Przez trzynaście pełnych udręki lat Esme żyła w mroku. Jako maltretowana, pozbawiona rangi służąca watahy Silvercrest, znosiła codzienne tortury, wierząc, że nie jest niczym więcej niż słabym, złamanym wilkiem. Wtedy pojawia się Sterling Valerius. To bezlitosny Alfa Regent, dyrektor generalny wielomiliardowego imperium i mężczyzna budzący największy postrach w świecie wilkołaków. Kiedy przybywa do siedziby jej watahy, wystarczy zaledwie jeden zapach świeżego deszczu i bzu, by rzucić miliardera na kolana. Jest jego przeznaczoną partnerką. Porwana w świat szytych na miarę kreacji od projektantów, prywatnych odrzutowców i szalenie nadopiekuńczego Alfy, Esme wierzy, że w końcu odnalazła swoją bajkę. Jednak budzi się w niej mroczna, prastara moc. Jej matowe włosy zmieniają się w lśniące srebro, a oczy zaczynają jarzyć się intensywnym szmaragdem. Kiedy na jaw wychodzą śmiertelnie niebezpieczne sekrety z jej przeszłości, a tragiczne w skutkach nieporozumienie zmusza Sterlinga do wypowiedzenia druzgocących słów odrzucenia, świat Esme znów rozpada się na kawałki. Tym razem jednak nie będzie kulić się w mroku. Nie jest już tylko złamaną partnerką. Jest Boginią. I nadszedł czas, by rzucić wrogów na kolana.

Pierwszy Rozdział

Księga 1: Rozdział 1 - Na zawsze w przeszłości i na zawsze w przyszłości Większość ludzi nawet nie pamięta, że w siedzibie stada znajdują się lochy. Ja jednak pamiętam. Mam mały pokoik na zapleczu, który kiedyś był celą izolatki. Śmierdzi tu starymi szczynami, rzygowinami i krwią. Można się przyzwyczaić. Mam pryczę i stary, poszarpany koc, żeby było mi ciepło. Udało mi się nawet wygrzebać ze śmieci działającą lampkę, więc mam światło, by odrabiać lekcje. Nie ma to jak w domu i cała ta reszta, prawda? W sensie, przynajmniej nie jestem wyrzutkiem. O tak, powinnam się przedstawić. Nazywam się Esmeralda Laurent, ale mówią na mnie Esme. Nikt nie zwraca się do mnie „Esmeralda”, z wyjątkiem nauczycieli w pierwszym dniu szkoły. Jestem wilkołakiem w stadzie Silvercrest. Jako że jestem sierotą, nie mam całkowitej pewności, ile mam lat, ale najpewniej szesnaście. Ponadto jestem omegą, co oznacza, że pełnię rolę służącej. Moim zadaniem jest przygotowywanie posiłków dla wilkołaków mieszkających w siedzibie stada. Pomiędzy robieniem śniadań i kolacji dla ponad stu wilków, sprzątaniem po nich i uzupełnianiem zapasów w spiżarniach na trzecim i czwartym piętrze, gdzie mieszkają wyżej postawieni członkowie, zajmuję się normalnymi, nastoletnimi sprawami. Tyle że tak naprawdę nie mam zbyt wiele wolnego czasu na te normalne, nastoletnie sprawy. Więc lekcje. Odrabianie lekcji to jedyne, co mi z nich zostaje. Właśnie jest w pół do dwunastej w nocy. Nanoszę ostatnie poprawki na wypracowanie z angielskiego, gdy słyszę, jak drzwi lochu otwierają się z trzaskiem. Świetnie. Co znowu zrobiłam? Wiele nie trzeba. Alfa Alistair Kensington jest alkoholikiem. Wilkołakom bardzo trudno się upić, co oznacza, że trzeba pić naprawdę dużo, by poczuć efekty. A to z kolei oznacza, że prawdopodobnie pokłócił się z Luną Genevieve o swoje pijaństwo. Co oznacza, że wyrzuciła go z ich sypialni i zamknęła drzwi. Co oznacza, że