PUNKT WIDZENIA IZZY
Nigdy nie sądziłam, że go spotkam.
Wysiadam z autobusu w strugach palącego słońca; panuje tu prawdziwy ukrop. Nie czuć ani powiewu wiatru. Żałuję, że nie jestem z powrotem w domu, albo w jednym z wielu miejsc, które ostatnio tak nazywałam. Odbieram walizkę od kierowcy, który gapił się na mnie przez ostatnie kilka minut z nutą niezadowolenia, jakby miał ważniejsze rzeczy na głowie. Obdarzam go moim najlepszym uśmiechem, chwytam bagaż i odwracam się na pięcie.
Idę przed siebie, kierując się w stronę dworca autobusowego; jest mniejszy, niż zapamiętałam. Zaczynam przeszukiwać tłum wzrokiem, wypatrując ciotki.
Dużo się przemieszczałam. I to naprawdę dużo. Czy to z matką, w pierwszej części mojego życia, czy później, gdy odeszła, z ciotką, która przygarnęła mnie wraz ze swoim partnerem i córką. Przemieszczałam się głównie po to, by uciec przed tymi, którzy mnie ścigali.
Rozglądam się po dworcu za ciotką, która uparła się, żebym tu wróciła.
Chciałabym wiedzieć dlaczego, skoro to miasto zawsze przywołuje we mnie złe wspomnienia, zwłaszcza gdy ON tu jest. Nigdy nie wymawiam jego imienia. Porzucił mnie i mamę, gdy miałam dziesięć lat. Każdego dnia musiałam patrzeć, jak pęka jej serce. Ani razu nie pofatygował się, by przy mnie być; był zbyt zajęty byciem zakochanym i sprawami watahy, by pamiętać o córce, którą spłodził.
Poważnie zastanawiam się, dlaczego ciotka chciała mojego powrotu, choć wiem, że osiedliła się tu z Alice, moją kuzynką. Powiedziałam jej wyraźnie, że powrót do tego miasta, bliżej niego, to dla mnie kwestia życia i śmierci. I wiem, że to miasto stanie się moim żywym piekłem.
– IZZY, TUTAJ! – słyszę krzyk ciotki. Patrzę w lewo i widzę ją, podskakującą i próbującą zwrócić na siebie moją uwagę. Uśmiecham się do niej i ruszam w jej stronę.
Idę powoli, mając wyostrzone zmysły, bo czuję, że wielu ludzi na dworcu mi się przygląda, zastanawiając się, kim lub czym jestem. Miasto, do którego przeprowadziła się ciotka, to miasto wilkołaków. Jest tu kilku ludzi i ciotka mówiła mi, że wiedzą o ich istnieniu. Na obrzeżach, po przeciwnych stronach, żyją co najmniej dwie watahy. Jedna z nich to JEGO wataha. Wygląda na to, że swobodnie włóczą się po mieście. Bycie tutaj zmiennokształtną panterą zapowiada się interesująco.
– Cioteczko – mówię z uśmiechem, podchodząc bliżej. Wiem, że nienawidzi, gdy tak ją nazywam; jej twarz zmienia się, gdy tylko to słyszy.
– Izzy, wiesz, jak bardzo nie znoszę tego słowa – mówi, ale wiem, że cieszy się na mój widok.
– Przepraszam, Kat – odpowiadam, uśmiechając się i wciągając ją w objęcia.
– Jak minęła podróż? – pyta, przejmując ode mnie torbę, podczas gdy ja ciągnę walizkę, kierując się do wyjścia.
– Było okej. Najpierw lot samolotem, a potem ostatnie dwanaście godzin autobusem. Po drodze było kilka przystanków, gdzie mogłam rozprostować nogi, ale nie przeszkadzało mi to, jestem przyzwyczajona. Poza tym upewniłam się dwa razy, że nikt mnie nie śledzi – mówię, ale zauważam kierowcę autobusu wymieniającego kluczyki z innym kierowcą; obaj patrzą prosto na mnie.
Wzdycham.
– Jeśli jeszcze jedna osoba będzie się na nas gapić, przysięgam, że wyrwę jej gardło – odzywa się Puna, moja zwierzęca część. Jesteśmy zmiennokształtną panterą; moja mama nią była, podobnie jak Alice i Kat.
– Dlaczego wszyscy się na mnie gapią? – pytam, czując się nieswojo, co sprawia, że Puna wysuwa się na prowadzenie, by rozejrzeć się po ludziach.
Kat rozgląda się, po czym patrzy na mnie z uśmieszkiem.
– Cóż, niecodziennie do tego miasta przyjeżdża oszałamiająca, przepiękna dwudziestolatka.
Chichoczę.
– Taa, jasne, musi tu być więcej dziewczyn, ale wiesz, o co mi chodzi – mówię, zauważając dwie starsze panie, które się we mnie wpatrują. Gdy jednak orientują się, że patrzę prosto na nie, odwracają wzrok. Jedna z nich wygląda, jakby łączyła się z kimś myślowo.
– Założę się, że donoszą swojemu Alfie, że pojawił się ktoś nowy – mówi Puna, przeciągając się i kładąc z powrotem w mojej głowie z ziewnięciem.
Kat patrzy na mnie z ciekawością.
– Powinnaś uważać, kiedy Puna podchodzi bliżej, twoje oczy lekko zmieniają kolor – mówi szeptem, starając się, by nikt jej nie usłyszał. – Porozmawiamy więcej w samochodzie – dodaje, prowadząc mnie na parking.
Wychodzimy z dworca i kierujemy się do drzwi prowadzących na parking.
Idziemy przez plac do jej małej Hondy, która na nas czeka, gdy nagle tuż przed jej maskę zajeżdża mustang. Kat patrzy na samochód i wzdycha.
– O jednego Alfę za dużo, bądź miła, Izzy – mówi przez zaciśnięte zęby, gdy z wozu wysiada mężczyzna. Spogląda na nas, po czym otwiera tylne drzwi, z których wysiada dwóch młodych mężczyzn, wyglądających na moich rówieśników.
Jeden z nich podchodzi bliżej. Jego zapach uderza we mnie natychmiast, jest mi znajomy. Skąd ja go... i wtedy uświadamiam sobie skąd. Wydaję z siebie cichy warkot.
Znam ten zapach.
To nie mój ojciec, ale ma zapach podobny do niego. To musi być jego syn.