~ Violet ~
– Panie władzo, to tylko nieporozumienie!
Violet powtarzała te same słowa w kółko podczas przesłuchania na komisariacie. Kiedy policja wpadła do The Union, znaleźli tylko puste butelki po whisky, nieprzytomnego Dylana i Violet stojącą w pokoju socjalnym. Nawet wszystkie striptizerki zniknęły bez śladu. Violet musiała przyznać, że były bardzo dobrze wyszkolone.
– Dostaliśmy cynk, że w barze spotykają się członkowie gangu. Nie widziała pani żadnego z nich? – zapytał ponownie policjant.
– Nie, powtarzam po raz ostatni: zamykałam bar, a mój brat zemdlał, bo za dużo wypił. Byliśmy tam sami – powiedziała Violet uspokajającym tonem. – Jeśli mi nie wierzycie, sprawdźcie kasę. Zamknęłam księgi i szykowałam się do wyjścia, a pół godziny później wpadliście wy.
Policjant westchnął i osunął się na krześle. Obserwował wyraz twarzy Violet jak jastrząb, ale ona nie zdradzała żadnych emocji. Jasne, spędzanie sobotniego poranka w policyjnym pokoju przesłuchań nie było czymś, na co miała ochotę, ale w tym tempie wszystko na to wskazywało.
– Proszę pana, z całym szacunkiem, ale myślę, że dziewczyna mówi prawdę – wtrącił nagle inny gliniarz. Był młodszy i prawdopodobnie niższy stopniem. Stał z tyłu pokoju i nosił czapkę. Violet zaczęła mu się przyglądać; jego twarz wydawała się znajoma.
– Co tam, Miller? – zapytał starszy policjant.
– Znam ją. I znam jej brata. To dobra dziewczyna, nie z tych, co kłamią.
Violet wtedy uświadomiła sobie, że ten facet to Jesse Miller. Był kilka lat starszy od Dylana i kiedyś mieszkał na tej samej ulicy co ona. Jesse był typem wzorowego amerykańskiego chłopaka: wysoki, blondyn, przystojny. Nie byli zbyt blisko, ale chodzili do tego samego liceum.
– Ręczysz za nią? – zapytał ponownie starszy gliniarz.
– Tak jest – powiedział stanowczo Jesse.
– No dobra – starszy policjant wydał z siebie ostatnie westchnienie. – Nie mamy żadnych dowodów. Niewinna, dopóki nie udowodni się winy, co?
– Czy to oznacza, że mogę iść? – zapytała z nadzieją Violet.
– Tak – odpowiedział Jesse.
– A mój brat?
– On też.
Violet odetchnęła z ogromną ulgą, gdy inni policjanci zaczęli opuszczać pokój. Jesse został z nią sam na sam i posłał jej pokrzepiający uśmiech.
– Dzięki, Jesse – szepnęła Violet.
– Podrzucę was do domu – skinął głową.
* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
Kiedy Violet została w końcu zwolniona z komisariatu, było już widno. Dochodziła dziesiąta rano, a Dylan wciąż spał jak zabity na tylnym siedzeniu samochodu. Jesse prowadził, a Violet siedziała na miejscu pasażera.
Jesse i Violet ucięli sobie miłą pogawędkę w drodze powrotnej. Violet opowiedziała mu o sytuacji z mamą, a Jesse mówił o tym, co robił po liceum i o wstąpieniu do akademii policyjnej. Violet naprawdę cieszyła się tą rozmową. Jesse był zabawny i łatwo się z nim rozmawiało; to było jak nadrabianie zaległości ze starym przyjacielem. Gdyby spotkali się w lepszych okolicznościach, Violet mogłaby cieszyć się tym jeszcze bardziej.
I tak, oczywiście, Violet zauważyła, jak przystojny jest Jesse. Był dobrze zbudowany, miał wspaniałe niebieskie oczy i uroczy uśmiech. Czasami nawet przyłapywała go na patrzeniu w jej stronę, ale Violet nie chciała sobie niczego roić. Założyła po prostu, że próbował spojrzeć w boczne lusterko.
Po około pół godzinie jazdy samochód zatrzymał się przed budynkiem, w którym mieszkała Violet. Odpięła pas i spojrzała na śpiącego Dylana.
– Pomóc ci go wnieść? – zapytał Jesse, jakby czytał jej w myślach.
– O nie, i tak już dużo dla nas zrobiłeś – powiedziała uprzejmie Violet. – Robiłam to wiele razy, poradzę sobie.
– No dobra – Jesse skinął głową.
Violet wysiadła z samochodu i wyciągnęła Dylana, chwytając go za ramiona. Był gdzieś pomiędzy jawą a snem. Violet zarzuciła sobie jego ręce na szyję i powlokła go na chodnik.
– Dziękuję za podwózkę – powiedziała Violet, gdy Jesse opuścił szybę. – I dzięki jeszcze raz za to, co zrobiłeś.
– Nie ma sprawy, wiem, że jesteście niewinni – powiedział Jesse, robiąc krótką pauzę, po czym dodał: – Cóż, przynajmniej ty.
Violet uśmiechnęła się lekko. Następnie odwróciła się na pięcie i miała już wejść po schodach, gdy Jesse zawołał ją ponownie.
– Hej, Violet.
– Tak?
Violet gwałtownie odwróciła głowę i patrzyła, jak Jesse wierci się nieswojo w fotelu.
– Wiem, że to może brzmieć dziwnie czy coś, ale może chciałabyś kiedyś wyskoczyć ze mną na kolację? – zapytał.
Violet zupełnie się tego nie spodziewała. Kiedy dorastali, Jesse był od niej o jakieś pięć czy sześć lat starszy. Nigdy nie sądziła, że zobaczy w niej kogoś więcej niż tylko małą dziewczynkę mieszkającą ulicę dalej.
Czy on zaprasza mnie na randkę?
Violet pomyślała o zadaniu tego pytania, ale jakoś sprawiło to, że poczuła się zawstydzona. To mogła być po prostu zwykła kolacja. Może chciał po prostu pogadać i kontynuować rozmowę, którą prowadzili w samochodzie?
*
*
*
- - - - - Ciąg dalszy nastąpi - - - - -
