zszedł na dół, aby wyładować swoją złość na mnie. Ot, zwykły wtorkowy wieczór w siedzibie stada. Ostry zapach whisky uderza mnie w nozdrza na długo przed tym, nim Alfa staje w drzwiach mojego pokoju. Znam ten schemat na pamięć. Jestem już na nogach, czekając na niego. O szlag, o szlag, o szlag. „Alfo Alistairze, w czym mogę pomóc?" pytam, wbijając wzrok w podłogę. Trzymam dłonie splecione z przodu, starając się wyglądać na tak drobną, jak to tylko możliwe. Bez słowa butelka po whisky ze świstem mija moje ucho i roztrzaskuje się na ścianie tuż nad moją pryczą. Wzdrygam się; nie mogę powstrzymać drżenia i obejmuję się ramionami. Wyszliśmy poza terytorium „o szlag”, jesteśmy teraz w strefie „o kurwa”. Cokolwiek się za chwilę wydarzy, będzie gorsze niż zwykle. Rzuca się przed siebie i obiema dłońmi chwyta mnie za gardło. Czuję, jak do oczu napływają mi łzy, a z braku tlenu krawędzie mojego pola widzenia ciemnieją. Rozpaczliwie drapię go po rękach, próbując wyrwać się z uścisku, ale to na nic. Podnosi mnie za szyję tak, by moja twarz znalazła się na poziomie jego. Jego oczy są smoliście czarne, co wskazuje, że do głosu doszedł Ruckus – jego wilk. Jego oddech śmierdzi wódą, a twarz jest czerwona z wściekłości. Zaczynam dławić się i krztusić z braku tlenu. Bez ostrzeżenia ciska mną przez cały pokój, jakbym nic nie ważyła. Moje ciało uderza o ścianę i spadam na plecy, lądując na pryczy. Odłamki rozbitej butelki przebijają moją cienką koszulkę i wbijają się w skórę. Przez whisky cięcia zaczynają płonąć żywym ogniem. Próbuję stłumić krzyk, gdy ból przeszywa moje ciało. Podchodzi i brutalnie podnosi mnie za włosy. Czuję, jak odłamki szkła wbijają się głębiej. Uderza mnie z całej siły w twarz, po czym rzuca na podłogę. Kopie mnie w brzuch i raz za razem depcze po moich plecach. Kawałki szkła wbijają się jeszcze głębiej. Czuję krew przesiąkającą przez moją poszarpaną koszulkę. Nie śmiem się ruszyć, żeby nie rozzłościć go jeszcze bardziej. Czuję, jak moje żebra pękają pod naciskiem jego stopy. Jedno z kopnięć trafia w moją szczękę. Słyszę odrażający trzask, który odbija się echem w mojej czaszce. Moje usta natychmiast wypełnia metaliczny posmak krwi. Alfa Alistair od lat używa mnie jako swojego osobistego worka treningowego, ale tym razem to wszystko jest o wiele intensywniejsze niż kiedykolwiek. Zazwyczaj uderza mnie kilka razy, a potem bije biczem, dopóki nie zostaję z krwawiącymi, otwartymi ranami. W ciągu ostatnich kilku lat zaczął maczać bicz w tojadzie, co sprawia, że wolniej się goję, a teraz moje plecy i ramiona są pokryte paskudnymi bliznami. „Afo Alis, pzestań. Płoszę" – udaje mi się wykrztusić. Mój głos jest cichy i zniekształcony przez złamaną szczękę oraz krew wylewającą się z ust. Nagle przestaje i wychodzi z pokoju. Wraca po chwili z biczem i zaczyna bezlitośnie smagać moje plecy. Z rzemieni kapie tojad. Uderzenia, w połączeniu z odłamkami szkła wciąż tkwiącymi w moich plecach oraz trucizną, to już za wiele. Obraz mi się zamazuje i tracę przytomność. Otacza mnie ciemność i odrętwienie. Czy tak wygląda śmierć? Jest spokojnie, ale trochę nudno. Przynajmniej nie muszę karmić stada. O kurczę, nie