PUNKT WIDZENIA SKYLER
Następnego ranka faktycznie obudziłam się wraz z budzikiem. Byłam potwornie zesztywniała i obolała. Jestem pewna, że moje siniaki mają swoje własne siniaki. Powoli wstałam i skierowałam się do łazienki. Skorzystałam z toalety, a potem wskoczyłam pod prysznic. Och, jakże marzyłam, by móc wziąć prysznic na dole, ponieważ ciepła woda nie dociera na strych. Nie sądzę nawet, by Alfa kazał podłączyć tu ciepłą wodę; to po prostu kolejna z jego codziennych kar.
Jeśli wstanę wystarczająco wcześnie i będę tak cicho, jak to możliwe, czasami udaje mi się ukraść ciepły prysznic piętro niżej, ale zdarza się to zazwyczaj raz w miesiącu, więc nie tego ranka. Zacisnęłam zęby, by nie szczękały, zmywając brud i zaschniętą krew z ciała tak szybko i ostrożnie, jak mogłam, po czym wypłukałam krew z włosów, zakręciłam wodę i wyszłam.
Przeszłam do pokoju i usiadłam przy toaletce – jedynej rzeczy, którą mój ojciec, wszechmocny Alfa, pozwolił mi zachować ze starego pokoju. Patrząc w lustro, mój wzrok padł na trzy duże blizny biegnące przez moje lewe ramię. Przesunęłam palcami po śladach, a łzy napłynęły mi do oczu, gdy przypomniałam sobie, jak je zdobyłam w moje szóste urodziny.
* Wspomnienie *
— Mamusiu, Tatusiu! — krzyczę, skacząc po ich łóżku.
— Skarbie! Dlaczego wstałaś tak wcześnie?
— Są moje URODZINY!! — wrzeszczę.
— Niee, to niemożliwe. Dopiero co miałaś urodziny.
— Ale Tato, to było w zeszłym roku...
— Więc, kochanie, ile masz dzisiaj lat?
— Mam dzisiaj sześć lat.
— Nie, to niemożliwe.
— Tak, mam!
— Niee! Jestem pewien, że masz tylko ile? Trzy?
— Nie! Głuptasie Tato, mam sześć!
— Niee!
— Aha!
— Nie!
— Tak!
— Dobra! Dobra! Wy dwoje... Zejdźmy na dół i zjedzmy śniadanie — mówi Mama, śmiejąc się z przekomarzań między ojcem a mną.
Schodzimy na dół na śniadanie i widzimy Jamesa, mojego ośmioletniego brata, siedzącego już przy stole i jedzącego, oraz kucharkę robiącą moje ulubione naleśniki na urodziny. Śmieję się i dziękuję jej, gdy kładzie cztery naleśniki na talerzu i stawia go przede mną.
Są z kawałkami czekolady, więc nie muszę do nich nic dodawać. Mama i Tata dołączają do nas, a gdy kończymy, James i ja wybiegamy na tyły domu, by bawić się z innymi dziećmi z watahy. Po chwili mama podchodzi do tylnych drzwi i woła nas.
— Czas wracać do środka... Więc? Skyler, co chciałabyś robić w czasie urodzinowego lunchu? — pyta Mama.
— Czy możemy zrobić piknik na łące pełnej kwiatów? — pytam, łapiąc oddech i siadając przy kuchennym blacie.
— Um... Jasne, to nie powinien być problem. Kochanie, pójdziesz z nami? — Mama spogląda i pyta Tatę, który wchodzi do kuchni.
— Przepraszam, moje panie...
— Ale Tato, to moje urodziny!!
— Wiem, skarbie, ale wciąż mam pracę do wykonania. Weźcie ze sobą kilku strażników.
Tata zwraca się wtedy do Jamesa.
— James? Myślę, że możesz przyjść i mi pomóc. Najwyższy czas, żebyś zaczął uczyć się, jak prowadzić watahę.
— Ale Tato! Miałem iść spędzić czas z kolegami...
— Nie dzisiaj. Dzisiaj jesteś ze mną albo ze swoją Matką i siostrą...
Ukrywam mały chichot, gdy on wzdycha, kiwa głową i mówi:
— Dobra, Tato!
Mama pakuje nam miły kosz piknikowy pełen jedzenia i zabiera nasz koc z szafy w holu, żebyśmy mieli na czym siedzieć.
— Pa chłopcy, nie pracujcie zbyt ciężko. — Mama daje Tacie i Jamesowi szybkie całusy, a my śmiejemy się, wychodząc przez drzwi w stronę lasu.
— Pa! Bądźcie czujne i ostrożne, obie — ostrzega łagodnie Tata.
Nie widzę strażników, których tata kazał mamie zabrać, gdy idziemy przez las na łąkę kwiatową, ale wiedziałam, że gdzieś tam są. Łąka była dużym polem pełnym dzikich kwiatów otaczającym piękne, krystalicznie czyste jezioro. Znaleźliśmy je pewnej nocy jako rodzina podczas jednego z naszych biegów w pełnię księżyca i wszystkim nam tak się spodobało, że uczyniliśmy z niego nasze specjalne rodzinne miejsce.
Przychodzimy tu na rodzinne pikniki i specjalne okazje. Mama i ja poszłyśmy na środek łąki, niedaleko brzegu jeziora, i mama rozłożyła koc na ziemi. Bawiłam się przy brzegu wody, dopóki mama nie zawołała.
— Skyler, kochanie, lunch gotowy.
