Przygotowuję czterodaniowy posiłek składający się z sałatki cezar, przystawek w postaci krewetek owiniętych boczkiem, polędwicy Wellington z duszoną brukselką jako dania głównego i tarty limonkowej na deser. Robię także bruschettę, crostini, placuszki pomidorowe, mini calzone, półmiski pokrojonych warzyw z dipami oraz czekoladowe trufle, by zaserwować je podczas przyjęcia. Desery i tace z warzywami przygotowałam między śniadaniem a lunchem, więc teraz mam mniej powodów do zmartwień.
Uświadamiam sobie, że rada Sery, by odnajdywać szczęście w gotowaniu, pomogła mi czerpać radość z przygotowywania tej kolacji. Może to dlatego, że serwuję jedzenie ludziom spoza mojego stada, a może dlatego, że przygotowuję wyjątkowe dania, a nie tylko to, co zwykle robię dla stada? Tak czy inaczej, nie mam dziś nic przeciwko swojej pracy. Czuję z niej dumę.
Podczas kolacji jedzenie podają kelnerzy, ponieważ jest to oficjalne wydarzenie. Zostaję w kuchni i pilnuję, by wszystko było ułożone na talerzach i opuszczało kuchnię w idealnym stanie. Jestem w swoim żywiole, jak to mówią.
Wyglądam z kuchni po podaniu każdego dania. Wydaje się, że jedzenie naprawdę smakuje ludziom, co przynosi mi ulgę. Zauważam, że Alfa Alistair robi się nieźle pijany. Luna Genevieve ciągle zabiera mu kieliszek, ale on wciąż każe omegom dolewać mu alkoholu. Jadalnia jest wyjątkowo zatłoczona, więc nie udaje mi się lepiej przyjrzeć Alfie Sterlingowi Valeriusowi. Beta Leonora zauważa, że wyglądam z kuchni; puszcza do mnie oko i podnosi kciuk w górę. Uśmiecham się i lekko macham, po czym cofam głowę.
Pomagam kelnerom zanieść jedzenie na stoły ustawione na obrzeżach sali balowej. Upewniam się również, że bary w rogach sali są w pełni zaopatrzone. DJ kończy rozstawianie sprzętu, a kolorowe światła ślizgają się po parkiecie. Wszędzie wiszą balony i serpentyny. Zaczynają schodzić się pierwsi goście, co jest dla mnie sygnałem, by czmychnąć tylnymi drzwiami.
Na szczęście dzisiejszego wieczoru kelnerzy posprzątają jadalnię, co daje mi dodatkowy czas na uzupełnienie zapasów w spiżarniach. Kieruję się na górę do magazynu i ładuję wózek. Nucę pod nosem, chodząc od pokoju do pokoju. Przechodząc, czuję dziwny spokój.
– Jesteś w dobrym nastroju – zauważa Sera.
– Chyba tak. Chociaż nie mam pojęcia dlaczego. Plecy wciąż mnie potwornie bolą, stopy zresztą też.
– Cóż, cieszę się, że chociaż ten jeden raz jesteś szczęśliwa. Ta wersja ciebie jest całkiem w porządku.
– Dzięki, Sera. Ty też nie jesteś wcale taka zła.
Kończę uzupełniać zapasy w pokojach wyższych rangą członków stada na czwartym i trzecim piętrze. Następnie kieruję się na drugie piętro, gdzie znajdują się apartamenty dla gości. Personel posprzątał już pokoje i łazienki. Muszę tylko uzupełnić kosmetyki, przekąski oraz lodówki.
Uwijam się z pokojami w mgnieniu oka. Pamiętam, by zostawić w pokoju Bet więcej butelek San Pellegrino, odświeżam kwiaty i na blacie w aneksie kuchennym zostawiam małą tekturową wizytówkę z odręcznie narysowaną uśmiechniętą buźką.
Jest już prawie północ, wszyscy nadal bawią się na całego w sali balowej. Zamykam drzwi apartamentu Bet i przenoszę się pod drzwi apartamentu Alfy. To ostatni pokój, jaki mi pozostał na tę noc. Wiem, że on też musi być na przyjęciu, ale na wszelki wypadek najpierw pukam. Opieram ucho o drzwi i nie słyszę odpowiedzi. Nie jestem pewna, czy już tu był, ale na wypadek, gdyby trzeba było uzupełnić zapasy, muszę to sprawdzić. Wsuwam kartę-klucz w szczelinę i otwieram drzwi. Z głębi korytarza dobiegają mnie kroki.
– Hej, ty! Co tam robisz? – woła z drugiego końca korytarza szorstki głos.
Zakładam, że to ochroniarz, więc zamierzam odpowiedzieć, że jestem z personelu sprzątającego. Mam przecież ze sobą gigantyczny wózek pełen przekąsek i napojów. Poza tym mam zaledwie metr pięćdziesiąt wzrostu i ważę niespełna czterdzieści kilogramów. Nie wiem, za jak wielkie zagrożenie ten facet może mnie uważać.