zdążyłam oddać tego wypracowania z angielskiego. A było całkiem niezłe. Jednostajne, ciche pikanie działa na mnie kojąco. Nie wiem, od jak dawna jestem martwa, ale czuję, że chcę otworzyć oczy, gotowa stawić czoła zaświatom. Po czymś, co wydaje się wiecznością, udaje mi się uchylić powieki i odkrywam, że jestem sama w miękkim, wygodnym łóżku w jasno oświetlonym, czystym pokoju. To mają być zaświaty? Może to jakaś poczekalnia, ale gdzie w takim razie jest recepcja? Mój umysł powoli się rozjaśnia i zdaję sobie sprawę, że jednak nie umarłam. Jestem w szpitalu stada. Muszę stąd wyjść, zanim Alfa zorientuje się, że nie ma mnie w lochach. Próbuję wstać, ale ledwo mogę ruszyć ciałem. Każdy ruch sprawia potworny ból. Wpadam w panikę, a pikanie w pokoju znacznie przyspiesza. Aha, podłączono mnie do masy urządzeń. Próbuję wymyślić, jak je odczepić, by nikt nie usłyszał hałasu. Za późno, słyszę ludzi zbliżających się korytarzem. Próbuję usiąść. Muszę zignorować ból. Muszę uciec. Powoli zsuwam się z brzegu łóżka. Nogi mam jak z waty. Rurki i kable wystające z mojego ciała nie pozwalają mi odejść zbyt daleko. Drzwi otwierają się i do środka wchodzi lekarz stada wraz z pielęgniarką. Lekarz jest starszym mężczyzną. Ma czarne włosy, które po bokach zaczynają siwieć. Pielęgniarka jest młoda, a jej kręcone, blond włosy są upięte w kucyk. „Ach, Esme. Obudziłaś się. Wróćmy do łóżka, dobrze?" – mówi łagodnie lekarz. Razem z pielęgniarką podchodzą z obu stron i wyciągają ręce, by przytrzymać moje ramiona. Z mojej piersi wyrywa się niski warkot. „Nie dotykajcie mnie" – warczę, odtrącając ich. Mój głos jest chrypliwy i obolały, a w ustach czuję tysiące wbijających się igieł. „W porządku, Esme. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Próbujemy pomóc ci wyzdrowieć. Wróćmy do łóżka, a podamy ci wodę" – lekarz unosi ręce w geście poddania. Patrzę na niego niepewnie, po czym przyjmuję ich pomoc, wracając do pościeli. Pielęgniarka wręcza mi kubek z wodą i słomką. Przełykanie sprawia, że cała dolna połowa mojej twarzy rwie z bólu, ale woda przynosi gardłu ulgę. Lekarz siada na krześle obok łóżka, podczas gdy pielęgniarka sprawdza moje parametry i zaczyna majstrować przy rurkach i kablach, do których jestem podłączona. „Esme, przeszłaś operację usunięcia setek kawałków szkła z pleców. Musieliśmy też nastawić kilka żeber, twoją szczękę i miałaś mnóstwo tojadu we krwi. Zrobiliśmy ci transfuzję, aby oczyścić twój organizm, żebyś mogła zacząć się goić" – wyjaśnia lekarz. „Masz szczęście, że nie zginęłaś.” Pewny jesteś tej ostatniej części, doktorku? – myślę sobie. „Kiedy stado zorientowało się, że śniadanie nie zostało przygotowane, Beta Tate poszedł cię poszukać i znalazł cię leżącą na podłodze w twoim... uh... pokoju" – patrzy na mnie ze współczuciem. „Esme, kto ci to zrobił? To zbrodnia, która może być podstawą do wygnania ze stada. Sądząc po bliznach, to nie był twój pierwszy raz, kiedy cię zaatakowano.” Nie potrafię mu odpowiedzieć. Wpatruję się w ciszy w moje dłonie spoczywające na kolanach. Jak mam mu powiedzieć, że sprawcą jest Alfa Alistair? Nie ma mowy, żeby mi uwierzył, a nawet jeśli, co zrobią? Wygonią