Piękna kobieta szykowała się, by odwiedzić grób swojego zmarłego męża po raz ostatni. Po kilku latach zdecydowała się ruszyć z miejsca i ułożyć sobie życie na nowo, mimo początkowej przysięgi, że po jego śmierci nie pokocha nikogo innego. Kochała go całym sercem i duszą, i jasno postanowiła, że nawet śmierć nie sprawi, iż przestanie go kochać.
Dał jej wszystko, czego kiedykolwiek mogła pragnąć. Swoją miłość. Szacunek. Wszystko oprócz tej jednej rzeczy, której potrzebowała najbardziej, a o którą nigdy nie mogła go poprosić. Kochała go zbyt mocno, by kiedykolwiek żądać od niego czegoś, czego nie mógł jej dać.
Otrząsnęła się z ciężkiego woalu smutku, zdeterminowana, by przetrwać ten dzień i ruszyć dalej ze swoim życiem. Nowym życiem.
Podniosła kwiaty, swoje ulubione, i przysunęła je do nosa, zamykając oczy i zaciągając się ich zapachem. To właśnie te zawsze jej dawał. Na każde urodziny. Każdą rocznicę. Albo bez okazji. Dzisiaj położy je na jego grobie i odejdzie. Tym razem na dobre.
Nie musiała patrzeć na zimną marmurową płytę wyznaczającą ramy jego życia i śmierci, by pamiętać o mężu. Nie w ten sposób chciała go wspominać. Skończyła z torturowaniem samej siebie, stojąc nad jego grobem i tęskniąc za nim z każdym oddechem.
Będzie żył w jej sercu i duszy na zawsze. To tam będzie go odwiedzać w przyszłości. A nie na trawiastym pagórku przykrywającym trumnę.
Szybkim krokiem ruszyła do drzwi wejściowych, wychodząc na zewnątrz i mrużąc oczy przed nagłym blaskiem słońca. Choć była wiosna, pogoda w Houston była już ciepła i cieszyła się, że zamiast czarnej sukienki, którą zawsze nosiła, założyła T-shirt z krótkim rękawem.
A tam był Derrick, oparty o swój samochód, czekając na nią tak, jak wiedziała, że będzie. Wyprostował się na jej widok, a ona dostrzegła krótki błysk zaskoczenia, zanim opanował rysy twarzy i wyciągnął do niej rękę.
Przesunęła palcami po jego dłoni, a on lekko ją uścisnął. Słowa były zbędne. Oboje opłakiwali stratę – ona męża, on najlepszego przyjaciela.
– Wyglądasz uroczo, Sandro – powiedział, odprowadzając ją na stronę pasażera.
Uśmiechnęła się, wiedząc, że dzisiaj nie wyglądała szczególnie uroczo. Prawdopodobnie zaskoczył go jej swobodny wygląd, ale nie skomentował tego. Wziął kwiaty i ostrożnie umieścił je z tyłu, aby się nie przewróciły, a potem zamknął drzwi, upewniwszy się, że wsiadła do środka.
Obserwowała, jak okrąża przód samochodu, jego długie nogi połykały dystans w kilka sekund. Następnie wślizgnął się na fotel kierowcy, a jego zapach dotarł do jej nozdrzy.
Derrick zawsze pachniał tak samo. Na wskroś męsko, choć wiedziała, że nigdy nie używał wody kolońskiej ani płynu po goleniu. Był konkretnym facetem, stroniącym od zbędnych ozdobników, podobnie jak Clement, chociaż jej mąż nosił drogie ubrania i nawet jego strój codzienny był skrojony tak, by pasował do jego osobowości.
Nawet samochód Derricka pasował do jego osobowości. Lśniący czarny Jaguar. Jakże to stosowne, że prowadził pojazd nazwany na cześć drapieżnika. Dobrze pasował do tej roli.
Byli partnerami w interesach, ale to Clement zawsze stał na froncie. To on jadał kolacje z klientami, był elokwentnym rzecznikiem, tym, który dopinał umowy i uczestniczył we wszystkich wydarzeniach towarzyskich, podczas gdy Derrick pracował za kulisami. Ten, który domykał sprawy. Ten, który zawsze odwalał czarną robotę i naprawiał problemy.
