Arturo wykrzykuje moje imię, wyrywając mnie z myśli. Muszę pędem lecieć przez bar, żeby pomóc mu rozmontować kilka lóż i ustawić stół dla szesnastu osób.
— Boże — mruczę, niosąc jeden koniec ciężkiego stolika bistro z powrotem do pomieszczenia gospodarczego — myślałam, że jestem tu tak jakby... dla ozdoby.
— Wszyscy jesteśmy dla ozdoby — mruczy Arturo, niosąc drugi koniec, bardziej podenerwowany n
















