Perspektywa Mai
— Wszyscy schować telefony! — Głos profesora Vance'a był głęboki i poniósł się echem po całej arenie.
Nie mogłam się ruszyć; całe moje ciało zdrętwiało, gdy wpatrywałam się w zdjęcie na telefonie Jenny. Rozejrzałam się po arenie, napotykając mnóstwo ciekawskich i zszokowanych spojrzeń. Wszyscy patrzyli na mnie.
Sloane i jej koleżanka chichotały, posyłając mi zjadliwe spojrzenia.
— To jeden ze sposobów na awans… — usłyszałam jej mruknięcie.
Profesor Vance wyrwał telefon z ręki Jenny, by spojrzeć na zdjęcie; nawet nie zauważyłam, kiedy do nas podszedł. Jego szczęka drgnęła, gdy przyglądał się fotografii.
— To fatalny photoshop — powiedział, kręcąc głową i oddając Jennie telefon. — Wyraźnie widać kontury wokół mojego ciała. Ktoś bardzo mocno stara się rozpuszczać ohydne plotki.
Wszyscy oderwali wzrok ode mnie i zaczęli ponownie oceniać zdjęcie.
— Ma rację… to beznadziejny photoshop — wymruczał ktoś.
— Żałosne. Po co zadawać sobie tyle trudu, żeby rozpuszczać takie plotki? — dodał ktoś inny, kręcąc głową.
Usta Sloane zacisnęły się w wąską linię, gdy jej oczywisty plan legł w gruzach. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który drgnął w kąciku moich ust.
— Przez chwilę naprawdę pomyślałam, że pocałowałaś profesora Vance'a — zaśmiała się obok mnie Jenna, odwracając moją uwagę od Sloane. — Chociaż wcale bym się nie zdziwiła. Jest taki przystojny. Każda miałaby szczęście, mogąc go pocałować. Wiele kobiet tutaj o tym marzy.
— Naprawdę? — zapytałam, unosząc brwi. — Tylko dlatego, że jest przystojny?
— I dlatego, że jest bardzo młody; ma dopiero dwadzieścia trzy lata — wyjaśniła Jenna. Moje oczy się rozszerzyły; wiedziałam, że wygląda młodo, ale nie sądziłam, że aż tak. — Jest też najsilniejszym i najbardziej wymagającym profesorem w tej szkole. Czego można się spodziewać, skoro jest Alfą.
— Jest Alfą? — zapytałam ze zdziwieniem. Nie miałam pojęcia. W takim razie musi znać mojego ojca. Nie mogłam powstrzymać się od ponownego spojrzenia na profesora Vance'a, który był zajęty pokazywaniem nowym uczniom ruchów.
— Tak — odpowiedziała Jenna. — Z tego co wiem, jest Alfą Watahy Vanguard.
Wataha Vanguard.
To wataha, w której urodziła się moja matka; jej rodzice stamtąd pochodzili. Pamiętałam z dzieciństwa, że ich poprzednim Alfą był Victor, najpotężniejszy zmiennokształtny we wszechświecie.
Zastanawiałam się, jak Vance został ich Alfą.
Ta myśl szybko wyleciała mi z głowy, gdy zajęcia dobiegły końca.
— Umieram z głodu… — powiedziała Jenna, pakując swoje rzeczy. — Powinnyśmy pójść na lunch.
— Będę za chwilę — rzuciłam, zerkając przez ramię na Vance'a, który coś pisał w telefonie. Miał srogi wyraz twarzy, a jego brew lekko drgała. — Muszę o czymś porozmawiać z profesorem.
— Jasne — odparła Jenna, machając mi ręką. — To do zobaczenia za chwilę.
Odwróciła się i wyszła z areny wraz z innymi, zostawiając mnie samą z profesorem Vance'em.
— Panie profesorze? — odezwałam się, podchodząc bliżej. Oderwał wzrok od telefonu i spojrzał na mnie, mrużąc oczy. — Chciałam tylko powiedzieć, że przepraszam za to zamieszanie…
— Sprawa załatwiona — mruknął, pokazując mi ekran telefonu. — Usunęli zdjęcie.
Uniosłam brwi w szoku; to było niesamowicie szybkie. Widząc moją minę, na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
— Znam gościa, który prowadzi tę platformę — wyjaśnił. — Zdjął to bez pytań.
— Dziękuję — powiedziałam, czując przytłaczającą ulgę.
Chciałam się już odwrócić, ale jego głos mnie zatrzymał.
— Próbowałem sobie przypomnieć, skąd wydajesz mi się taka znajoma, a kiedy zobaczyłem, jak walczysz, zdałem sobie sprawę, kim jesteś — powiedział. Czułam jego wzrok na moich plecach i wiedziałam, jak intensywnie się we mnie wpatruje, zanim jeszcze odwróciłam się do niego twarzą. — Jesteś córką Alfy Marcusa.
To nie było pytanie.
Skinęłam głową.
— Zna pan mojego ojca?
— Jest jednym z najsilniejszych i najbardziej nieustraszonych Alf — powiedział Vance, a jego wyraz twarzy był trudny do odczytania. — Widać, że trenowałaś pod jego okiem.
