Ayla
— Thane! Thane! — usłyszałam desperacki krzyk, zanim zdałam sobie sprawę, że pochodzi on ode mnie. Thane zachwiał się i uderzył mocno o podłogę. Pot spływa mu po skroniach, a jego niegdyś muśnięta słońcem skóra jest chorobliwie blada.
Nie, nie, to nie jest w porządku. Zmiennokształtni nie chorują. Pochylam się nad nim, trzęsąc się i wołając jego imię, ale on nie reaguje. Sięgam do tylnej kies
