Wstaję i biegnę z powrotem tam, gdzie siedzi Mama na kocu z rozłożonym przed nią jedzeniem. Po tym, jak zjadłyśmy wszystko, co mama spakowała, co było akurat wystarczającą ilością dla nas, Mama położyła się na kocu i patrzyła, jak biegam po łące, zbierając ładne dzikie kwiaty.
Zatrzymałam się, by zerwać niezwykły kwiat, gdy usłyszałam trzask gałązki i niski warkot dobiegający z krawędzi pola, tuż przy granicy lasu. Zamieram. Patrzę w stronę, z której dobiegł dźwięk, i widzę dwoje jasnoczerwonych oczu wpatrujących się we mnie. Krzyknęłam, upuściłam kwiaty i zaczęłam biec w stronę Mamy na kocu.
Nie byłam jednak wystarczająco szybka i następną rzeczą, jaką wiem, jest to, że zostałam powalona. Turlam się po ziemi, a gdy się zatrzymuję, stoi nade mną wielki, brudny, cuchnący, pokryty bliznami brązowy wilk. Warczy mi w twarz, a potem wpija się zębami w moje lewe ramię. Wydaję z siebie przeszywający krzyk bólu.
Chwilę później wilk znika, gdy jasnoszary wilk zrzuca go ze mnie, ale ten nie zdążył wyjąć kłów z mojego ramienia, więc zostawia trzy długie rozdarcia na mojej skórze. Nie mogę przestać płakać, ale próbuję wstać, chcąc iść pomóc Mamie, lecz upadam z powrotem na ziemię, uderzając świeżo zranionym ramieniem.
Teraz nie mogę się ruszyć, ból promieniujący z ramienia sprawia, że znów krzyczę. Rozglądam się, szukając strażników Taty, ale ich nie widzę. Gwałtownie odwracam głowę w bok, słysząc bardzo głośny warkot, i patrzę, jak niezwykle duży czarny wilk przeskakuje nade mną i biegnie pomóc szaremu wilkowi w walce.
Spoglądam w górę, gdy podbiega do mnie James. Pomaga mi usiąść i obejmuje mnie ramionami, trzymając, podczas gdy ja płaczę. Zostaje ze mną, zakrywając mi uszy, podczas gdy trwa walka. Patrzę w bok, gdy James zdejmuje ręce z moich uszu. Wtedy zdaję sobie sprawę, że czarny wilk to Tata.
Zabija brązowego wilka-samotnika, niestety; nie był wystarczająco szybki, by uratować Mamę. Wydaje z siebie pełne bólu wycie i przemienia się z powrotem w człowieka. Tata podnosi i niesie Mamę, podczas gdy James podnosi i niesie mnie z powrotem do Domu Watahy. To był dzień, w którym zmieniło się moje życie!
* Koniec Wspomnienia *
Pozwoliłam łzom płynąć, wspominając ten straszny dzień. Kary – jak zaczął je nazywać mój ojciec, czy też Alfa, jak nalegał, bym go tytułowała – zaczęły się w moje siódme urodziny. Początkowo był to tylko policzek tu i tam za nieprzyjście na zawołanie lub niewykonanie polecenia wystarczająco szybko, ale powoli eskalowało to do ciosów pięścią i kopniaków.
Rodzaj kar, jakie otrzymywałam, zależał również od tego, co zrobiłam, by zdenerwować Alfę. Główną rzeczą, do której przyzwyczajenie się zajęło mi trochę czasu, było to, że nie wolno mi już nazywać go Tatą ani w żaden sposób odnosić się do Jamesa jako mojego brata; w jego mniemaniu nigdy nie miał córki.
Od tamtej pory moje urodziny nie były zbyt szczęśliwe i naprawdę już ich nie wyczekuję. To dzień, którego teraz wręcz się boję, ponieważ jeśli Alfa przypomni sobie, że mam urodziny, ukarze mnie dotkliwie i doda małą trwałą bliznę na moich plecach, by naznaczyć i spotęgować ból tego dnia sprzed lat.
Powoli zmieniam bandaże wokół połamanych żeber, nakładam maść gojącą na skaleczenia i siniaki, i ubieram się. Następnie spoglądam jeszcze raz w lustro i życzę sobie wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Potem powoli schodzę po schodach, by przygotować śniadanie dla wszystkich. Rozkładam wszystko na stole i szybko czmycham z powrotem do kuchni, by zjeść czekoladowego naleśnika, którego zrobiłam dla siebie jako mój jedyny prezent urodzinowy tego dnia.
Gdy kończę naleśnika, myję talerz, sprawdzam stół, sprzątając wszystkie puste naczynia, po czym wracam do kończenia sprzątania domu, by był gotowy, aż Alfa będzie mógł się popisać przed innym Alfą, który ma przybyć.
Kiedy kończę sprzątać każdy pokój na górnych piętrach, przenoszę się na parter i do wejścia. Staram się pracować wokół wszystkich tak, by sprzątać, nie wchodząc nikomu w drogę, nie narzucając się ani nie przerywając im cokolwiek robią.
Gdy to jest zrobione, wracam do kuchni i zaczynam przygotowywać specjalny lunch, który zaplanowałam, aby był gotowy na przyjazd drugiego Alfy. Da mi to również szansę ukryć się w moim pokoju, dopóki tamten Alfa nie wyjedzie. Nauczyłam się nie ufać Alfom, więc im mniej czasu muszę spędzać w ich obecności, tym lepiej dla mnie.
















