„Wyjść za kogo?” Głos Isabelle Thorne przeciął powietrze niczym brzytwa, a w jej ostrym tonie pobrzmiewało niedowierzanie. Wpatrywała się w ojca siedzącego po drugiej stronie długiego mahoniowego stołu w jego gabinecie, wbijając paznokcie w podłokietniki skórzanego fotela. „Chyba nie mówisz poważnie”.
„Mówię śmiertelnie poważnie” – odparł jej ojciec, Alistair Thorne, nawet nie mrugnąwszy okiem. Jego stalowe spojrzenie wbiło się w jej oczy, niewzruszone jej oporem. „Wyjdziesz za Juliana Blackwooda”.
Samo to nazwisko sprawiło, że w jej żołądku przewróciła się fala obrzydzenia. Julian Blackwood. Nieznośny spadkobierca Blackwood Global, notoryczny playboy cieszący się opinią lekkomyślnego manipulatora. Jego rodzina od lat była ich rywalem, a ich starcia były szeroko opisywane w mediach. Sama myśl o byciu z nim związaną, choćby tylko nazwiskiem, sprawiała, że krew w niej wrzała.
„Nie” – oświadczyła stanowczo, splatając ramiona na piersi i zaciskając szczękę. „Nie zrobię tego”.
Ojciec pochylił się do przodu, splatając dłonie, a ciężar jego autorytetu przygniótł ją niczym góra. „To nie jest prośba, Isabelle. To rozkaz. To jedyny sposób, by uratować Thorne Dynamics”.
Isabelle gwałtownie wstała, a jej krzesło zgrzytnęło o wypolerowaną drewnianą podłogę. „Za żadne skarby świata za niego nie wyjdę” – warknęła. „To szaleństwo. Nie potrzebujemy rodziny Blackwood. Możemy sami walczyć z konkurencją”.
„Nie bądź naiwna” – warknął Alistair, a jego głos podniósł się wraz z narastającym gniewem. „Konkurencja jest silniejsza, niż myślisz. Zarówno Thorne Dynamics, jak i Blackwood Global są zagrożone, a to jedyny sposób, by skonsolidować naszą potęgę i trzymać te sępy na dystans”.
Isabelle poczuła, jak na jej policzki wypływa palący rumieniec. „I sprzedanie mnie jak jakiegoś... jak jakiegoś pionka... to twoje rozwiązanie?”
„Uważaj na ton, Isabelle!” – huknął ojciec, stając teraz i górując nad nią. Jego twarz była czerwona z gniewu, a głos niosło echo w ciasnym gabinecie. „Możesz być prezesem, ale ja nadal jestem członkiem zarządu, a co ważniejsze, ty nadal jesteś moją córką. I dopóki żyję, będziesz robić to, co każę”.
Prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. „To barbarzyństwo. Nie możesz poważnie oczekiwać, że wyjdę za tego... tego aroganckiego, płytkiego...”
„Oczekuję, że postawisz tę rodzinę na pierwszym miejscu!” – przerwał jej Alistair, uderzając dłonią w stół. Huk rozszedł się po pokoju, sprawiając, że Isabelle mimo woli wzdrygnęła się. „To małżeństwo nie dotyczy tylko ciebie. Chodzi o ratowanie wszystkiego, co zbudował twój dziadek. Jeśli odmówisz, będziesz odpowiedzialna za to, że wszystko wokół ciebie legnie w gruzach”.
Pięści Isabelle zacisnęły się wzdłuż ciała. Każda cząstka jej istoty krzyczała, by mu się sprzeciwić, wyjść i nigdy nie oglądać się za siebie, ale ciężar odpowiedzialności za firmę i lata spędzone na walce o udowodnienie swojej wartości w świecie zdominowanym przez mężczyzn takich jak jej ojciec, trzymały ją w miejscu.
„Nie zrobię tego” – powtórzyła, ale jej głos stracił już swoją ostrość, zastąpioną teraz nutą desperacji.
Oczy ojca zwęziły się. „Zatem uznaj się za wydziedziczoną”.
Isabelle zamarła, a jej serce na chwilę przestało bić. To słowo uderzyło ją niczym cios w żołądek, a powietrze w pokoju stało się gęste i duszne. Wydziedziczona? Czy naprawdę był gotów posunąć się aż tak daleko?
Jej myśli gnały jak szalone. Thorne Dynamics nie było dla niej tylko firmą... to było dzieło jej życia. Przelała w nie każdą kroplę energii, poświęciła życie osobiste i szczęście, by uczynić je liderem w branży, którym było dzisiaj. I teraz miałaby to wszystko stracić, bo odmówiła wyjścia za Juliana Blackwooda?
Głos jej ojca nieco złagodniał, ale spojrzenie pozostało zimne. „To sprawa większa niż ty, Isabelle. Jesteś dość bystra, by to wiedzieć. Pomyśl o konsekwencjach. Jeśli Thorne Dynamics upadnie, nie zniknie tylko firma. Tysiące miejsc pracy. Nasze dziedzictwo. Wszystko, na co pracował twój dziadek i ja, wszystko, na co ty pracowałaś, przepadnie”.
Gardło Isabelle ścisnęło się, a w jej wnętrzu wirowała burza emocji. Gniew. Rozgoryczenie. Strach. A pod tym wszystkim – mdłe poczucie bezsilności. Zawsze szczyciła się tym, że ma kontrolę, że sama podejmuje decyzje. Ale teraz, w tej chwili, zdała sobie sprawę, jak małą kontrolę tak naprawdę posiadała.