Clement często śmiał się, mówiąc, że on jest wyglądem i urokiem, a Derrick mózgiem operacji. Ale Derrickowi z pewnością nie brakowało ani wyglądu, ani uroku. Byli swoim całkowitym przeciwieństwem. Clement był jasnowłosy, w przeciwieństwie do ciemnobrązowych włosów Derricka, i podczas gdy oczy Clementa były niebieskie, oczy Derricka miały głęboki brąz, podkreślony przez jego ciemniejszą karnację. Nie był wcale mniej atrakcyjny niż Clement. Jego atrakcyjność była po prostu cichsza. Milcząca. Prawie posępna. Denerwował Sandrę, kiedy poznała go po raz pierwszy, gdy ona i Clement randkowali. Ich zaloty były błyskawiczne. Clement zawrócił jej w głowie i Sandra wiedziała, że Derrick martwił się, iż jego przyjaciel pakuje się w coś, co go przerośnie. Że wszystko dzieje się za szybko. Fakt, że Sandra o tym wiedziała, sprawiał, że była nieufna wobec Derricka, ale z czasem stał się jej opoką. Zwłaszcza po śmierci Clementa.
Gdy wyjeżdżali z ekskluzywnego osiedla Sandry, Derrick sięgnął po jej dłoń, splatając swoje palce z jej palcami, i jak robił to wcześniej, uścisnął ją lekko w geście otuchy.
Sandra odwróciła się i uśmiechnęła do niego, mówiąc mu bez słów, że wszystko u niej w porządku. Gdy zatrzymali się na czerwonym świetle, Derrick przyglądał jej się uważnie, niemal jakby próbował rozszyfrować, co się w niej zmieniło.
Najwyraźniej zadowolony z tego, co zobaczył w jej oczach lub wyrazie twarzy, odwzajemnił uśmiech, ale nie puścił jej dłoni, manewrując w ruchu ulicznym w drodze na cmentarz, zaledwie kilka mil od miejsca, gdzie mieszkali Sandra i Clement.
Jechali w komfortowej ciszy, ale też nigdy nie rozmawiali zbyt wiele w dniu, w którym Derrick co roku wiózł ją na cmentarz. Och, Sandra odwiedzała go w innych terminach, ale Derrick zawsze towarzyszył jej w rocznicę.
Ale to nie był jedyny raz, kiedy widywała Derricka. Wkroczył do akcji od momentu śmierci Clementa i od tamtej pory był jej skałą. Zwłaszcza w tym pierwszym roku potrzebowała go desperacko, a on nigdy się nie wahał, bez względu na to, czego potrzebowała – czy była to pomoc w rozszyfrowaniu papierkowej roboty i biurokracji po śmierci męża, czy po prostu przyjazd, by dotrzymać jej towarzystwa w dni, kiedy czuła, że się rozpada.
Będzie na zawsze wdzięczna Derrickowi za jego niezachwiane wsparcie przez ostatnie trzy lata, ale nadszedł czas, by ruszyć dalej. Czas, by stanęła na własnych nogach i czas, by on przestał musieć jej niańczyć.
Dzisiejszy dzień nie polegał tylko na pożegnaniu z Clementem, ale także z Derrickiem. Zasługiwał na coś więcej niż bycie obarczonym odpowiedzialnością za wdowę po najlepszym przyjacielu. Miał własne życie. Nie miała pojęcia o jego związkach ani czy w ogóle był w stałej relacji. Z nagłą jasnością zdała sobie sprawę, jak bardzo była samolubna i skupiona na sobie od śmierci męża. Derrick był stałym elementem, który brała za pewnik, ale nie będzie tego robić dłużej. Byłby to cud, gdyby Derrick był w stałym związku, ponieważ niewiele kobiet tolerowałoby to, że rzuca wszystko, by pędzić z pomocą wdowie po przyjacielu.
Kiedy dotarli na cmentarz, Derrick zaparkował, a Sandra natychmiast wysiadła, nie czekając, aż obejdzie samochód, by jej otworzyć. Otworzyła drzwi na tylne siedzenie i pochyliła się, by zabrać kwiaty.
– Wezmę je, Sandro.
