ROZDZIAŁ CZWARTY.
ŻYCIE JAKO ICH SŁUŻĄCA.
PERSPEKTYWA ELARY.
„Naprawdę myślisz, że Killian związałby się z Elarą, gdyby nie zakład?”, zapytała drwiąco, a ja wstrzymałam oddech. Nie chciałam w tamtym momencie płakać, ale emocje znów mnie zdradziły. Poczułam łzy piekące pod powiekami i próbowałam je powstrzymać.
„Więc to wszystko było tylko zakładem”, pomyślałam i zaśmiałam się smutno, podczas gdy Sloane tylko przewróciła oczami, prychnęła na mój widok, po czym brutalnie mnie odepchnęła i wyszła z toalety. Pamiętam, że została tam jeszcze kilka minut, próbując przekonać samą siebie, że nie jest mi smutno, ale w głębi duszy wiedziałam, że kłamię.
Moja wilczyca tym razem nie zareagowała bólem; to było tak, jakby się tego spodziewała, albo wiedziała o tym wcześniej i liczyła, że ja też się domyślę. Teraz, kiedy naprawdę się nad tym zastanowiłam, ta dwójka zrobiła ze mnie kompletną idiotkę, a świadomość, że dałam się tak podejść, była najbardziej bolesna.
Wracając do trojaczków – już prawie trzy razy straciłam pracę i co najmniej pięć razy o mało nie wpakowałam się w kłopoty w szkole lub nie wylądowałam w kozie, ponieważ wiecznie biegam na ich durne posyłki.
Ostatnio jednak przelali czarę mojej goryczy i sprawili, że straciłam jedyne źródło dochodu. To była mroźna, lodowata noc. Miałam późną zmianę, bo moja zmienniczka niestety zachorowała na grypę, więc musiałam ją zastępować przez dodatkowe pięć godzin, by potem wrócić do domu i porządnie odpocząć. Niestety, dzięki trojaczkom moje plany legły w gruzach, a w ramach bonusu straciłam robotę.
Zmywałam właśnie naczynia po klientach, którzy odwiedzili lokal. Byłam nawet w dobrym nastroju, bo zaledwie kilka godzin wcześniej wyszłam ze szpitala od mamy, a lekarz zapewnił mnie, że jej stan się poprawia. Nuciłam pod nosem, gdy nagle zadzwonił mój telefon. Przerwałam pracę i zerknęłam na wyświetlacz, ale nie znałam numeru.
Powinnam była to zignorować i nie odbierać, ale ktokolwiek dzwonił, był wyjątkowo uporczywy, więc postanowiłam odebrać. Pomyślałam też, że to może lekarz prowadzący moją mamę, więc pospiesznie odebrałam.
Powitał mnie chłodny ton, który natychmiast rozpoznałam. To był Alaric. Powiedział, żebym przyszła zrobić im kolację, bo ich służba jest na urlopie. Zamurowało mnie – ci gówniarze mieli nawet służących, a mimo to i tak kazali mi przychodzić do ich rezydencji co rano, by robić im śniadania.
Próbowałam wyjaśnić Alaricowi, że jestem w pracy na późnej zmianie i nie mogę wyjść przez kilka najbliższych godzin. Myślałam, że jest najbardziej rozsądny z nich wszystkich, ale jakże się myliłam. Zignorował moje wyjaśnienia i zażądał, bym zjawiła się natychmiast, przypominając mi, że nie mam wyboru.
Musiałam zostawić niedokończoną robotę i pędzić do ich domu, by przygotować im kolację. Wpadłam do ich rezydencji, zastałam ich w luksusowym salonie, siedzących przed telewizorem. Nie traciłam czasu na przyglądanie się i od razu pobiegłam do kuchni, by zrobić im coś na szybko i wrócić do pracy, zanim szef zauważy moją nieobecność.
Kiedy pośpiesznie przygotowywałam im makaron – bo to była najszybsza opcja, a poza tym późno w nocy nie powinno się jeść ciężkich potraw – trojaczki jeden po drugim weszli do kuchni. Co dziwne, moje serce zaczęło bić szybciej z podekscytowania.
„To dziwne”, pomyślałam, starając się ich ignorować i szybko skończyć, by móc wrócić do pracy.
„Dlaczego czuję ekscytację?”, zastanawiałam się.
„Nie mów mi, że spodziewasz się, że będziemy jeść takie śmieci”, usłyszałam głos Casa za plecami. Odwróciłam się; wskazywał na puste opakowanie po makaronie w moich rękach.
