~ Violet ~
"Przepraszam, czy mogę prosić cappuccino na wynos?"
W ferworze marzeń na jawie nie zauważyła, że przed ladą czeka klient. Violet szybko schowała telefon i podniosła wzrok. Stał przed nią mężczyzna ubrany w elegancki czarny garnitur, wpatrujący się prosto w nią.
"Jedno cappuccino, już się robi" – powiedziała, obsługując kasę z prędkością światła.
Violet nagle poczuła zdenerwowanie, obsługując ekspres do kawy. Nigdy wcześniej nie widziała tego człowieka, a widok facetów w garniturach w centrum New Jersey nie był niczym nowym, ale od czasu spotkania z klanem Van Zandtów nie potrafiła już patrzeć na mężczyzn w garniturach tak samo.
"Oto pani cappuccino, dziękuję za cierpliwość" – Violet uśmiechnęła się i podała nieznajomemu napój.
"Dzięki, reszty nie trzeba" – położył banknot pięciodolarowy i wyszedł z kawą.
Violet westchnęła i zgarnęła pieniądze z lady. Potem znów pomyślała o swoim telefonie i propozycji kolacji od Jessego. Wciąż zastanawiała się, co odpisać, gdy nagle jej telefon zaczął dzwonić.
Czy to Jesse…?
Violet szybko wyciągnęła telefon, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie, gdy zobaczyła imię Dylana na ekranie. Pomyślała o naciśnięciu przycisku odrzucenia, ale skoro kawiarnia i tak była pusta, postanowiła odebrać.
"Dylan, jestem w pracy. O co chodzi?"
"Vi, mama upadła" – głos Dylana nieco drżał.
"Co?"
"Jest teraz w Szpitalu św. Judy. Możesz przyjechać?"
Violet przez chwilę pomyślała, że to może być żart, ale nawet Dylan nie wyciąłby jej takiego numeru.
"Proszę, Vi" – powiedział znowu. "Nie wiem, co robić."
Violet nie zastanawiała się nawet dwa razy, zdejmując fartuch i maszerując do biura kierownika.
"Zaraz tam będę" – powiedziała.
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
"Co się, do cholery, stało?" – zażądała wyjaśnień Violet, gdy tylko dostrzegła Dylana siedzącego w poczekalni szpitala.
"Nie wiem, byliśmy w domu, ja byłem w salonie, a ona w łazience i po prostu… upadła" – Dylan wyglądał na zdezorientowanego, zmęczonego i przerażonego.
Violet westchnęła. "A co mówią lekarze?"
"Wciąż robią badania, ale złamała kilka kości i będzie potrzebować operacji."
"Operacji?"
"Tak, a skoro mama nie mogła dostać się do Medicaid z powodu Alzheimera, być może będziemy musieli zapłacić za to pełną cenę."
"Cóż, nie martw się o pieniądze, mam trochę" – powiedziała Violet, odnosząc się do 30 000 dolarów w gotówce, które otrzymała w zeszłym tygodniu. Nie ruszyła z tego ani grosza, pieniądze po prostu leżały w banku. "Mogę iść teraz do bankomatu i ci je dać."
Dylan westchnął i potrząsnął głową. "Będziemy potrzebować znacznie więcej, Vi. Nie wspominając o lekach, wizytach kontrolnych i o tym, że mama może potrzebować fizjoterapii."
Dylan położył dłoń na głowie i zaczął przeczesywać włosy w geście frustracji. Violet wzięła głęboki oddech i usiadła obok niego. Położyła mu rękę na ramieniu i ścisnęła delikatnie.
"Hej, wymyślimy coś, obiecuję" – powiedziała uspokajająco, choć sama nie wiedziała, jak mieliby przez to przebrnąć. "Kiedy będziemy mogli ją zobaczyć?"
"Jak tylko wyjdzie z operacji. Pielęgniarka mówi, że to potrwa pewnie jeszcze godzinę."
Violet kiwnęła głową i oparła się na krześle. Dylan odwrócił głowę w bok, a Violet zauważyła, że jego oczy stają się szkliste.
"Hej, będzie dobrze" – powiedziała, ale Dylan tylko milczał, wpatrując się w okno.
Violet rzuciła spojrzenie na szpitalne ściany, a jej myśli zaczęły błądzić. W zależności od powagi sytuacji, ta operacja mogła kosztować ich co najmniej dwadzieścia do trzydziestu tysięcy dolarów. Dodając leki, fizjoterapię i inne wydatki, suma mogła sięgnąć łącznie 100 000 dolarów. Ich rodzina ledwo mogła sobie pozwolić na normalne życie, a co dopiero na to.
Będziemy potrzebować cudu, żeby przez to przejść, pomyślała.
I nagle, jakby jej modlitwy zostały wysłuchane, przed nią stanął mężczyzna ubrany w elegancki czarny garnitur. Był młody, prawdopodobnie po dwudziestce, a jego długie brązowe włosy były starannie związane z tyłu. Violet spojrzała na jego twarz i wydał jej się nieco znajomy. Mężczyzna również uśmiechnął się do niej, ale jego wzrok był skupiony głównie na Dylanie.
"Dylan Carvey?" – zapytał.
Dylan odwrócił głowę instynktownie i zmrużył oczy.
"Kim jesteś?" – zapytał w odpowiedzi.
"Spotkaliśmy się przelotnie w The Union tydzień temu" – mężczyzna wyciągnął rękę do Dylana. "Jestem Adrian Luciano, consigliere pana Van Zandta."
Dylan nie wahał się ani chwili, ściskając dłoń mężczyzny, i szybko zerwał się na równe nogi. Oczy Violet wystrzeliły w górę, a ona przełknęła ślinę na dźwięk tego nazwiska. Ona i Dylan wymienili zaniepokojone spojrzenia.
"…Okej, więc dlaczego mnie szukasz?" – zapytał go Dylan, brzmiąc uprzejmie, ale ostrożnie.
"Przepraszam, że przeszkadzam w tak trudnym momencie, ale pan Van Zandt zażądał spotkania z panem."
"Ze mną?"
"Tak."
"W… w jakiej sprawie?"
"Po prostu… uprzejmości" – powiedział, jakby to słowo miało inne znaczenie. "Dowie się pan więcej po przybyciu do posiadłości."
Do posiadłości?
Violet i Dylan wymienili kolejne spojrzenie. Consigliere szefa mafii namierzył Dylana aż w szpitalu, by wezwać go na spotkanie w ich posiadłości. To nie mogło być zwyczajne spotkanie. I choć nie wiedzieli, o co chodzi, mogło to oznaczać dla nich tylko jedno.
To oznacza kłopoty.
*
*
*
- - - - - Ciąg dalszy nastąpi - - - - -
















