Większość ludzi nawet nie pamięta, że w Domu Watahy znajduje się loch. Ja jednak pamiętam. Mam tam mały pokój na tyłach, który dawniej służył za izolatkę. Cuchnie starym moczem, wymiocinami i krwią. Można do tego przywyknąć. Mam pryczę i stary, postrzępiony koc, żeby się ogrzać. Zdobyłam nawet lampkę ze śmietnika. Wciąż działa, więc mam światło, by odrabiać lekcje. Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej i te sprawy, prawda? To znaczy, przynajmniej nie jestem samotnikiem.
Ach tak, powinnam się przedstawić. Nazywam się Jokasta Latmus, ale mówią na mnie Kas. Nikt nie nazywa mnie Jokastą, z wyjątkiem nauczycieli pierwszego dnia szkoły. Jestem wilkołakiem w watasze Srebrnego Księżyca. Ponieważ jestem sierotą, nie jestem do końca pewna, ile mam lat, ale jestem prawie przekonana, że szesnaście. Ponadto jestem omegą, co oznacza, że jestem służącą. Moim zadaniem jest przygotowywanie posiłków dla wilkołaków mieszkających w Domu Watahy. Między robieniem śniadań i kolacji dla ponad stu wilków, sprzątaniem po nich i uzupełnianiem spiżarni w apartamentach członków o wysokiej randze na trzecim i czwartym piętrze, robię też rzeczy typowe dla nastolatków. Z tym wyjątkiem, że tak naprawdę nie mam zbyt wiele wolnego czasu na te typowe nastoletnie sprawy. Więc prace domowe, prace domowe to szczyt moich normalnych nastoletnich aktywności.
Jest jedenasta trzydzieści w nocy. Właśnie wprowadzam ostatnie poprawki do wypracowania z angielskiego, kiedy słyszę, jak drzwi lochu otwierają się z hukiem. Świetnie. Co zrobiłam tym razem? Nie trzeba wiele. Alfa Graham Connors jest alkoholikiem. Wilkołakom naprawdę trudno się upić, co oznacza, że trzeba pić naprawdę dużo, żeby poczuć efekty. Co oznacza, że prawdopodobnie pokłócił się z Luną Caroline o swoje picie. Co oznacza, że zamknęła przed nim sypialnię. A to z kolei oznacza, że zszedł tutaj, by wyładować swoją złość na mnie. Ot, przeciętny wtorkowy wieczór w Domu Watahy.
Ostry zapach whisky uderza w mój nos, zanim on w ogóle pojawia się przed moimi drzwiami. Znam ten scenariusz. Już stoję i czekam na niego.
O cholera, o cholera, o cholera.
– Alfo Grahamie, co mogę dla ciebie zrobić? – pytam, wbijając wzrok w podłogę. Trzymam dłonie splecione przed sobą, starając się wyglądać na tak małą, jak to tylko możliwe.
Bez słowa butelka whisky śmiga mi koło ucha i roztrzaskuje się o ścianę nad moją pryczą. Wzdrygam się i nie mogę powstrzymać drżenia; obejmuję się ramionami. Minęliśmy etap „o cholera”, teraz jesteśmy na terytorium „o kurwa”. Cokolwiek się za chwilę wydarzy, będzie gorzej niż zwykle.
Rzuca się do przodu i chwyta mnie za gardło obiema rękami. Czuję łzy napływające do oczu, gdy brak tlenu sprawia, że krawędzie mojego pola widzenia ciemnieją. Desperacko drapię jego dłonie, próbując uwolnić się z uścisku, ale na próżno. Podnosi mnie za szyję tak, że moja twarz znajduje się na wysokości jego twarzy. Jego oczy są czarne jak smoła, co wskazuje, że jego wilk, Ruckus, przejął kontrolę. Jego oddech śmierdzi alkoholem, a twarz jest czerwona z wściekłości.
Zaczynam się krztusić i dławić z braku powietrza. Bez ostrzeżenia ciska mną przez pokój, jakbym nic nie ważyła. Moje ciało uderza o ścianę i ląduję na plecach na pryczy. Odłamki rozbitej butelki przebijają skórę na plecach przez cienki T-shirt. Whisky sprawia, że rany pieką żywym ogniem. Próbuję stłumić krzyk, gdy ból przeszywa mnie na wskroś. On przechodzi przez pokój i podnosi mnie brutalnie za włosy. Czuję, jak szkło wbija się głębiej, gdy ciągnie mnie w górę.
