Za późno na żale: Moja była żona to miliarderka

Za późno na żale: Moja była żona to miliarderka

Autor: Victoria Sinclair

ROZDZIAŁ 5
Autor: Victoria Sinclair
14 cze 2026
SERAPHINA'S POV Jestem wdzięczna, że Benedict nie zadaje żadnych pytań, kiedy odwozi mnie do domu. Proponuje, że wjedzie na teren posesji, ale odmawiam i czekam, aż odjedzie, zanim z głośnym westchnieniem wchodzę do domu. Wnętrze tętni życiem pokojówek, które tłumnie zmierzają w moim kierunku, jak tylko słyszą otwierane drzwi, ale unoszę dłoń, nakazując im, by się nie zbliżały. Nie jestem już panią tego domu. Mijam je wszystkie, by dojść do swojego pokoju. Alistair i ja dzieliliśmy sypialnię wyłącznie wtedy, gdy zamierzał zaspokoić własne żądze. Podkradał się wtedy w nocy do mojego łóżka i obsypywał moje ciało serią pocałunków, dopóki się nie poddałam; tylko wtedy w zasadzie czułam, że w ogóle mnie potrzebuje. Wchodząc do pomieszczenia, staram się jednak za wszelką cenę unikać spojrzenia na nieużywane posłanie w strachu, że myśli przypominające o splątanych w uścisku ciałach i wepchniętym z całej siły penisie od nowa złamią moje postanowienie. W tej chwili powzięłam wyłącznie jedno: odejść od Alistaira raz na zawsze. Zaczynam się pakować, dopóki ta determinacja jest wciąż silna, nie zatrzymując się ani na moment, chociaż po głowie i tak plątały się myśli, że nie mam właściwie dokąd pójść. Nie wyobrażam sobie kolejnego dnia pod jednym dachem z Alistairem w świadomości ciążącej na moim ciele przez jego naglą zdradę. Pakuję do walizki tylko niezbędne drobiazgi, zapewniając się w duchu, że pozostałe bagaże odbiorę w momencie oficjalnego uprawomocnienia orzeczenia o rozwodzie. Jestem w połowie pakowania, gdy słyszę dźwięk znajomego głosu. Głosu, który nigdy nie zawodził pod względem zasiewania chłodu na mojej skórze, i czuję go także teraz. Dreszcz niepokoju przyprawia mnie o dreszcze, przez co od razu przerywam pospieszne upychanie do torby kolejnych rzeczy. Matka Alistaira, Eleanor, i jego siostra Vivienne, tu są. Wypuszczam gwałtownie powietrze, próbując zapanować nad oddechem i odgonić fale okropnych retrospekcji, o których starałam się zapomnieć w mgnieniu oka. Kolejne wdechy i ostatecznie zdołałam zebrać w sobie wystarczająco dużo wewnętrznej energii, przez co mogłam spokojnie wrócić do pakowania. Kiedy nareszcie zasuwam ostatni z bagaży, ze zgrzytem kółek wywożę go ze swej samotni do salonu w chwili, w której obie te znienawidzone przeze mnie postacie zdążyły zagrzać już fotel w jednym z narożników ze skrzyżowanymi ramionami, panosząc się tam, jak we własnym domostwie. Na twarzy Eleanor widnieje jej charakterystyczny grymas, który pozostaje nieporuszony, nawet gdy skłaniam głowę w niemym, wyuczonym przywitaniu. "Dlaczego tu jesteś?" – pyta Eleanor, wstając. Jej słowa od samego początku mnie dezorientują, a z mojej strony wynika brak jakiejkolwiek wymownej reakcji, i jedynym, co otrzymuję w odpowiedzi, jest wykrzywienie kobiecej twarzy do takiego stopnia, że chyba dobitniej zdegustowania nie potrafiłoby wyrazić nic innego. "Prawie zapomniałam, jaka jesteś głupia" – mówi znowu Eleanor. Głupia. Jej najukochańsze rzucane mi z wielką lekkością wyzwisko, i