Niski głos Derricka musnął jej uszy, wywołując mrowienie na karku. Podniosła wazon i odwróciła się z uspokajającym uśmiechem.
– Mam to, Derrick. Wszystko w porządku.
Obrzucił ją nieodgadnionym spojrzeniem, a ona odniosła wrażenie, że znów ją studiuje, próbując zedrzeć warstwy i wejść do jej głowy. To było tak, jakby wiedział, że coś jest inaczej, ale nie potrafił tego nazwać. I całe szczęście, bo umarłaby, gdyby mógł czytać w jej myślach. Gdyby wiedział, co zaplanowała i jak zamierzała ruszyć dalej ze swoim życiem.
Byłby przerażony, bez wątpienia. Zastanawiałby się, czy w końcu zwariowała, i prawdopodobnie zaciągnąłby ją do gabinetu psychiatry tak szybko, że zakręciło by się jej w głowie. Właśnie dlatego nie miała zamiaru mu o tym mówić.
Jej przyjaciółki to inna sprawa. Karla zrozumiałaby absolutnie. Byłaby nawet zachęcająca. Sophia... już nie tak bardzo.
Sophia była szwagierką Sandry, jedynym rodzeństwem Clementa. Oboje dorastali w koszmarnych warunkach i tak jak Clement nigdy nie mógł zapewnić tego, czego Sandra pragnęła – potrzebowała – tak Sophia nigdy nie zrozumiałaby, co kierowało Sandrą.
Mogłaby być nawet zła na wybory Sandry. Mogłaby uznać to za zdradę brata. Sandra mogła mieć tylko nadzieję, że ją wesprze, nawet jeśli nie w pełni zrozumie.
Ale wybiegała myślami zbyt daleko w przyszłość. Najpierw cmentarz i rozmowa z Clementem po raz ostatni. Potem zmierzy się z najlepszymi przyjaciółkami przy lunchu. Musiała być dzisiaj tak zajęta, jak to tylko możliwe, bo dziś wieczorem?
Dziś wieczorem wszystko się zacznie.
Sandra czekała na zdradzieckie pieczenie łez, gdy zbliżali się do grobu Clementa. Ale dziwnym trafem, po raz pierwszy od trzech długich lat, poczuła spokój. Tak, nadszedł czas.
Uklękła i delikatnie zmiotła liście oraz kurz z podstawy nagrobka, zanim postawiła wazon z kwiatami na środku. Jej wzrok powędrował w górę, ku inskrypcji. Przypomnieniu o narodzinach i śmierci Clementa.
Jej palec powoli prześledził słowa. Ukochany mąż, brat i najlepszy przyjaciel. Te słowa mówiły wszystko. Przypomnienie o tych, którzy zostali i wciąż go opłakiwali. Nalegała, by Derrick został uhonorowany na nagrobku, ponieważ był tak samo rodziną, jak ona i Sophia. Żałowała tylko, że nie mieli dzieci, aby jego dziedzictwo i pamięć mogły żyć w nich.
Ale jak każda młoda para, myśleli, że mają przed sobą całą wieczność. Clement obawiał się posiadania dzieci. Bał się, że odziedziczył te same cechy genetyczne, które posiadał jego ojciec. Bez względu na to, ile razy Sandra delikatnie przypominała mu, że w niczym nie przypomina swojego ojca, on wciąż żył w strachu przed skrzywdzeniem tych, których kochał najbardziej.
Rozumiała jego strach. Wiedziała, jak bardzo ją kochał. Wiedziała też, że umarłby, zanim skrzywdziłby ją lub jakiekolwiek dzieci, które by mieli. Ale mrok jego przeszłości wciąż kładł się cieniem na jego teraźniejszości. Przeszłość wciąż nawiedzała jego sny w nocy. Chociaż Sophia, jego siostra, nie mówiła o tym często, Sandra wiedziała, że Sophia miała te same koszmary co Clement. Że dzieliła wiele tych samych bezsennych nocy, których on doświadczał.
Fala smutku ogarnęła Sandrę. Takie marnotrawstwo. Ojciec Clementa zniszczył życie dwojga niewinnych dzieci. Co gorsza, żył długo, wpływając na ich dorosłość, na ich wybory, zawsze obecny w ich lękach, mimo że był martwy. Wciąż trzymał ich w garści zza grobu, a pamięć o nim i wspomnienia wszystkiego, co zrobił, wciąż ich torturowały.
