Miękkie, gorące wargi odnajdują muszlę mojego ucha, a on szepcze: "Myślisz, że cię nie pragnę?" Wciska biodra do przodu, ocierając się o moje pośladki, a ja jęczę. "Naprawdę?" Chichocze. "Puść mnie," szepczę, a moje ciało drży z potrzeby. "Nie chcę, żebyś mnie dotykał." Upadam na łóżko, a potem odwracam się, żeby na niego spojrzeć. Ciemne tatuaże na wyrzeźbionych ramionach Dominica drżą i rozszerzają się wraz z unoszącą się klatką piersiową. Jego głęboki, dołeczkowy uśmiech jest pełen arogancji, gdy sięga za siebie, by zamknąć drzwi na klucz. Przygryzając wargę, zbliża się do mnie, a jego ręka wędruje do szwu spodni i grubiejącego wybrzuszenia. "Jesteś pewna, że nie chcesz, żebym cię dotykał?" Szepcze, rozwiązując węzeł i wsuwając rękę do środka. "Ponieważ przysięgam na Boga, że tylko tego chcę. Każdego dnia, od momentu, gdy weszłaś do naszego baru i poczułem twój idealny zapach z drugiego końca sali." Draven, nowa w świecie zmiennokształtnych, jest uciekającą człowiekiem. Piękna dziewczyna, której nikt nie mógł ochronić. Domonic to zimny Alfa Watahy Czerwonych Wilków. Bractwo dwunastu wilków, które żyje według dwunastu zasad. Zasad, których przysięgli NIGDY nie złamać. Zwłaszcza - Zasady Numer Jeden - Żadnych Partnerów. Kiedy Draven spotyka Dominica, wie, że jest jej partnerem, ale Draven nie ma pojęcia, czym jest partner, wie tylko, że zakochała się w zmiennokształtnym. Alfie, który złamie jej serce, aby zmusić ją do odejścia. Obiecując sobie, że nigdy mu nie wybaczy, znika. Ale nie wie o dziecku, które nosi, ani o tym, że w chwili jej odejścia Domonic postanowił, że zasady są po to, by je łamać - a teraz, czy kiedykolwiek ją odnajdzie? Czy mu wybaczy?

Pierwszy Rozdział

*„Nie ma takiego miejsca, do którego mogłabyś się udać, a ja cię nie znajdę. Jesteś moja. Zawsze będziesz moja, a ja zasieję w tobie swoje nasienie, abyś nigdy nie była wolna”.* *Słowa potwora, który czasem bywa mężczyzną.* **DRAVEN** Kiedy wysiadłam z pociągu na stacji Port Orchard, pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, była gęsta mgła otaczająca miasto. Niczym smużki dymu w ciężkim kocu, rozgałęziające się jak ramiona z pojedynczej chmury, rozciągała się wszędzie. Owijała się wokół wiecznie zielonych drzew i pięła w górę po zboczu góry. Osiadała na brzegu oceanu i dokach Port Orchard w stanie Waszyngton. Niebo powyżej majaczyło głęboką szarością, mimo że było wczesne popołudnie, a drobna mżawka tańczyła w powietrzu. To było piękne, a teraz było to moim domem. Złożyłam podanie o pracę w jednym z nielicznych barów w mieście, kiedy jeszcze mieszkałam na Florydzie. Oszczędzałam przez ostatnie trzy lata, czekając na dzień, w którym w końcu zniknę z Miami na zawsze. Jakieś dwa tygodnie temu dostałam szansę. I ją wykorzystałam. Z drugiej strony, nie jestem pewna, czy to, co robiłam wcześniej, można nazwać życiem. Chyba bardziej przypominało to egzystowanie. I... Cierpienie. Strząsając z siebie wspomnienia ludzi, których zostawiłam za sobą, wchodzę na umiarkowanie zatłoczoną ulicę. Port Orchard nie było największym z miast, ale z jakiegoś powodu na ulicach było mnóstwo ludzi. Malownicze sklepy