jakby to mogło kogokolwiek zszokować, dziś ani trochę mnie ono nie dotknęło. Ba, dziś ten fakt staje się nawet zabawny; zważywszy na to, że po raz kolejny, oprócz znoszenia totalnej ignorancji własnego ślubnego małżonka, byłam na siłę zmuszana do ciągłych sporów z jego rodzicielką, z których nigdy w zasadzie nie istniał powód by wysnuć proste żądania zwykłego poczucia winy lub przeprosin, co należało się, było jedynym, z czym w zasadzie na ten temat nie wypowiadałam na co dzień. "Czemu jesteś tu, a nie w biurze, co?" – szydzi, powoli wpędzając we mnie swoją jadowitą żądze i pociąga do przodu, a gdy otwiera znowu otwiera usta by coś dopowiedzieć: "Mój syn odwala dniówki po nocach nie patrząc nawet na porę dnie tylko po to, ażeby stworzyć ci luksus i spłacać takie wampiry jak ty na byle kaprysy, byś jedyne z czym do niego startowała miało chociaż znikomą pozycje w firmie poprzez odklejenie z tego faktu bycia z nim przyklejoną do stołka jakąś nędzną etatową urzędniczką bez predyspozycji zawodowych. Wydaje ci się z jakiejkolwiek okazji to, że jego hajs płynie do ciebie za samo chlanie na łeb o rzekomym posiadaniu tytułu ślubnego prawnego?" Jej słowa uderzają we mnie jak silne kopniaki wymierzone z wielką precyzją prosto w splot piersiowy; z każdym następnym zadawanym uderzeniem zdania odgórnie trafia w te poszczególne żywe ścięgna i doszczętnie rozszarpuje na kawałki. Coś powoli ze mnie wypływa i zaczyna narastać w ciele, przybierając dziwnie drapieżną postać, w tym czymś, co na co dzień w zasadzie w naturalny sposób powstrzymywałam i nad czym udało mi się całkowicie zachować kontrolę. Na domiar złego swoje trzy grosze musiała wtrącić snobistyczna siostra Alistaira, Vivienne: "Zwykła łajdaczka z ulicznego tła wyszabrująca duszę z takiego wspaniałomyślnego biedaczyska jak i we własnym wariancie zadziwia o brak kompetentnych braków, do tego ta cała obijająca się łajdaczka pozbawiona minimum zawodów. Zastanawia we własnych aspektach mnie to tylko tak dogłębnie... w jaki wręcz sposób i motywy miał posłużyć sam dziadek w podjęciu jak najbardziej irracjonalnej decyzji ze wszech miar, przypisując status we własnym imieniu z wyżyn na poziom wyciągnięcia obłąkanej gołodupki jako element do włożenia i zaakceptowania przed wejściem naszego rodzinnego honoru elit." "Musiałam być na pogrzebie babci" – odpowiadam po prostu z cichą nadzieją że ten jej wyrazisty zgryz na stałe zostanie wypędzony z oczu w tym momencie i ta nieznaczna łezka ze znudzenia opuści i na domiar wszystkiego jeszcze obdaruje drwiącym śmiechem. Czyż Eleanor i Vivienne miały zero poczucia taktu na temat śmierci bliskich z własnej rodziny, by w choć malutkim akcie uszanować ludzką tragiczną utratę na co najmniej ułamek wyrazistej ludzkiej cechy jaką miała owa nieboszczka. "Naprawdę umarła? Czy to tylko taka gra?!" Vivienne ma czelność mnie o to zapytać, a ja ciskam w nią wściekłym wzrokiem. Eleanor ciągnie dalej: "Oczywiście, to twoja wymówka na bycie leniwą łowczynią posagów. Powiedz, czy ta twoja cała wspaniała staruszka babka we własnej litości o spuściźnie z dziada zaszczepiła i uprzedziła już z góry te zasady, że przyklejenie do zasobów cudzych kieszeni zastąpi własnoręczne