Spod mojej czapki spoglądam na dwóch ochroniarzy, którzy szybko idą w moją stronę. Jeden z nich jest znacznie potężniejszy od drugiego. Zauważam, że jest naprawdę elegancko ubrany jak na ochroniarza. Właściwie to najprzystojniejszy wilkołak, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam. Mierzy pewnie z dwa metry wzrostu i waży blisko sto trzydzieści kilogramów; same twarde mięśnie i szerokie ramiona. Jego szyję i wierzchy dłoni pokrywają tatuaże. Dzięki jego zaczesanym do tyłu czarnym włosom i oliwkowej cerze jego zielone oko ma kolor rześkiego jabłka odmiany Granny Smith. Jego drugie oko zakrywa czarna przepaska. Powietrze wypełnia zapach kawy i ciemnej czekolady, a ja wrastam w ziemię. Powoli unoszę czapkę z oczu na tyle, by móc mu się lepiej przyjrzeć.
Sera podskakuje dziko w mojej głowie, gdy mężczyzna przepycha się obok ochroniarza: – To on! To on!
Oboje w tej samej chwili wypowiadamy to jedno słowo:
– Przeznaczenie.
Podchodzi do mnie sprężystym krokiem i z cichym warknięciem brutalnie popycha mnie na drzwi. Chyba nie zdaje sobie sprawy, jak lekka jestem, bo zostaję z nieco zbyt dużą siłą przyparta do litego dębu. Opiera obie dłonie o drzwi po obu stronach moich ramion, uniemożliwiając mi ucieczkę. Zbliża twarz do mojej szyi i bierze głęboki wdech. Serce wali mi w piersi. Czuję się przytłoczona, zaczyna ogarniać mnie panika. Zapewne wyczuwa, że jestem słaba. Zabije mnie, zanim jego Alfa dostanie na to szansę. Szlag.
– Alfo Sterlingu, czy ta omega próbuje coś ukraść? – pyta ochroniarz, podchodząc bliżej.
– COFAJ SIĘ! – warczy na niego, odsłaniając wielkie wilcze kły. Ochroniarz zatrzymuje się w miejscu.
– Alfo? – rzuca zdezorientowany ochroniarz.
Alfa? Czekaj, co? Alfa. To nie może być prawda.
– MOJA! – warczy Alfa Sterling.
Zaczynam czuć wilgoć na plecach. O szlag, mocno krwawię. Gdy przyparł mnie do drzwi, większość niezagojonych ran po chłoście się otworzyła. Teraz początkowa adrenalina opada, a plecy zaczynają piec. Drzwi za moimi plecami wydają się śliskie. Staram się nie skamleć. Nie chcę pokazać, że jestem słaba. Nie chcę, by mnie zamordował, kiedy dopiero co go znalazłam. Kogo ja oszukuję? Nie ma mowy, by już nie wiedział, że jestem mięczakiem.
„Esme, nie potrafię cię leczyć wystarczająco szybko. Wytrzymaj! Blizny to utrudniają. Próbuję, ale czuję się taka słaba! Tracimy zbyt dużo krwi” – skomle Sera. Jej głos brzmi, jakby dobiegał z oddali.
Ponad ramieniem Alfy Sterlinga widzę Lunę Genevieve i Alfę Alistaira biegnących korytarzem. Cóż, Alfa Alistair bardziej się zatacza niż biegnie. Beta Tate oraz Bety – Maximilian i Leonora – są tuż za nimi. Zaczyna mi się kręcić w głowie, robi mi się słabo i niedobrze.
– Esme, coś ty narobiła? Ty bezczelna gówniaro! – krzyczy Luna Genevieve. Jej głos brzmi na stłumiony, mimo że kobieta stoi teraz tuż przede mną.
Wyciąga rękę, by wymierzyć mi policzek, ale Alfa Sterling z warknięciem chwyta ją w locie i łamie jej nadgarstek. Alfa Alistair odpowiada mu warknięciem. Czuję, jak brzegi mojego pola widzenia zachodzą czernią. Nogi robią się jak z waty.
Oglądam to wszystko, jakbym była we śnie. Już nikogo nie słyszę, choć wszyscy krzyczą. Wyglądają, jakby poruszali się w zwolnionym tempie.
Alfa Alistair po pijanemu szarpie Lunę Genevieve za ramię, odciągając ją od Alfy Sterlinga, który wciąż na nich warczy. Ochroniarz próbuje ich rozdzielić, a Beta Tate usiłuje powstrzymać Alfę Alistaira. Bety Maximilian i Leonora przyjmują postawę obronną, osłaniając Alfę Sterlinga. Sebastian zachodzi Alfę Alistaira od tyłu, akurat gdy ten szarpie Lunę Genevieve. Kobieta krzyczy z bólu. Sebastian bierze zamach i uderza Alfę Alistaira z całej siły.
Metaliczny zapach krwi zaczyna wypełniać powietrze. Cała się trzęsę. Nie potrafię ocenić, czy to ze strachu, czy z utraty krwi. Nie wyczuwam już Seraphiny. Rozglądam się, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze czuje ten zapach, ale wszyscy kłócą się ze sobą. Spoglądam w dół i uświadamiam sobie, że krew spływa mi po nogach i po drzwiach, z głośnym plaskiem opadając w postaci dużych kropel na podłogę. Moje włosy są we krwi w miejscu, gdzie dotykają drzwi. Chwytam ramię Alfy Sterlinga. Spogląda na mnie, a jego oko rozszerza się ze zgrozy.
– Pomocy – szepczę. Czuję, jak osuwam się po drzwiach. Wszystko robi się czarne, zanim uderzam o podłogę.
