Uderza mnie w twarz z całej siły, po czym rzuca na ziemię. Kopie mnie w brzuch i raz za razem depcze po moich plecach. Kawałki szkła wbijają się głębiej w moje ciało. Czuję krew przesiąkającą przez moją poszarpaną koszulkę. Nie śmiem się ruszyć, by nie wściekł się jeszcze bardziej. Czuję, jak pękają mi żebra, gdy trafia w nie jego stopa. Jeden z kopniaków ląduje na mojej szczęce. Słyszę w głowie przyprawiający o mdłości trzask. Metaliczny smak krwi natychmiast wypełnia moje usta.
Alfa Graham od lat używa mnie jako swojego osobistego worka treningowego, ale to było o wiele bardziej intensywne niż kiedykolwiek wcześniej. Zazwyczaj uderza mnie kilka razy, a potem chłoszcze batem, aż krwawię i mam żywe rany. W ciągu ostatnich kilku lat zaczął maczać bicz w wyciągu z tojadu, co sprawia, że goję się wolniej, więc teraz mam na plecach i ramionach paskudne blizny.
– Alfo Gahm, psztań. Pszę – udaje mi się wykrztusić.
Mój głos jest cichy i zniekształcony przez złamaną szczękę i krew wylewającą się z ust. On gwałtownie przerywa i wychodzi z pokoju. Wraca chwilę później z batem i zaczyna bezlitośnie chłostać moje plecy. Bicz ocieka tojadem. Uderzenia w połączeniu z odłamkami szkła wciąż tkwiącymi w moich plecach i tojadem to zbyt wiele.
Obraz mi się zamazuje i tracę przytomność.
Otacza mnie ciemność i odrętwienie. Czy tak wygląda śmierć? Jest spokojnie, ale trochę nudno. Przynajmniej nie muszę karmić watahy. O kurczę, nie zdążyłam oddać tego wypracowania z angielskiego. A było całkiem niezłe. Jednostajne, ciche pikanie działa kojąco. Nie wiem, jak długo nie żyję, ale czuję, że chcę otworzyć oczy, gotowa na życie pozagrobowe.
Po czasie, który wydaje się wiecznością, udaje mi się otworzyć powieki i odkrywam, że jestem sama w miękkim, wygodnym łóżku w jasnym, czystym pokoju. To są zaświaty? Może to jakaś poczekalnia, ale gdzie jest hol? Czy jest recepcjonistka? Mój umysł powoli się rozjaśnia i zdaję sobie sprawę, że nie umarłam. Jestem w szpitalu watahy.
Muszę wyjść, zanim Alfa znajdzie mnie poza lochem. Próbuję wstac, ale ledwo mogę ruszyć ciałem. Każdy ruch powoduje potworny ból. Zaczynam panikować, przez co pikanie w pokoju przyspiesza. Och, jestem podłączona do sterty maszyn. Próbuję wymyślić, jak je odłączyć, żeby nikt nie usłyszał hałasu. Za późno, słyszę ludzi na korytarzu, są coraz bliżej. Próbuję usiąść. Muszę zignorować ból. Muszę uciec. Powoli zsuwam się z boku łóżka. Nogi mam jak z waty. Rurki i przewody wystające ze mnie uniemożliwiają mi oddalenie się.
Drzwi otwierają się i wchodzi lekarz watahy z pielęgniarką. Lekarz jest starszym mężczyzną. Ma czarne włosy, które siwieją po bokach. Pielęgniarka jest młoda, ma kręcone blond włosy upięte w koński ogon.
– Ach, Kas. Obudziłaś się. Wróćmy do łóżka, dobrze? – mówi łagodnie lekarz. On i pielęgniarka podchodzą do mnie z obu stron i wyciągają ręce, by mnie podtrzymać. Z mojej piersi wydobywa się głęboki warkot.
– Nie dotykajcie mnie – warknęłam, strząsając ich dłonie. Mój głos jest chropowaty i surowy, a w ustach czuję się tak, jakby wbijało się w nie tysiąc igieł.
– W porządku, Kas. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Próbujemy ci pomóc wyzdrowieć. Wróćmy do łóżka i dajmy ci się napić wody – lekarz podnosi ręce w geście kapitulacji.
Patrzę na niego z wahaniem, po czym przyjmuję ich pomoc przy powrocie do łóżka. Pielęgniarka podaje mi kubek z wodą i słomką. Picie sprawia ból całej dolnej połowie mojej twarzy, ale woda przynosi ulgę mojemu gardłu.
Lekarz siada na krześle obok łóżka, podczas gdy pielęgniarka sprawdza moje parametry życiowe i zaczyna majstrować przy podłączonych do mnie rurkach i przewodach.
– Kas, przeszłaś operację usunięcia setek odłamków szkła z pleców. Musieliśmy też nastawić kilka żeber i szczękę, a w twojej krwi było mnóstwo tojadu. Zrobiliśmy transfuzję, żeby oczyścić twój organizm, byś mogła się zagoić – wyjaśnia lekarz. – Masz szczęście, że nie umarłaś.