zakusy na pracę w ramach na siebie samą włożonej godności zamiast rzeźbić portfele ludziom i ciągnąć resztkami o podpierdalaniu i chowaniu?" Ta sama rzecz, która wzrastała w trzewiach, od chwili ujrzenia na oczy tej starej i wyschniętej z jakiegokolwiek współczucia istoty pędziła pod sufit bez zaprzestania do wejścia w sam zenit. Gniew. Tak samo bardzo żarliwie roziskrzony na potędze ze wszechpotężną wibrującą intensywnością szarpiąc moim umysłem z bezsilności co do absolutnego pragnienia zapobieżenia oszpecania godności w celu postawienia po stronie nienaruszonego jakiegokolwiek bytu zmarłej na ten moment jedynej najważniejszej z rąk mojej bliskiej opiekunki przed wypowiadaniem we wzgardliwym bezmyślnym tonie tej baby o niej! "Proszę tak nie mówić o mojej babci!" – krzyczę, a ona lekko podskakuje, zaskoczona moim wybuchem. "Czy ty właśnie na mnie nakrzyczałaś?" – pyta o jeden ruch zbliżając do siebie o milimetry i tak twardo napierając z mrożącego jej wyrazu bez z mrużenia choć we własnym wymiarze strachem do przerażonego mego lica wzroku. Vivienne podchodzi do mnie i wybucha: "Czy ty właśnie krzyczałaś na moją matkę?!!!" Vivienne zawsze próbowała mnie poniżać wszelkimi możliwymi sposobami i przy każdej nadarzającej się ku temu okazji. Łapie mnie za ramię i ściska je mocno, sprawiając, że krzywię się z bólu. Eleanor uśmiecha się i jak zwykle znakomicie się tym bawi. Odepchnęłam Vivienne drugą ręką, a ona zwaliła się na sofę. Pozostaje zszokowana, ponieważ zawsze pozwalałam im się prześladować, a tym razem odpowiedziałam atakiem. "Zapomniałaś, gdzie twoje miejsce? Jesteś niczym innym jak..." "Łowczynią posagów, która poślubiła twojego syna dla pieniędzy, tak, rozumiem!" – warczę na nią, mając już dość tych wyzwisk przy każdej pieprzonej okazji. "Ale już nie musisz się tym martwić, ponieważ złożyłam pozew o rozwód. Odchodzę od twojego syna, więc śmiało, pożryjcie wszystkie jego pieniądze, o ile mnie to cokolwiek obchodzi." Odwracam się, by odejść, sapiąc przy ciągnięciu za sobą ciężkiej walizki, ale wtedy Eleanor zaciska dłoń na mojej walizce, by mnie powstrzymać. Patrzy na bagaż z rozbawieniem. "Więc naprawdę odchodzisz!" Eleanor nawet nie potrafi ukryć radości w głosie. "Tak, więc proszę, przestań i pozwól mi odejść." Kręci głową. "Nie tak prędko! Nie możesz tak po prostu wyjść." A potem daje znak dwóm pokojówkom, które stały i przypatrywały się całej tej wymianie zdań. "Przeszukać ją!" – rozkazuje, gdy podchodzą. Kobiety się wahają, a ona obrzuca je morderczym spojrzeniem. "Nie słyszałyście? Nie jest już panią tego domu. Przeszukać ją w tej chwili." Jestem zbyt zszokowana, by zareagować, gdy pokojówki w końcu wyrywają mi walizkę. Vivienne próbuje mnie przytrzymać, uniemożliwiając mi odebranie torby. "Co wy wyprawiacie?" – mówię drżącym głosem. "Nie mogę ci tak po prostu pozwolić odejść. Kto wie, jakie kosztowności ukradłaś mojemu synowi i schowałaś w tej swojej zakażonej zarazkami torbie." Moje usta otwierają się i zamykają kilka razy na jej słowa, a ja nie potrafię sklecić ani jednego zdania, by jej odpowiedzieć. Po prostu patrzę, jak moje rzeczy lądują na ziemi podczas brutalnego przeszukania. Łzy upokorzenia pieką