Sterling
Przykrywam ranę Benito czystą gazą, kiedy znów słyszę strzały. Przerywam na sekundę, po czym kontynuuję.
– Wyluzuj, tylko ćwiczą.
– Wyluzowałam – mówię, zaczynając owijać bandaż wokół jego brzucha.
Od dwóch dni nieustannie słyszę strzały i wywnioskowałam, że gdzieś w pobliżu mają strzelnicę. Mam tylko nadzieję, że ich cele nie są żywymi istotami. Strzały mi nie przeszkadzają. Żyłam z tym dźwiękiem przez całe życie – to jak muzyka dla moich uszu. Przynosi mi ukojenie.
– Więc mogę już wstać? Czuję się znacznie lepiej.
Pomagam mu z powrotem się położyć i podaję antybiotyk oraz środki przeciwbólowe, po czym wyrzucam lateksowe rękawiczki.
– Zostałeś postrzelony zaledwie dwa dni temu, młody. Odpoczywaj przez co najmniej kolejny tydzień.
– Możesz przestać nazywać mnie „młodym” albo „chłopcem”? Nie jestem dzieckiem.
Tłumię uśmiech na widok jego ust zaciśniętych z frustracji. Dąsa się jak małe dziecko, ale próbuje zgrywać nieustraszonego mężczyznę. To bardzo typowe dla młodych chłopaków, zwłaszcza w takich środowiskach.
W mojej głowie błyska wspomnienie jeszcze młodszego chłopca celującego do mnie z broni. Kręcę głową, zmuszając się, by skupić się na teraźniejszości i zostawić przeszłość za sobą.
– W porządku, Benito, ale na razie nadal nie możesz ruszać się z tego łóżka.
Zaczynam zbierać zużyte materiały medyczne, a on obserwuje mnie w milczeniu.
Nagle odchrząkuje, a ja unoszę brew w jego stronę.
– Nigdy ci nie podziękowałem za uratowanie mi życia.
– Twój brat już o to zadbał – mruczę sarkastycznie.
– Zel? Mam nadzieję, że dobrze cię traktuje. Nie jest taki zły, na jakiego wygląda. Po prostu stara się dbać o swoich.
– Jasne, pewnie. Jest po prostu na tyle egoistyczny i arogancki, by zmuszać „swoich” do tatuowania sobie litery V na ciele. – Wskazuję na jego nagą klatkę piersiową i przewracam oczami. Zauważyłam też, że Lazzaro ma takie samo po wewnętrznej stronie nadgarstka, choć znacznie mniejsze, a Enzo ma je na szyi.
– Myślisz, że zmusza nas do robienia tego? – Uśmiecha się i kręci głową. – To nasz wybór. Symbol szacunku i lojalności wobec naszego przywódcy. To nie ma nic wspólnego z egocentryzmem, Sterling.
Wzruszam ramionami. Szczerze mówiąc, nic mnie to nie obchodzi. Jedyne, na czym mi zależy, to wydostanie się z tego przeklętego miejsca, zanim stracę zmysły.
Znalazłam potencjalną drogę ucieczki. Z mojego pokoju mam dostęp do balkonu, który widziałam z zewnątrz tej nocy, kiedy mnie tu przywieźli. Wczoraj wyszłam na niego i zdałam sobie sprawę, że jeśli mocno się odbiję, mogę wylądować piętro niżej – dokładnie tam, gdzie jest basen. Istnieje również bardzo realna szansa, że źle obliczę odległość i skończę z mózgiem rozsmarowanym na betonie, albo, co gorsza, wyląduję nieprawidłowo i szklana krawędź basenu przetnie mnie na pół. Zakładam jednak, że to ryzyko, które będę musiała podjąć, bo kiedy już tam dotrę, do ziemi pozostanie zaledwie kilka metrów.
Żegnam się z Benito i właśnie kiedy mam zamiar wyjść z sypialni, drzwi się otwierają, ukazując mężczyznę, którego nie znam.
Marszczę brwi na jego widok. Blond włosy, krótka broda, okulary w grubych oprawkach, beżowa koszulka polo zapięta pod samą szyję i spodnie chino w kolorze khaki. Wygląda jak nauczyciel ze szkoły podstawowej. Jedyną rzeczą, która zdradza go jako jednego z ludzi Zela, jest tusz pokrywający jego ramiona aż po same nadgarstki.
– Poproszono mnie, abym po ciebie przyszedł – informuje mnie z nieśmiałym uśmiechem. Skina głową w stronę Benito na powitanie, po czym znów skupia uwagę na mnie. – Jak wraca do zdrowia?
– Dobrze. Rana nie jest zainfekowana i goi się prawidłowo. Za tydzień będzie mógł zacząć wracać do normalnych aktywności, chociaż powinien unikać nadmiernego wysiłku.
– To świetnie.
Wychodzi ze mną na korytarz, zamykając za sobą drzwi, a następnie wyciąga w moją stronę rękę.
