Kovar Volkov wpatrywał się w drżącego przed nim mężczyznę. Był szczerze zirytowany faktem, że zamiast spędzać czas w barze na piciu i hazardzie, musiał użerać się z tym żałosnym starcem.
Pierdolony Vance Sterling. Był mniej więcej w wieku jego ojca, ale ten mamroczący idiota nie zasługiwał ani na jego litość, ani na szacunek. Przypominał robala, którego należało rozgnieść pod butem.
– Błagam, Kovar, potrzebuję tylko kilku dni więcej, to wszystko! – krzyknął. Łzy spływały mu po twarzy. Dlaczego nie pomyślał o konsekwencjach, zanim pożyczył od niego te wszystkie pieniądze?
Kov wepchnął lufę pistoletu do jego ust. – Miałeś dokładnie sto pięćdziesiąt pięć dni na spłatę tego długu. Dziś jest dzień sto pięćdziesiąty siódmy, co oznacza, że byłem wręcz wspaniałomyślny, dając ci dwa dodatkowe dni. A teraz mi mówisz, że nie masz pieniędzy? Powiedz mi, dlaczego miałbym pozwolić ci żyć?
Vance wpatrywał się w niego wybałuszonymi oczami, podczas gdy Kov czekał na odpowiedź. Ach tak, nie może mówić, bo ma pełne usta. Kov cofnął lufę i przyłożył ją do skroni Vance'a. O, teraz może mówić.
– I? – zapytał Kov, przyglądając mu się uważnie.
– Słuchaj, mam trochę gotówki. Tylko nie wszystko. Mam na koncie jakieś trzysta tysięcy dolarów. Oddam ci wszystko! – zaklinał się Vance.
– Widzisz, jest pewien mały problem. Brakuje ci jakichś czterystu tysięcy, by spłacić ten dług. Ale skoro zaoferowałeś całe swoje oszczędności, przyznam ci przywilej wyboru własnej śmierci. Wolisz, żebym strzelił ci w głowę, czy w serce? – powiedział Kov zimnym, ostrym tonem.
– Kovar, proszę, nie zabijaj mnie. Musi być jakiś inny sposób. Zrobię wszystko, jeśli dasz mi więcej czasu. Spłacę dług, obiecuję! – błagał.
Ten stary zachowywał się jak żałosny nieudacznik, co wkurwiało Kova. Kusiło go, by pociągnąć za spust i skończyć z tym raz na zawsze, ale zabawa z nim sprawiała mu pewną frajdę. Nie miał w planach na dziś niczego innego, więc to będzie jego dzisiejsza rozrywka.
Wstał i zaczął rozglądać się po domu, podczas gdy Vance szlochał na podłodze. To był duży dom z drogimi meblami. Ten skurwiel żył sobie dobrze za pożyczone pieniądze i miał czelność mu odmówić, gdy zażądał ich zwrotu. Dlaczego nie sprzedał domu, skoro miał tak ogromny dług? Niektórzy ludzie kompletnie nie mają mózgu.
Podniósł oprawioną w ramkę fotografię, która wyglądała na portret rodzinny. Przedstawiała młodszego Vance'a z żoną i małą blondyneczką, która wyglądała na jakieś pięć lat. Hmm... może by tak zagrozić, że zabije jego żonę i dzieciaka, żeby pognębić go jeszcze bardziej? – pomyślał Kov. Nie żeby zamierzał to faktycznie zrobić, ale czasami groźby pod adresem rodziny załatwiają sprawę. W tym momencie Kov był gotów posunąć się do wszystkiego, byle tylko doprowadzić tego starca do płaczu.
– Kto to? – zapytał Kov, wskazując na zdjęcie.
– Mo... moja rodzina – powiedział Vance.
– Przyprowadź ich – rozkazał Kov.
– Moja żona zmarła – powiedział Vance. Jego twarz stała się blada jak ściana, gdy uświadomił sobie, że Kov bierze na celownik jego rodzinę.
– To przyprowadź tę drugą, gnoju – warknął Kov. – Twoją córkę, przyprowadź swoją córkę. – Jego cierpliwość się wyczerpywała.
– B... błagam... nie mieszaj w to mojej córki. Ona nie ma z tym nic wspólnego. Jest niewinna! – krzyknął Vance.
– Czy ja się, kurwa, jąkam? Przyprowadź tu dziewczynę, albo sam ją wywlokę. – Posłał Vance'owi mordercze spojrzenie, co od razu poderwało go na nogi.
– Nie, proszę, zawołam ją. Kazałem jej zostać na górze – powiedział.
– Nie prosiłem, żebyś opisywał mi swoją codzienną rutynę. Zawołaj ją na dół w tej chwili! – powiedział Kov.
– Elara! Mogłabyś zejść na dół na minutkę? – zawołał Vance. Przez minutę nikt nie odpowiadał.
– Elara, kochanie, proszę... tatuś cię potrzebuje! – zawołał ją ponownie Vance. Jego głos drżał, jakby znów miał się rozpłakać.
Co to w ogóle, do cholery, za imię? – pomyślał z irytacją Kov.
– Tatusiu? Przecież kazałeś mi zostać w pokoju? – odezwał się z góry słodki, melodyjny głos.
– W porządku, skarbie, jest tu ktoś, kto chciałby cię poznać – powiedział Vance.
Kov podniósł wzrok, słysząc ciche kroki schodzące po schodach.
Coś w nim zapłonęło, gdy wpatrywał się w stojącą przed nim dziewczynę. To nie było pięcioletnie dziecko. To była w pełni dojrzała młoda kobieta, wyglądająca na jakieś dziewiętnaście, dwadzieścia lat. I była najpiękniejszą małą istotką, jaką w życiu widział.
Miała nie więcej niż metr pięćdziesiąt siedem wzrostu i drobną figurę. Nie była może wyjątkowo kształtna, ale też nie zupełnie płaska. Miała wielkie zielone oczy i burzę jasnych, falowanych włosów, zupełnie jak mała wróżka. Jej pełne usta wyglądały na miękkie i wręcz stworzone do całowania. Wydawała się przy nim bardzo nieśmiała i skrępowana, co z jakiegoś powodu podniecało go jeszcze bardziej.
– Co się dzieje, tatusiu? – zapytała po chwili wahania. – Zrobili ci krzywdę?
– Wszystko w porządku, skarbie, nie martw się o mnie – jęknął Vance.
Kov podszedł do niej, ujął palcem kosmyk jej włosów, po czym zaczął figlarnie okręcać go wokół palca. Wzdrygnęła się, gdy jego palce otarły się o jej szyję.
– Powiedz mi jeszcze raz, jak masz na imię – rozkazał jej Kov.
– Yyy... Elara... ale tata mówi na mnie Ellie – odpowiedziała.
– Ellie... drobna z ciebie istotka, prawda? – wyszeptał. – Ile masz lat? – zapytał.
– Yyy... dziewiętnaście – powiedziała. Jej głos drżał, jakby była przerażona. Właściwie nie mógł jej winić, biorąc pod uwagę, że przed chwilą napadł na jej ojca na jej oczach.
Ach, młoda i urocza. Kov zazwyczaj nie gustował w tak młodych dziewczynach, ale dla tej będzie musiał zrobić wyjątek. Była po prostu zbyt piękna i wręcz idealna. Z jakiegoś powodu czuł, że niesamowicie go do niej ciągnie.
– Podobasz mi się, Ellie, i to bardzo – oznajmił Kov.