– Sandro?
Derrick cicho zawołał jej imię, przerywając jej myśli, i zdała sobie sprawę, jak długo klęczała u podstawy pomnika, wodząc palcami po inskrypcji.
Brzmiał na zmartwionego i nieco niepewnego, a on zawsze był uosobieniem pewności siebie.
Odwróciła się, zadzierając głowę, tak że jej spojrzenie spotkało się z jego.
– Daj mi chwilę, proszę. Poczekaj na mnie przy samochodzie, jeśli nie masz nic przeciwko. Zajmę tylko kilka minut i będę gotowa do drogi.
Znowu zaskoczenie mignęło w oczach Derricka. Nigdy wcześniej nie prosiła, by zostawiono ją samą przy grobie Clementa. To było zbyt trudne, zbyt emocjonalne. Derrick zawsze trwał u jej boku, stabilny i silny, jej skała, na której mogła się oprzeć. Zostawał z nią tak długo, jak chciała, a potem zabierał ją do samochodu i do domu, gdzie spędzał resztę popołudnia, siedząc z nią, gdy płakała mu w ramię.
Nie dzisiaj. Już nie.
– Jeśli jesteś pewna – powiedział z wahaniem.
Skinęła głową stanowczo, upewniając się, że nie grożą jej łzy. Nie zamierzała się rozsypać przy nim. Robiła to o wiele za długo.
– W porządku – ustąpił. – Nie spiesz się, kochanie. Załatwiłem sobie wolne na cały dzień.
Uśmiechnęła się. Oczywiście, że tak zrobił. Ale ona nie zamierzała, by spędził go z nią, jak to robił w przeszłości. Było zbyt wiele do zrobienia przed wieczorem. I nie chciała ryzykować, że jej postanowienie pęknie i zwierzy mu się. Nie tylko nie było to stosowne, ale on z pewnością by tego nie pochwalił. Pomyślałby, że postradała zmysły.
A może tak było. Albo może po prostu je odzyskiwała.
Odwróciła się z powrotem, gdy Derrick ruszył w stronę samochodu, a potem podniosła się, by stanąć nad grobem. Patrzyła w dół, z zaciśniętą szczęką, blokując emocje przed rozmową, którą zamierzała przeprowadzić ze swoim mężem.
– Wiesz, że cię kocham – powiedziała, prawie jakby stał przed nią. – Zawsze będę cię kochać, Clement. Ale chcę, żebyś wiedział, że zamierzam ruszyć dalej. Spróbować ruszyć dalej – poprawiła się. – Zaczynając od dzisiejszego wieczoru. Wiem, że były... rzeczy... których nie mogłeś mi dać. I chcę, żebyś wiedział, że nigdy nie miałam ci tego za złe. Boże, kochałam cię o wiele za mocno, by kiedykolwiek oczekiwać, że dasz mi coś, czego danie było dla ciebie niemożliwe.
– Ale teraz cię nie ma.
Jej głos załamał się, gdy to powiedziała, i przełknęła napływające łzy.
– Jestem samotna, Clement. Tak bardzo za tobą tęsknię. Nie mija dzień, bym za tobą nie tęskniła. Byłeś dla mnie taki dobry. Miłość mojego życia. Wiem, że nigdy więcej tego nie znajdę. Znalezienie ideału raz w życiu jest niesamowite. Ale dwa razy? Nie, wiem, że nigdy nie będzie dla mnie innego takiego jak ty. Ale są rzeczy, których ja... potrzebuję – szepnęła. – Rzeczy, których nie mogłeś mi dać. Rzeczy, o które nigdy bym cię nie poprosiła. I chciałam przyjść tu dzisiaj, żeby ci to powiedzieć. Powiedzieć, że nie wrócę. Nie dlatego, że cię nie kocham albo że zamierzam o tobie zapomnieć. Ale nie chcę, by moje wspomnienie o tobie takie było. Chcę pamiętać cię za życia. I nas w miłości. I zbyt bolesne jest dla mnie przychodzenie tutaj i rozmawianie z tobą, wiedząc, że nigdy cię nie odzyskam.