*Jesteś pewien tej ostatniej części, doktorku?* – myślę sobie.
– Kiedy wataha zorientowała się, że śniadanie nie zostało przygotowane, Beta Tate poszedł po ciebie i znalazł cię na ziemi w twoim... uh... pokoju – patrzy na mnie ze współczuciem. – Kas, kto ci to zrobił? To przestępstwo, które może być podstawą do wygnania z watahy. Sądząc po bliznach, to nie pierwszy raz, kiedy zostałaś zaatakowana.
Nie mogę mu odpowiedzieć. Wpatruję się w swoje dłonie na kolanach w milczeniu. Jak mogę mu powiedzieć, że to Alfa Graham jest sprawcą? Nie ma mowy, żeby mi uwierzył, a nawet jeśli, to co zrobią? Wygnają Alfę? Niedoczekanie. Decyduję, że moim najlepszym ruchem jest po prostu potrząśnięcie głową na nie. Nie chcę zostać wyrzucona z watahy za kłamstwo. Nie mam dokąd pójść. Byłabym samotnikiem.
– W porządku. Przejdźmy do następnego pytania. Kiedy kończysz siedemnaście lat? – Patrzy na papiery w swojej teczce.
– N-nie wiem dokładnie, proszę pana – mówię szczerze.
Patrzy na mnie ze zmarszczonym czołem. Zerka na pielęgniarkę i prosi ją, by zostawiła nas samych na kilka minut. O cholera. Czy mam kłopoty? Dopiero się obudziłam. Nie wiem, co mogłam zrobić, kiedy spałam. Ona kończy to, co robi, i wychodzi z pokoju.
– Nie znasz swojej daty urodzenia, Kas? – pyta zdezorientowany.
– M-mój ojciec przyniósł mnie tu, gdy byłam niemowlęciem. Był samotnikiem. Alfa Graham, cóż... on... – czuję, jak moja twarz płonie ze wstydu. Ręce mi drżą, a łzy grożą ucieczką z oczu. Nie sądziłam, że będę musiała opowiadać tę historię lekarzowi. Myślałam, że wszyscy już wiedzą.
Mój ojciec był samotnikiem, banitą. Alfa Graham zamordował go za wejście na terytorium watahy bez pozwolenia. Nie zdawali sobie sprawy, że niósł dziecko, dopóki nie rozpięli jego kurtki i nie zobaczyli, że jestem schowana w środku. To cud, że przeżyłam. Ponieważ byłam tylko niemowlęciem, nie mogli się mnie po prostu pozbyć, ale nic o mnie nie wiedzieli. Byłam owinięta w kocyk, na którym wyhaftowano imię „Jokasta”. Więc tak mnie nazwali.
Mój ojciec mógł być porywaczem, o ile mi wiadomo. Jedynym powodem, dla którego dali mi nazwisko Latmus, jest to, że po zabiciu mojego ojca przejrzeli jego portfel, aby go zidentyfikować. Jedynym dokumentem, jaki miał, była karta biblioteczna na nazwisko Andy Latmus. Próbowałam kiedyś szukać tego nazwiska w internecie na komputerze w szkolnej bibliotece. Wyszukiwarka nic nie znalazła.
– Nie musisz kończyć, wiem, co stało się z twoim ojcem.
– Cóż, po tym jak to się... stało... Luna Caroline przygarnęła mnie, dopóki nie byłam wystarczająco duża, by pójść do szkoły. Wtedy przeniosła mnie do lochu. Od tamtej pory jestem zdana na siebie. Nigdy nie dowiedziałam się, kiedy są moje prawdziwe urodziny. Szczerze mówiąc, jest pan pierwszą osobą, która kiedykolwiek o to zapytała. To znaczy, chyba mam szesnaście lat. Mój wilk się jeszcze nie obudził.
Lekarz kiwa głową, patrząc na mnie z litością. Prawie jakby mu zależało. Zadaje mi jeszcze kilka pytań o historię medyczną, ale nie ma o czym mówić. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej była leczona przez lekarza.
– Rozumiem. – Zamyka teczkę i wkłada długopis do kieszeni koszuli. – Cóż, wiem, że nie miałaś jeszcze okazji spojrzeć w lustro, ale kiedy to zrobisz, możesz stwierdzić, że wyglądasz nieco inaczej. Nie martw się. Wierzę, że to znak, iż twój wilk zaczyna się budzić. Zrobiłem tyle badań, ile przyszło mi do głowy. To nie jest związane z medycyną.
Patrzę na niego ze zmieszaniem. – T-tak, proszę pana.
Zakładam, że ma na myśli to, że szybciej się goję, ale dlaczego musiał mnie ostrzegać? Dlaczego po prostu mi nie powiedział?