ciągną się wzdłuż przecznicy, na której się znajduję, a za nimi, wspinając się po zboczach wzgórz, wznoszą się wieże domków w starym stylu. Po prawej stronie widziałam targ świeżych ryb w pobliżu doków, a po lewej tętniące życiem targowisko pełne uroczych mieszkańców sprzedających swoje towary. Cudownie. Przestudiowałam mapę tego miasta na telefonie, zanim roztrzaskałam go w drobny mak jeszcze w Miami. Cieszyłam się, widząc, że zdjęcia tego miejsca były dość dokładne. W Internecie wyglądało to jak wirtualny raj. Dla kogoś, kto chce uciec w deszcz i mgłę, wydawało się idealne. Rzeczywistość nie rozczarowała. Podciągając plecak wyżej na ramię, kieruję się w stronę doków, w kierunku mojego nowego miejsca pracy. The Moonlight Lounge brzmiało wytwornie, ale wiedziałam, że tak nie będzie. Nie za stawki, które oferowali. Poza tym, to nie było miasto pełne luksusowych samochodów i nadzianych klientów. Kiedy składałam podanie przez Internet w bibliotece w Miami, nie myślałam, że naprawdę dostanę tę pracę. To była tylko jedna z wielu nikłych nadziei, o których fantazjowałam. Jak na ironię, to stanowisko wiązało się z mieszkaniem znajdującym się nad lokalem. Dwie pieczenie na jednym ogniu, więc oczywiście było to na szczycie mojej listy życzeń. Właściciel szukał kogoś, kto nie tylko potrafiłby obsługiwać bar, ale też służyłby jako swego rodzaju dozorca mieszkający na miejscu. Więc naturalnie, było to idealne dla kogoś takiego jak ja. Kogoś, kto niekoniecznie chciał, by jego nazwisko widniało na jakiejkolwiek umowie najmu. Chociaż mogłam „*przypadkowo*” zaznaczyć pole oznaczone jako mężczyzna zamiast kobiety, a oferta, którą otrzymałam, *była* zaadresowana do Pana Dravena Piccoli, nie zamierzałam korygować tego nieporozumienia, dopóki nie przyjadę. Co właśnie zamierzałam zrobić. Niewiele dozorczyń to kobiety. Teraz pozostało mi tylko modlić się, aby mój pracodawca przymknął oko na moją małą pomyłkę i pozwolił mi zostać. Jeśli nie? Cóż, wtedy zaszyję się w motelu czy czymś podobnym, dopóki nie znajdę zatrudnienia gdzie indziej. Teraz, gdy tu jestem, tak naprawdę tutaj, jestem całkowicie oczarowana tajemniczą aurą otaczającą to miejsce. Teraz chcę, żeby to był mój dom. Zerkając w górę na neon z napisem Moonlight Lounge, migający nowoczesną czcionką fioletowych liter, biorę głęboki oddech i wchodzę do środka. Bar jest czysty i w większości pusty. Niezbyt niezwykłe dla barów o tej porze dnia. Przyciemnione oświetlenie i skórzane wnętrze w stylu retro nadają temu miejscu niemal mafijny klimat. Wchodząc głębiej w stronę długiego drewnianego baru, zdejmuję kaptur i rozglądam się. Mój wzrok zatrzymuje się na stoliku w odległym rogu, najbliżej przyciemnianych przednich okien. Siedzi tam trzech mężczyzn i każdy z nich podnosi wzrok w chwili, gdy wchodzę. Jeden z nich sztywnieje, prostując się, by zgromić mnie spojrzeniem, gdy ja odwzajemniam patrzenie. Moja klatka piersiowa się zaciska. Serce dudni mi w uszach. Przez chwilę wydaje mi się, jakbym go rozpoznawała. Jakbym go ZNAŁA, ale to niemożliwe. Jest niezwykle przystojny, z ciemnymi, czerwonobrązowymi włosami spiętymi w krótki kucyk i oczami w kolorze spalonego węgla. Głębokie, szare i... nieco przenikliwe. Pozostali dwaj mężczyźni wydają się bardziej przeciętni i nie tak onieśmielający jak ten pierwszy. Nic specjalnego, po prostu para napakowanych tępaków z kiepskim nastawieniem. Ich oczy przesuwają się w moją stronę, wszyscy uśmiechają się drwiąco. Unoszę brodę i odwracam wzrok, w duchu mając nadzieję, że żaden z tej trójki nie jest właścicielem. *Wam też chuj w dupę, panowie.