Alfę? Nie ma szans. Decyduję, że najlepszym wyjściem będzie po prostu potrząsnąć przecząco głową. Nie chcę zostać wyrzucona ze stada za kłamstwo. Nie mam dokąd pójść. Zostałabym wyrzutkiem. „Dobrze. Przejdźmy do następnego pytania. Kiedy kończysz siedemnaście lat?" Lekarz przegląda papiery w swojej teczce. „N-nie wiem dokładnie, proszę pana" – mówię szczerze. Patrzy na mnie z marsową miną. Spogląda na pielęgniarkę i prosi ją, by zostawiła nas samych na kilka minut. O szlag. Czy wpadłam w kłopoty? Przecież dopiero co się obudziłam. Nie wiem, co mogłam przeskrobać przez sen. Pielęgniarka kończy, co ma do zrobienia, i wychodzi z sali. „Nie znasz daty swoich urodzin, Esme?" – pyta zdezorientowany. „M-mój ojciec przyniósł mnie tu, kiedy byłam niemowlęciem. Był wyrzutkiem. Alfa Alistair, cóż... on..." Czuję, że twarz piecze mnie ze wstydu. Dłonie mi drżą, a łzy znów cisną się do oczu. Nie sądziłam, że będę musiała opowiadać tę historię lekarzowi. Myślałam, że wszyscy już wiedzą. Mój ojciec był samotnym wilkiem. Alfa Alistair zabił go za wejście na terytorium stada bez pozwolenia. Nie zorientowali się, że niósł dziecko, dopóki nie rozpięli jego kurtki i nie zobaczyli, że jestem tam schowana. To cud, że przeżyłam. Jako że byłam tylko niemowlęciem, nie mogli się mnie po prostu pozbyć, ale nie wiedzieli o mnie absolutnie nic. Byłam owinięta w kocyk, na którym wyhaftowano imię „Esmeralda”. I tak właśnie zaczęto mnie nazywać. Z tego, co mi wiadomo, mój ojciec równie dobrze mógł być porywaczem. Jedynym powodem, dla którego nadali mi nazwisko Laurent, było to, że po jego zabiciu przejrzeli jego portfel w celu identyfikacji. Jedynym dokumentem, jaki posiadał, była karta biblioteczna na nazwisko Arthur Laurent. Próbowałam kiedyś wyszukać to nazwisko w internecie, korzystając z komputera w szkolnej bibliotece. Nie znalazłam niczego. „Nie musisz kończyć, wiem, co stało się z twoim ojcem.” „Cóż, po tym jak to się... stało... Luna Genevieve wzięła mnie pod swoje skrzydła, dopóki nie osiągnęłam wieku szkolnego. Wtedy przeniosła mnie do lochów. Od tamtej pory muszę radzić sobie sama. Nigdy nie dowiedziałam się, kiedy dokładnie mam urodziny. Prawdę mówiąc, jest pan pierwszą osobą, która w ogóle o to pyta. Myślę, że mam szesnaście lat. Mój wilk jeszcze się nie przebudził.” Lekarz kiwa głową, spoglądając na mnie z litością. Zupełnie jakby go to obchodziło. Zadaje mi jeszcze kilka pytań dotyczących historii moich chorób, ale tak naprawdę nie mam o czym opowiadać. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek leczył mnie jakiś lekarz. „Rozumiem". Zamyka teczkę i wsuwa długopis do kieszeni koszuli. „Cóż, wiem, że nie miałaś jeszcze okazji przejrzeć się w lustrze, ale kiedy to zrobisz, możesz zauważyć, że wyglądasz nieco inaczej. Nie martw się. Wierzę, że to znak, iż twój wilk zaczyna się budzić. Przeprowadziłem tyle badań, ile tylko przyszło mi do głowy. Nie ma to podłoża medycznego.” Patrzę na niego zdezorientowana: „T-tak, proszę pana”. Zakładam, że ma na myśli fakt, iż szybciej się goję, ale dlaczego uważał, że musi mnie przed tym ostrzegać? Dlaczego po prostu mi nie powiedział?

Odkryj więcej niesamowitych treści