mnie pod powiekami. Przestaję wyszarpywać się z uścisku Vivienne, a ona wpatruje się we mnie z triumfem. "Co to jest? Daj mi to" – mówi matka Alistaira, gdy jedna z pokojówek znajduje złotą bransoletkę wciśniętą do mojej walizki. Bransoletkę babci, jedyną rzecz, jaka mi po niej została. "Nie!" Rzucam się do przodu, by ją powstrzymać przed przekazaniem znaleziska, ale jestem spóźniona. Matka Alistaira już trzyma bransoletkę i się jej przygląda. "O, wow! Mamo, w końcu znalazłaś coś, co ukradła Alistairowi!" – wykrzyknęła z entuzjazmem Vivienne. Wypowiadając te słowa, szarpie mnie i rzuca na marmurową podłogę. Uderzam się w nos. Kiedy go dotykam, płynie z niego krew. Szybko ją wycieram i zrywam się na równe nogi. "Wiedziałam! Coś wzięłaś. Mój syn ci to kupił? Jakim prawem myślisz, że możesz po prostu odejść z czymś, co on dla ciebie zdobył, skoro złożyłaś pozew o rozwód?" – warczy Eleanor. "To nie należy do twojego syna! To moje i będę wdzięczna, jeśli mi to oddasz." Robi dokładnie na odwrót i nadal oskarża mnie o kradzież, dopóki drzwi się nie otwierają i nie wchodzi Alistair. Na jego widok nie czuję ulgi, tak jak zazwyczaj, gdy jego matka w ten sposób mnie traktowała. Zamiast tego czuję jedynie odrazę. Mam ochotę wykrzyczeć mu w twarz, jak bardzo go nienawidzę. Na widok tej sytuacji jego twarz wykrzywia się w zmieszaniu. "Co tu się dzieje?" – pyta, wchodząc głębiej do domu i wodząc wzrokiem od swojej matki do mnie. "Dzięki Bogu, że jesteś, synu. Ta pijawka właśnie zamierzała wyjść z czymś, co wyraźnie do niej nie należy" – odpowiada jego matka. "I jeszcze mnie uderzyła!!!" – dodaje Vivienne, niemal ze łzami w oczach skarżąc się Alistairowi. Tym razem Alistair jest zbyt zszokowany, by zapytać mnie, dlaczego uderzyłam jego drogą siostrę. Myślałam, że jak to bywało w przeszłości, zmusi mnie do przeprosin, ale tym razem nic nie zrobił. Zastanawiam się, dlaczego. Z jakiegoś powodu moje oczy zaczynają łzawić, i gubię się w domysłach dlaczego nagłe zjawienie się Alistaira stało się tego zapalnikiem, a jednak uśmiecham się przez łzy. "Alistair, czy mógłbyś łaskawie uświadomić swoją matkę, że nigdy nie dostałam od ciebie żadnego prezentu?" Alistair się waha, na moment tracąc mowę, wpatrzony we własne dłonie. Również spoglądam na jego dłonie i w końcu rozumiem, dlaczego oczy pieką mnie od łez i dlaczego pociągam nosem, przygotowując się do kichnięcia, które wstrząsa całym moim ciałem. Lilie. Jestem na nie uczulona. Mimo łez spływających po policzkach zaczynam się śmiać. Śmieję się tak głośno, ignorując palące spojrzenia wszystkich obecnych w pokoju, którzy pewnie myślą, że oszalałam. Kicham między wybuchami śmiechu, a mimo to nie przestaję się śmiać, obracając się do matki Alistaira. "Jestem żoną twojego syna od trzech lat, a on nawet nie wie, że jestem uczulona na lilie, a ty myślisz, że byłby zdolny kupić mi bransoletkę?" Kręcę głową nad moją smutną rzeczywistością.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 99

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

99 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

ROZDZIAŁ 5 – Za późno na żale: Moja była żona to miliarderka | Czytaj powieści online na beletrystyka