* Zwracając uwagę z powrotem na bar, dzwonię małym dzwonkiem obok kasy, mając nadzieję, że przyciągnie to uwagę kogokolwiek, kto jest na zapleczu. Wysoki, barczysty mężczyzna, który wydaje się zbyt młody, by być właścicielem, wpada przez wahadłowe podwójne drzwi za ladą. Noszący niedbałą brązową brodę i pasującą do niej czuprynę, on również wydaje się być przesadnie zbudowany i niemożliwie umięśniony. Kąciki ust faceta drgają w górę, gdy mnie taksuje. Jego wzrok błądzi po mnie od stóp do głów i z powrotem. Życzliwe niebieskie oczy mrużą się nieznacznie, gdy zatrzymują się na moim plecaku. – Mogę ci pomóc, mała damo? – pyta z uśmiechem. Kiwam głową. – Jesteś Bartlett? Czyszcząc szklankę frotową szmatką, którą ściągnął z półki, przytakuje. – Jestem. A ty to kto? Oto i ona. Chwila prawdy. – Jestem Draven Piccoli. Mam dziś zacząć pracę. Bartlett napina się, jego oczy uciekają w stronę stolika w rogu, a potem wracają do mnie. – Nie. Nie możesz być. Draven ma być... mężczyzną. Wzdycham, podchodząc bliżej baru, by zająć miejsce. – Nie, Draven ma być dozorcą łamane przez barmanem. Jakie to ma znaczenie, jakiej płci może być „Draven”? Bartlett chichocze. – Bo Draven, którego zatrudniłem, musi wiedzieć, jak wyrzucać ludzi z baru i podnosić co najmniej sto funtów. ON musi umieć posługiwać się bronią we wczesnych godzinach porannych w noc pełni księżyca. A ty? TY nie wyglądasz jak on. – Potrafię podnieść sto funtów – kłócę się z dziwacznym uśmiechem. – Może nie zbyt wiele razy w ciągu jednego dnia, ale potrafię. Próbuję włożyć w głos odrobinę błagania, mając nadzieję, że uda mi się zagrać kartą bycia uroczą i on to kupi. Kręcąc głową i stawiając przede mną szklankę bursztynowego płynu, szepcze: – Wypij drinka, laleczko, a potem ruszaj w drogę. Przepraszam za wszelkie niedogodności, jakie mogło ci to sprawić, ale nie szukam żadnej seksownej dozorczyni. Marszczę brwi. Cholera. Wiedziałam, że to się może zdarzyć, więc dlaczego teraz jestem tak rozczarowana? Moje oczy napełniają się łzami, których staram się nie osuszać. Chyba będę musiała uronić kilka, żeby postawić na swoim. Już pieką na samą myśl o walce, jaką przyjdzie mi stoczyć. Może znajdę pracę jako kelnerka. Albo może w mieście jest jakiś klub ze striptizem i tam mogę złożyć podanie. Kluby ze striptizem nigdy nie odrzucają nowej twarzy – wierzcie mi, wiem coś o tym. Zauważając chyba mój dyskomfort, Bartlett pochyla się bliżej mnie. – Jak daleko podróżowałaś, żeby tu dotrzeć, skarbie? Spotykając jego wzrok i mrugając, by powstrzymać łzy, tylko dla efektu, obdarzam go drżącym uśmiechem. – Wystarczająco daleko. Wzdycha. – Przykro mi to słyszeć. Nie mogę ci pomóc. Szlag.

Odkryj więcej niesamowitych treści