„Nie mogę uwierzyć, że mógłbyś mi to zrobić” – szepnęła, bardziej do siebie niż do ojca. „Małżeństwo z nim byłoby koszmarem”.
Alistair wypuścił powietrze, jego ramiona nieco się rozluźniły, ale wyraz twarzy pozostał nieugięty. „To twój wybór, Isabelle. Wyjdź za Juliana Blackwooda albo odejdź z tej rodziny i zostaw wszystko, co zbudowaliśmy”.
Stała tam z odrętwiałym umysłem i walącym sercem. Ten wybór nie był żadnym wyborem.
Bez słowa odwróciła się na pięcie i wypadła z gabinetu, a ostateczne ultimatum ojca wciąż dźwięczało jej w uszach.
*****
Drzwi do jej pokoju zatrzasnęły się za nią, a Isabelle oparła się o nie plecami, zamykając oczy i walcząc o uspokojenie wiru emocji, który groził jej rozdarciem. Jej pierś falowała w rwanym oddechu, a palce drżały z wściekłości.
„Wydziedziczona” – wymruczała pod nosem, a jej głos drżał z niedowierzania. Ojciec naprawdę zagroził jej wydziedziczeniem. Przez to? Przez Juliana Blackwooda? Czuła się, jakby uwięziono ją w jakimś pokręconym koszmarze.
Odepchnęła się od drzwi i podeszła do biurka, na którym stał otwarty elegancki laptop. Potrzebowała czegoś, czegokolwiek, co odciągnęłoby jej uwagę od fali frustracji, która się przez nią przelewała.
Ale gdy otworzyła przeglądarkę, wszechświat miał inne plany.
Oto on, wpatrujący się w nią z ekranu: Julian Blackwood.
Nagłówek głosił: „Julian Blackwood: Miliarder-playboy w pierwszej dziesiątce nowojorskich krezusów?”
Isabelle poczuła skurcz w żołądku, gdy kliknęła w artykuł. Zdjęcie Juliana – z obowiązkowym szyderczym uśmieszkiem – wypaliło się w jej pamięci. Jego ciemne włosy były gładko zaczesane do tyłu, skrojony na miarę garnitur idealnie opinał jego szeroką posturę, a te zimne, wyrachowane oczy zdawały się przebijać przez ekran. Wyglądał dokładnie tak jak arogancki, samolubny drań, którego zapamiętała.
Spotkała go tylko kilka razy przez te lata, zawsze na galach charytatywnych lub szczytach biznesowych. Każda interakcja była przypomnieniem, dlaczego nim gardziła: sposób, w jaki wykorzystywał swój urok do manipulacji, sposób, w jaki lekceważył ją, jakby była kimś gorszym. Myśl o staniu u jego boku, o dzieleniu życia, małżeństwa z nim, była nie do zniesienia.
Isabelle odchyliła się na krześle, piorunując wzrokiem jego podobiznę. Jak mogło do tego dojść? Jak jej ojciec, jej własny ojciec mógł uznać, że to jest rozwiązanie? Zakucie jej w kajdany z jedynym człowiekiem, który mógł uczynić jej życie jeszcze bardziej nieznośnym, niż już było?
Jej umysł pracował na najwyższych obrotach, desperacko szukając ucieczki, wyjścia z tego koszmaru. Ale każda ścieżka, którą rozważała, prowadziła do tego samego wniosku: jeśli odmówi, straci wszystko.
Jej palce zawisły nad klawiaturą, podczas gdy ona wciąż wpatrywała się w pewną siebie twarz Juliana. Była pewna, że on napawa się chwałą tego układu. Dla niego to prawdopodobnie była tylko kolejna transakcja biznesowa, fuzja, zagrywka mająca na celu zwiększenie wpływów. Pewnie nawet nie obchodziły go konsekwencje. Dopóki przynosiło to korzyść jemu i jego imperium, godził się na to.
A co z nią? Czy pozwoliłaby się tak wykorzystać, sprowadzić do roli zwykłego pionka w grze ojca? Czy naprawdę poświęciłaby swoją autonomię, swoją godność dla dobra firmy?
Isabelle wypuściła gwałtownie powietrze, z trzaskiem zamykając laptopa. Musiała pomyśleć. Musiała mieć plan.
Ale rzeczywistość tej sytuacji gryzła ją od środka. Bez względu na to, co zrobi, była w pułapce. Małżeństwo było nieuniknione, podobnie jak utrata kontroli, o którą tak ciężko walczyła.
Serce waliło jej w piersi, gdy wstała od biurka i podeszła do okna. Na zewnątrz miasto lśniło pod nocnym niebem, nieświadome zamętu szalejącego w jej wnętrzu. Czuła się tak mała, tak bezradna wobec sił, które ją osaczały.
Julian Blackwood. To nazwisko odbijało się echem w jej głowie, drwiąc z niej, przypominając, że jej życie nie należy już do niej.
Ale jedno było pewne: jeśli miała wyjść za Juliana Blackwooda, nie odbędzie się to na jego warunkach.
Nie, skoro zmuszano ją do tego związku, zadba o to, by to ona pociągała za sznurki. To małżeństwo mogło być układem biznesowym, ale Isabelle Thorne nigdy nie pozwoli, by zrobiono z niej czyjąś marionetkę.