— Przez całe życie — odparłam, patrząc w ziemię niemal nieśmiało. Nie wiedziałam, dlaczego nagle poczułam się zakłopotana. — Mój ojciec jest dla mnie wzorem… tak samo jak moja matka.
Nic na to nie odpowiedział; po prostu wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę. Wkrótce odwrócił się, by sprzątnąć swoje rzeczy. Stałam tam moment, nie wiedząc, co powiedzieć.
— Właściwie to mam w ten weekend przyjęcie urodzinowe — wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Jego ciało na moment napięło się, po czym spojrzał na mnie przez ramię. — Będzie mnóstwo Alf. Kończę osiemnaście lat, więc to będzie duża impreza w Arcadii. Jest pan oczywiście zaproszony. Wszyscy Alfowie są.
— Doprawdy? — Kolejny uśmieszek pojawił się na jego ustach, sprawiając, że moje serce zrobiło fikołka.
— Tak — odpowiedziałam, zadowolona, że mój głos nie drży. — Oczywiście nie musi pan przychodzić. Pomyślałam jednak, że przekażę zaproszenie.
Kiedy nic nie odpowiedział, uznałam to za znak do wyjścia. Odwróciłam się, czując się niezręcznie, i ruszyłam w stronę wyjścia.
— Czy mam coś przynieść? — zapytał, zanim zdążyłam wyjść.
Zatrzymałam się; oddech uwiązł mi w gardle.
— Tylko siebie — powiedziałam, natychmiast żałując, jak słabo to brzmiało.
Wyszłam bez słowa.
…
— Nie mogę uwierzyć, że moja córka kończy osiemnaście lat — westchnęła mama, zamykając mnie w ramionach. Uśmiechnęłam się w jej uścisku. Dobrze było być w domu po kilku tygodniach mieszkania w akademii.
Akademia Alden znajdowała się około godziny jazdy od Arcadii, więc musiałam mieszkać w akademiku. Starałam się jednak wracać do domu na większość weekendów.
— Jak się czujesz? Jakieś zmiany? — zapytał ojciec, uważnie mi się przyglądając.
Zastanowiłam się przez chwilę; zazwyczaj, gdy wilk miał się pojawić, można było to poczuć.
Pokręciłam głową, wzdychając z rezygnacją.
— Czuję się tak samo — odpowiedziałam. — Może w ogóle nie dostanę wilka.
— Nawet tak nie mów — skarciła mnie mama z troską. — Dostaniesz swoją wilczycę i będziesz silniejsza niż kiedykolwiek.
— Twoja matka ma rację, Majeczko — wtrącił ojciec. — Masz to w DNA.
Wiedziałam, że mają rację; po prostu byłam niecierpliwa. Tak bardzo pragnęłam swojego wilka, że doprowadzało mnie to do szaleństwa. Miałam nadzieję, że gdy go zyskam, będę mogła poczuć swojego mate i wymazać zdradę Setha z pamięci.
Popatrzyłam na rodziców, którzy tak bardzo się kochali; to ścisnęło mnie za serce. Nawet po tym wszystkim, co przeszli w życiu, zawsze stali przy sobie. Ojciec mawiał, że więź mate to najsilniejsza forma partnerstwa.
Udowadniał to wielokrotnie; nawet gdy mama się odsuwała, on zawsze o nią walczył. Nigdy się nie poddał. Kochał ją bezwarunkowo, co ogromnie podziwiałam.
Pragnęłam tego bardziej niż czegokolwiek innego.
Ale bez wilka czułam, że to niemożliwe.
— Goście niedługo zaczną przyjeżdżać, Majeczko — powiedziała mama, posyłając mi czuły uśmiech.
Obejrzałam się w lustrze ostatni raz; miałam na sobie jedwabną różowo-czarną sukienkę, która sięgała mi do kolan. Ojciec poszedł już przywitać niektórych Alfów, którzy dotarli wcześniej. Mama stała za mną, patrząc z miłością i łzami w oczach.
— Wiesz, że jestem z ciebie taka dumna — szepnęła, obejmując mnie i mocno przytulając.
Byłyśmy do siebie bardzo podobne; miałam jej ciemne włosy i jasne rysy twarzy. Co najważniejsze, miałam jej oczy Luminy. Jedno fioletowe, drugie niebieskie.
Puściła mnie i wzięła pod ramię, prowadząc w stronę drzwi sypialni. Słyszałam już gości gromadzących się w holu domu watahy.
— Och, zapomniałam wspomnieć. Zaprosiłam też mojego profesora — powiedziałam. Zatrzymała się na moment i spojrzała na mnie. — Właściwie to on jest Alfą Watahy Vanguard. Vance.
Uniosła brwi.
— Alfa Vance jest twoim profesorem? — zapytała. Nie brzmiała na niezadowoloną, raczej na zaskoczoną. — Nigdy nie brałam go za kogoś, kto chciałby uczyć.
— Znasz go dobrze? — zapytałam, patrząc na nią z zaciekawieniem.
Zastanowiła się przez chwilę przed odpowiedzią.
— Na tyle, na ile to możliwe, przypuszczam. Jest synem poprzedniego Alfy Vanguard, Victora.
















