową i odszedł, już wybierając numer na telefonie.
Maeve zignorowała ciekawskie spojrzenia kolegów i skupiła się na kończeniu pracy. Może dlatego, że wkrótce odchodziła, ci, którzy zazwyczaj nią dyrygowali, byli dziś niezwykle cisi.
Ciesząc się rzadkim spokojem, Maeve porządkowała swoje projekty, a jej myśli odpływały w stronę sposobów, w jakie mogłaby pomóc Byronowi szybciej wrócić do zdrowia po obrażeniach.
Po pracy Maeve wpadła do supermarketu, żeby kupić odżywkę białkową, po czym odebrała kilka witamin w aptece, zanim ruszyła do domu.
Gdy zbliżała się do swojego budynku, serce jej zamarło – stała tam Valda, wyglądająca jak burzowa chmura. Pierwszym instynktem Maeve było zawrócić, ale było już za późno – matka już ją zauważyła.
– Maeve! – Głos Valdy był ostry od furii, gdy podbiegła do niej. – Czy ty postradałaś zmysły? Jak mogłaś doprowadzić do tego, że Jeff trafił do aresztu? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że twój brat dostał się do tego liceum dzięki rodzinie Gravesów? Twój ojciec wciąż dla nich pracuje! A teraz ty idziesz i kąsasz rękę, która nas karmi?
Wściekłość Valdy była namacalna, gdy chwyciła Maeve za ramię, próbując ją odciągnąć. "Idziesz ze mną na komisariat, w tej chwili. Masz to naprawić i przeprosić Jeffa!" Jej głos drżał z gniewu, a uścisk się zacieśniał.
Maeve skrzywiła się pod wpływem nacisku.
– Mamo! Jeff zamontował kamery w moim mieszkaniu, żeby mnie szpiegować, i nawet próbował być agresywny. W jaki sposób to jest moja wina?
Oczy Valdy zapłonęły, gdy warknęła:
– I co z tego? Powinnaś była to znieść. Nie zapominaj, że cała nasza rodzina na nim polega!
Twarz Maeve straciła kolor na słowa matki. Jej tłumiona frustracja w końcu wybuchła.
– Jeśli tak bardzo chcecie na nim polegać, to róbcie to sami. Przestańcie używać mnie jako ofiary!
Valda zamarła, z ręką wzniesioną, jakby chciała uderzyć Maeve.
– Co ty właśnie powiedziałaś?
Maeve instynktownie zamknęła oczy, przygotowując się na uderzenie. Ale policzek nigdy nie nadszedł. Zamiast tego stanowcza dłoń przechwyciła ramię Valdy w locie.
Maeve otworzyła oczy i zobaczyła Byrona stojącego przed nią. Jej oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
– Panie McDaniel?
Byron skinął krótko głową, z brwiami ściągniętymi w gniewie.
– Co tu się dzieje?
Maeve próbowała odpowiedzieć, ale Valda przerwała jej wściekłym krzykiem.
– Kto to jest, do cholery? Zabawiasz się, tak jak mówił Jeff? – Gniew Valdy był potężny. – Maeve, kto cię nauczył być tak bezwstydną i niewdzięczną?
Maeve poczuła, że słowa Valdy ranią głębiej niż jakakolwiek obelga, z którą spotkała się ze strony kolegów.
– Uważaj na ton, kiedy rozmawiasz z moją żoną. – Głos Byrona był zimny, przecinając tyradę Valdy. – Nasz związek jest legalny i to nie twoja sprawa.
















