Słysząc, że ktoś ma takie samo zdanie jak ona, Aria uśmiechnęła się promiennie. – Mówiłam jej to samo, Luno Jasmine – powiedziała.
Zwłaszcza że to Luna to zasugerowała, Lilac nie odrzuci jej propozycji tak łatwo, prawda?
– Spójrz, będziesz wyglądać tak pięknie, kiedy założysz tę suknię, Lilac. Jest w tym samym kolorze co twoje imię. Wybrałam ją specjalnie dla ciebie. – Luna Jasmine wyglądała tak życzliwie i ciepło, niczym matczyna postać, której Lilac nigdy w życiu nie miała.
Myślała, że ta dobra Luna naprawdę zostanie jej matką, gdy zwiąże się z Aidenem. Ale jak mogła wciąż nazywać ją Matką, skoro relacja między nią a Aidenem przybrała tak zły obrót?
Zostanie Matką dla Ruby zamiast dla niej...
Lilac przygryzła wargę; nienawidziła tego imienia. Nienawidziła kobiety, która odebrała jej szczęście, ale jeszcze bardziej nienawidziła Aidena za to, że z nich zrezygnował, obwiniając ją za swoją niewierność.
– Chodź tutaj i przymierz to.
Widząc, jak ciepła była Luna Jasmine i jak się o nią martwiła, Lilac nie miała innego wyboru, jak tylko przymierzyć suknię i zaciągnąć się na dzisiejsze przyjęcie, gdzie wszyscy wyglądali na tak spiętych.
W końcu to przyjęcie powitalne było dla ludzi, którzy próbowali zniszczyć ich watahę, walcząc z wilkołakami na granicy terytoriów wilkołaków i lykanów, chcąc poszerzyć własną władzę.
Nie wspominając o tym, że byli to ludzie, którzy zabili ich znajomych z tej watahy, tych biednych wojowników, którym nie udało się wrócić do ojczyzny.
Oczywiście w to przyjęcie wciąż wplecione były gniew i gorycz, mimo że wyglądało tak żywo, z dużą ilością alkoholu i jedzenia na stołach oraz dobrą muzyką, która odbijała się echem od każdej ściany domu watahy.
– Wyglądasz tak wspaniale! – wykrzyknęła Aria po nałożeniu odrobiny makijażu na bladą twarz Lilac. Była piękna z natury, więc Aria nie musiała robić wiele.
Kolor tej sukni pasował do Lilac tak dobrze; wyglądała tak atrakcyjnie i olśniewająco, a jedynie smutne spojrzenie w jej oczach sprawiało, że cały jej wygląd wydawał się nieco nie na miejscu.
Jednak mimo tego, co Aria powtarzała niezliczoną ilość razy, Lilac nie czuła się Piękna. Czuła się okropnie.
– Nie rób takiej miny – powiedziała cicho Aria, ujmując twarz Lilac w dłonie i pociągając jej policzki, by usta ułożyły się w uśmiech. – Opłakiwałaś go przez tydzień. Pokaż mu, co stracił, nie dochowując ci wierności. – Aria potrząsnęła głową. – To nie ty powinnaś być smutna, tylko on. To strata Aidena, że nie będzie miał cię za swoją przyszłą Lunę.
Wśród ludzi zaczęły krążyć plotki o Ruby i Aidenie, a biorąc pod uwagę to, jak Lilac zamykała się w swoim pokoju, ludzie zaczęli łączyć fakty.
Lilac posłała Arii nikły uśmiech, podążając za przyjaciółką, by w końcu wyjść z sypialni.
– Nie martw się, jest teraz tylu ludzi, że nie wpadniemy na Aidena i Ruby – powiedziała Aria i chwyciła dłoń Lilac.
Te imiona wysłały kolejną falę bólu uderzającą w serce Lilac, gdy podążała za swoją najlepszą przyjaciółką do ogrodu.
Noc była tak piękna i tętniąca życiem, choć gdzieniegdzie wciąż wyczuwało się napięcie, zwłaszcza gdy po watasze przechadzali się lykanie, a inni patrzyli na nich nieufnie.
Lilac po raz pierwszy widziała lykana. Naprawdę zasługiwali na miano najsilniejszych zmiennokształtnych w ich świecie; mężczyźni byli tak wysocy i postawni, podczas gdy kobiety wyglądały tak ładnie, ale jednocześnie silnie, jakby każda z nich mogła samodzielnie stanąć do walki z samcem lykana.
Z tego, co słyszała Lilac, w watasze lykanów były kobiety-wojowniczki, dlatego mimo że liczebność ich watahy nie była tak duża, liczba ich wojowników była imponująca, ponieważ kobiety również brały udział w walkach na polu bitwy.
– Nie mogę uwierzyć, że ktoś może być tak wysoki – powiedziała Aria, gdy przeszedł obok nich mężczyzna z watahy lykanów. Obie ledwo sięgały mu do ramienia.
Lilac zerknęła na tego mężczyznę, ale nic nie powiedziała.
W tej chwili szły uliczkami, gdzie po obu stronach ścieżki znajdowało się mnóstwo straganów.
– Jestem zmęczona – powiedziała Lilac. Kręciło jej się w głowie od bycia w otoczeniu tylu ludzi, zwłaszcza gdy witali ją z troską w oczach. Lilac czuła ich chęć zapytania, co zaszło między nią a Aidenem, ale na szczęście byli na tyle uprzejmi, by powstrzymać się od zadawania zbyt wielu pytań. – Chcę tam usiąść. Możesz iść sama, poczekam na ciebie tutaj.
Lilac wskazała na stoisko z napojami. Było prawie puste, siedziało tam tylko dwóch klientów. Czuła się tak przytłoczona i nie sądziła, by mogła dalej iść.
– Och, w porządku – powiedziała Aria nieco rozczarowana, ale gdy spojrzała na twarz Lilac, wiedziała, że nie może jej dalej zmuszać. – Jesteś pewna, że poradzisz sobie, jeśli zostawię cię samą?
Lilac wymusiła uśmiech, by ją uspokoić. – Idź, albo ominie cię mnóstwo fajnych rzeczy.
Aria zmarszczyła nos, po czym odeszła szczęśliwa; uśmiech zniknął z twarzy Lilac, gdy tylko Aria odeszła, a ona skierowała się w stronę stoiska z napojami.
– Och, Lilac! – Starszy mężczyzna powitał Lilac, gdy usiadła, i zamienił z nią kilka słów, zanim zamówiła napój.
– Czy ma pan coś słodkiego? – zapytała Lilac zachrypniętym głosem, a staruszek natychmiast podał jej ogromną szklankę z czerwonym płynem.
Lilac podziękowała mu i zamilkła; nie wykazywała zainteresowania otoczeniem i dopiero po kilku minutach zauważyła, że ktoś się w nią wpatruje.
