„Makaron to nie śmieciowe jedzenie”, poprawiłam go, a on wywrócił oczami, wciąż wskazując na paczkę.
„Nieważne”, skomentował. „Mam tylko nadzieję, że nie myślisz, że to zjemy”, dodał.
„Oczywiście, że tak, głuptasie, a po co innego miałabym to robić?”, pomyślałam.
„Cóż, to jedyna opcja dostępna w tej chwili”, zaczęłam. „Błagam panów, byście jakoś to przełknęli”, powiedziałam z lekkim ukłonem, na co Lucian parsknął.
„Jak to makaron to jedyna opcja?”, zapytał. „W spiżarni jest mnóstwo jedzenia i składników, więc nas nie okłamuj”, dodał, a ja zacisnęłam pięści z frustracji.
„Nie o to mi chodziło, proszę pana”, odparłam. „Zadzwoniliście do mnie bardzo późno. Poza tym byłam w pracy i musiałam się urwać, żeby tu przyjść i szybko wam coś ugotować, a potem muszę tam wrócić i modlić się, żeby szef się nie połapał”, wyjaśniłam, licząc na choć odrobinę zrozumienia.
„A co nas to obchodzi?”, zapytał Cas z drwiną, a ja cofnęłam się z szoku. Czy oni nie wiedzą, jak ważna jest dla mnie ta praca? Wiedziałam, że są bezduszni, ale nie sądziłam, że aż do tego stopnia.
„Rozbiłaś cenny przedmiot i po prostu za niego płacisz, więc gówno nas obchodzi, czy jesteś w pracy, czy w domu, kiedy dzwonimy. Twoim zadaniem jest zjawić się natychmiast na nasze wezwanie”, przypomniał mi Lucian, a mnie zabrakło tchu.
„Ale pora wciąż jest nieodpowiednia, jest środek nocy. Mam własne życie”, przypomniałam im i zauważyłam, że Alaric przygląda mi się w milczeniu. Od początku nie odezwał się ani słowem.
„Cóż, nie byłabyś w tej sytuacji, gdybyś ostatnim razem patrzyła, gdzie idziesz”, skomentował Cas.
„Jest proste rozwiązanie tego wszystkiego”, odezwał się nagle Alaric.
„Jakie?”, zapytałam z nadzieją, że będzie rozsądne, a nie jeszcze trudniejsze.
„Rzuć pracę i wprowadź się do nas”, odpowiedział, a ja poczułam, jak szczęka mi opada z wrażenia.
„Czy ja dobrze słyszę?”, pomyślałam i spojrzałam na niego, ale jego oczy były skupione wyłącznie na mnie.
„Co?!”, krzyknęłam, a on się uśmiechnął. Alaric Sterling naprawdę się uśmiechnął.
„Mamy już dość twoich wiecznych wymówek, więc dlaczego po prostu nie ułatwisz sobie życia?”, zapytał.
„Rzuć pracę i zamieszkaj z nami”, powtórzył, a ja skrzywiłam się.
„A jak, do cholery, mam płacić rachunki, jeśli rzucę pracę?”, zapytałam, ale to Cas parsknął w odpowiedzi.
„Nie jesteśmy tacy biedni, żeby nie było nas stać na twoje usługi”, powiedział Cas. Zaczęłam to naprawdę rozważać, ale moja duma nie pozwalała mi się zgodzić, więc odmówiłam.
„Nadal nie”, ucięłam krótko, odwracając się z powrotem do kuchenki, co miało zakończyć rozmowę. Przez kilka minut panowała cisza, która dłużyła się w nieskończoność, aż w końcu usłyszałam ich oddalające się kroki.
Odkąd odrzuciłam ich szaloną ofertę, trojaczki nie przestawali robić mi piekła z życia. Dzwonili do mnie co noc, zwłaszcza bardzo późno, żeby kazać mi po nich sprzątać. Pewnej nocy wezwali mnie znowu, a kiedy skończyłam i już miałam wychodzić, dołożyli mi kolejną porcję roboty.
„O co chodzi?”, zapytałam sfrustrowana. „Robi się późno”.
„To nie nasza sprawa, po prostu rób, co do ciebie należy”, skomentował Cas.
„Zaproponowaliśmy ci wygodny układ, który odrzuciłaś, więc nie narzekaj”, dodał Lucian, a ja jęknęłam, poddając się. Byłam już wykończona.
„Wprowadzę się do was”, oznajmiłam.














