Rozdział 6: Nie chcemy żadnych problemów
Kaelen
Po udanym spotkaniu nie byłem w zbyt dobrym nastroju. Powiedziałem Vittoriowi i Ronanowi, że powinniśmy udać się na zaplecze The Viridian Lounge na partię kart. Prowadzę nielegalne gry w niektórych lokalach, ale są one ekskluzywne, a wpisowe jest wysokie. Było tam wielu facetów, których znaliśmy, ale też kilku nieznajomych. Zazwyczaj ktoś musi za ciebie ręczyć, jeśli pojawiasz się na jednej z moich gier, i choć nie ma nic złego w składanych krzesłach i stołach, to nie jest ten typ podziemnej sali pokerowej.
Znajduje się tam barek z najlepszymi dostępnymi papierosami i ciemnymi alkoholami, a wystrój jest nastrojowy i elegancki. Nie każdy na zapleczu jest zawsze jednym z dziesięciu graczy. Niektórzy są tam dla drinków i prywatnych rozmów, ale centrum stanowi stół z nieustannie trwającą grą. Gdy nasza trójka weszła do środka, wszyscy skinęli głowami z szacunkiem, a my skierowaliśmy się do baru. Machnąłem na barmana, by nalał nam po szklance whisky, lustrując pomieszczenie, i mój wzrok natychmiast padł na trzech nowych facetów.
– Kto to jest? – nachyliłem się do Vittoria.
– Nie wiem, pewnie przyszli z innymi – odparł, opierając się o bar i rozpinając guzik marynarki.
Vittorio jest potężnie zbudowany i zawsze trzyma w ustach tę cholerną wykałaczkę. Przesunął ją z jednego kącika ust do drugiego i nie przestawał ich obserwować.
– Znam go – powiedział Ronan, nachylając się do mnie i wykonując subtelne skinienie głową w stronę jednego z tej trójki.
– Kto to? – zapytałem, nie dlatego, żeby nowi nie mogli przychodzić grać.
O ile było ich na to stać, mogli grać, ale musieli kogoś znać. Nie chcesz, żeby agenci federalni lub inni mąciciele wślizgnęli się na miejsce przy stole. Wiem, że moi ludzie wiedzą, co robią, i na pewno sprawdzili tych facetów, ale wciąż byliśmy ciekawi.
– Pracuje z Viktorem Morzanem, pozostałych dwóch nie znam – Ronan wzruszył ramionami, odbierając szklankę od barmana. Przerwaliśmy rozmowę, gdy podszedł jeden z naszych ludzi i skłonił przed nami głowę.
– Szefowie – skinął głową mnie, mojemu kuzynowi, a potem Ronanowi, na co my odpowiedzieliśmy skinieniem i odsunęliśmy go na bok.
Rozmawialiśmy o sprawach lokalu, nasza rozmowa nie wyróżniała się niczym szczególnym.
– Co to było? – Ronan usiadł prosto, co sprawiło, że i ja wyprostowałem kręgosłup i zapiąłem marynarkę.
– Co?
Oczy Ronana śmigały dookoła, jakby coś skanował i przetwarzał. Vittorio stał oparty ramionami o bar, a ja stałem cicho między nimi.
– To jest subtelne, naprawdę cholernie subtelne, ale spójrz na krupiera. – Ronan udał, że przeciera dłonią szczękę, by zasłonić usta, gdy do mnie mówił. Mój wzrok powędrował na krupiera i zacząłem go obserwować.
– Nic nie widziałem – Vittorio wzruszył ramionami, ale ja nie odrywałem wzroku.
Nigdy nie widziałem, żeby ktoś robił to tak dobrze, ale takich gości nazywamy mechanikami. To profesjonalni oszuści, którzy ustawiają gry i rozdają karty od dołu talii. Robią to, by kontrolować, kto jakie karty dostaje, i zazwyczaj mają partnera, któremu podrzucają dobre układy. Są sprytni, więc używają zręczności dłoni godnej iluzjonisty i bardzo trudno ich złapać, chyba że ma się oko jak Ronan czy ja. Mechanicy sprawiają, że jeden partner przegrywa trochę pieniędzy, by rzucić cień na drugiego, który wygrywa znacznie więcej, a potem, po ustawieniu gier, dzielą zysk po połowie, by zrekompensować straty partnera.
Mówiąc prościej: ta dwójka, kurwa, mnie okradała. Zły ruch z ich strony. Zachichotałem, nie mogłem się powstrzymać. Vittorio wciąż nie łapał, o co chodzi, ale zostawiłem go tam, wziąłem szklankę i podszedłem bliżej stołu. Kilku z nich się wyprostowało, co było zrozumiałe – moja obecność sprawia, że mnóstwo ludzi staje się nerwowych. Nic nie powiedziałem, zamiast tego odwróciłem się plecami do gry i zagadałem do kogoś innego. Wiedziałem jednak, że Ronan będzie obserwował.
– Jesteś siostrzeńcem Morzana, prawda? – zapytałem jednego z młodych chłopaków.
– Tak, proszę pana. – Był pełen szacunku, tak jak powinien.
To, że należy do rodziny przestępczej, nie oznacza, że ma prawo być mniej niż szacowny wobec mnie i mojego lokalu. Tak właśnie powinna działać mafia Gambino. Dajesz szacunek, otrzymujesz szacunek. Dołączyłem do Ronana i Vittoria; ten drugi chciał zapalić, więc powiedziałem mu, żeby śmiało to zrobił. Czekałem na coś, a gdy gra się skończyła i wypłacono wygrane, kilku mężczyzn wstało z zamiarem odejścia od stołu. Skończyli grać i chcieli oddać miejsca kolejnym chętnym z wpisowym, ale podniosłem rękę.
– Zostańcie tam, gdzie stoicie – zażądałem.
Kilka ciał zesztywniało, inni wciąż skupiali się na kartach, nie interesując się niczym poza nimi. Podszedłem do dwóch mechaników i wyciągnąłem wygraną z ręki pierwszego z nich, krupiera.
– Hmmm, to nie była twoja szczęśliwa noc – powiedziałem mu. Uśmiechnął się krzywo i wzruszył ramionami.
– Czasami tak bywa – wymamrotał, a ja zachichotałem.
– Bywa – mruknąłem i rzuciłem gotówkę przed drugiego mężczyznę.
– Miałeś dobrą noc, dlaczego nie zostaniesz na kolejną partię? – namawiałem go.
Cóż, nie nazwałbym tego namawianiem, biorąc pod uwagę, że moja twarz była śmiertelnie poważna i nieruchoma jak kamień.
– Nie chcę kusić losu, proszę pana. Na razie pasuję. – Wciąż pozostawał uprzejmy.
Oblizałem wargi i skinąłem głową, po czym chwyciłem go za tył głowy i rąbnąłem jego twarzą o stół. Kilka osób odskoczyło, a wszystkie oczy zwróciły się na nas. W lokalu zapadła cisza, przerywana jedynie jękiem mężczyzny, którego twarz właśnie zmiażdżyłem. Ronan podszedł do nas.
– Proszę pana, nie chcemy żadnych problemów – krupier podniósł ręce w geście poddania.
– Nie? To dlaczego, kurwa, próbujecie mnie okradać? – zapytałem, a wszystkim oczy wyszły z orbit.
Nikt nie widział niczego dziwnego, więc wszyscy byli bardzo niepewni tego, co zaraz się wydarzy.
