– Nie zostaliśmy przedstawieni. Jestem Lucchese.
– Co to w ogóle za imiona...? – mruczę pod nosem, przewracając oczami.
Zauważając, że nie zamierzam uścisnąć mu dłoni, opuszcza ją ze wzruszeniem ramion.
– Większość z nich to przezwiska lub nazwiska. Nazywam się Arturo Lucchese, ale wszyscy mówią na mnie Lucchese. Enzo to Enzo Galante, a Lazzaro... cóż, to po prostu Lazzaro.
– A Zel? – pytam z chytrym uśmiechem.
Lucchese przypatruje mi się przez kilka sekund, po czym kręci głową.
– Jeśli chcesz wiedzieć cokolwiek o naszym szefie, będziesz musiała zapytać go sama. Wykorzystaj do tego dzisiejszą kolację. Jesteś zaproszona, by zająć miejsce z nami przy stole.
Marszczę brwi i kręcę głową.
– Chyba podziękuję. Wolałabym zostać w swojej celi.
– To nie jest propozycja, Sterling. Zel chce, żebyś do nas dołączyła. Zaaranżowałem, żeby w twoim pokoju zostawiono ubrania. Masz być gotowa za godzinę.
– A jeśli odmówię?
Wzdycha, zdejmuje okulary, wyciera je i zakłada z powrotem.
Zauważam jego oczy – mają niezwykły, uderzający odcień błękitu. Czy w tej organizacji nie ma ani jednego brzydkiego, łysego albo otyłego mężczyzny? Zastanawiam się, czy rekrutują ich z agencji modelek i modeli.
– Udzielę ci rady, o którą nie prosiłaś – nie wystawiaj cierpliwości Zela na próbę. Ma tendencję do łatwego wpadania w gniew, a wierz mi, nie chcesz być celem jego frustracji, gdy to się stanie.
– Dzięki, ale myślę, że potrafię o siebie zadbać. Co on mi zrobi, zabije mnie? Uwierz mi, wielu próbowało przede nim i nie skończyło się to dla nich dobrze.
Przez chwilę obserwuje mnie w milczeniu, po czym wzdycha.
– Chodź, odprowadzę cię do pokoju.
Zel
Nie mogę przestać zerkać na nią kątem oka. Wygląda oszałamiająco w sukience, którą dla niej zamówiłem. Jest czarna, na cienkich ramiączkach, z rozcięciem sięgającym od samej ziemi aż za połowę uda. Ten krótki przebłysk jej nogi, który złowiłem, zanim usiadła, pozostawił mnie z pulsowaniem w pachwinach, którego nadal nie mogę się pozbyć.
Atmosfera podczas kolacji jest napięta. Standardowych żartów i wyzwisk między moimi ludźmi nigdzie nie słychać. Wszyscy zachowują ostrożność, jedząc w milczeniu. Czują się nieswojo z powodu obecności Sterling.
Ta jadalnia, znajdująca się w Skrzydle Suwerena, jest dostępna tylko dla moich najbardziej zaufanych ludzi – tych, których uważam za rodzinę: Lucchese, Lazzara, Enzo, Lucii i oczywiście Benito, który wciąż wraca do zdrowia po postrzale.
Jedyna kobieta w naszej grupie jest najbardziej ożywiona. Lucia wciąż dotyka mojego ramienia i szepcze mi do ucha. Wiem, że próbuje zaznaczyć swoje terytorium na oczach Sterling, ale jej plan nie wydaje się działać, ponieważ moja nowa obsesja ledwie odrywa wzrok od talerza.
Ma apetyt – to dobry znak. Pozostaje jednak całkowicie apatyczna, niczym robot. Je, od czasu do czasu bierze kilka łyków wody i je dalej. Zastanawiam się, czy ona zawsze taka jest, czy może, tak jak inni, również czuje się nieswojo w tej sytuacji.
Prostuje plecy i skupia wzrok na jakimś punkcie na ścianie dokładnie naprzeciwko siebie.
– Mogę już odejść? – pyta.
Skupiam uwagę na jej twarzy. Żadnych emocji, zupełnie nic.
– Nie masz ochoty na deser?
Jej miodowe oczy wbijają się w moje, a ona zaciska usta.
– Wystarczy mi – syczy.
Nie odrywam od niej wzroku. Rzuca mi wyzwanie, prowokuje mnie, a Bóg jeden wie, że ja nigdy nie cofam się przed wyzwaniem. Będzie moja – musi być.
– W porządku. Jak sobie... – Zanim zdążę w ogóle dokończyć zdanie, ona już wstaje i rusza korytarzem w stronę sypialni.
Enzo wykonuje ruch, by wstać i pójść za nią, by mieć na nią oko, ale powstrzymuję go. Jesteśmy na trzecim piętrze. Nie ma mowy, by wydostała się stąd niezauważona.
Może to nie jest taki zły pomysł, obdarzyć ją odrobiną zaufania i zobaczyć, co się stanie.
















