Księżyc nasyca wierzchołki drzew, aż jego srebrzyste światło wykrwawia się, powoli i gęsto, na kępy miękkiej trawy. W lesie panuje cicha noc; nawet wiatr nie szepcze w ciemności. Nie słychać szelestu małych zwierząt mknących w mroku, uciekających przed zagrożeniami nocy. Nie ma liści szemrzących na wietrze, cichego trzepotu skrzydeł zrywających się do lotu, pohukiwania sów – tylko absolutna, wszechobecna cisza. A potem ciche tąpnięcie. I kolejne. I jeszcze dwa. Ciche uderzenia miękkich łap o trawę, rytmiczne i miarowe, niczym bicie bliźniaczych serc, które kruszą ciszę i zalewają noc.
Kroki są miękkie i ostrożne, metodyczne i pewne. Jeden zestaw jest cięższy od drugiego: samiec i samica kłusujący w cieniu. Przecinają plamę światła księżyca między drzewami i na ułamek sekundy ich obecność zostaje ujawniona: dwa wilki. Srebrzyste futro lśni w blasku księżyca, oczy płoną błękitem zimnej determinacji, a nosy wciągające powietrze są jedynym narzędziem, jakie mają, by nawigować w ciemności. A potem znikają, z powrotem w cieniu.
Gdy wilki posuwają się naprzód w mroku, zapach lasu zaczyna się zmieniać. Znajoma woń sosny, dębu i klonu miesza się z subtelnym aromatem spalonego drewna. Ogień, myśli samica i zatrzymuje się, spoglądając na samca. On odpowiada krótkim skinieniem głowy na znak potwierdzenia. Wie. Samica bierze głęboki wdech przez nos i delektuje się powietrzem. Większość nocnych stworzeń leśnych ukrywa się w swoich norach, a ona potrafi je wyczuć. Niektóre są pod ziemią, inne chowają się w koronach drzew, kilka pod skałami. Jeśli się skoncentruje, poczuje ich zapach, usłyszy bicie serc, zrabuje ich kryjówki, skręci im karki, zje je w całości. Ale nie po to ona i jej brat tu dziś przybyli. Tej nocy stworzenia te nie są z ich strony zagrożone.
Samiec zatrzymuje się na skraju polany. Patrzy na samicę, a ona podchodzi do niego kłusem. Bierze kolejny głęboki oddech, powoli smakując powietrze. Człowiek, myśli, a gdy tylko to słowo przemyka jej przez głowę, z jej gardła wydobywa się niski, powolny warkot, a sierść na karku się jeży. Samiec trąca ją pyskiem i samica się rozluźnia. Ona wie. On też ich nienawidzi. Wymieniają spojrzenia, po czym ona zwraca głowę na wschód, tam, skąd czuje zapach ognia. Samiec przytakuje. Zaczynają kłusować szybciej w stronę woni.
Był czas, kiedy oboje uciekaliby w przeciwnym kierunku na ten zapach. Czas, kiedy woń ognia i popiołu w nocy zwiastowała jedynie śmierć, ból i zatracenie. Czas, kiedy ogień sprawiał, że wszystkie ich koszmary stawały się rzeczywistością. Już nie. Po tych wszystkich latach, po całym bólu, stracie i całej tej krwi, zapach palonego drewna i ludzkiego mięsa był niczym innym jak zwiastunem sprawiedliwości.
Noc jest zimna, widzą własne oddechy. Im silniejszy staje się zapach ognia i ludzkiego ciała, tym szybsze staje się ich tempo. Im szybciej biegną, tym większe hausty lodowatego powietrza ona wciąga i tym bardziej czuje, że żyje. Teraz pędzi już z pełną prędkością, a samiec z trudem dotrzymuje jej kroku. Przypomina jej to dzieciństwo, tam w domu, kiedy rodzice baraszkowali z nimi w lesie i czuli się bezpiecznie. Zawsze bezpiecznie. W czasach, zanim dowiedziała się, co oznacza ogień i proch strzelniczy. Przestań, mówi do siebie. Nie myśl, po prostu biegnij. Ich kroki są tak szybkie, że brzmią, jakby tętno lasu składało się z tysiąca koni, i narasta ono, gdy pędzą, by dotrzeć do obozowiska.
Nagle samiec się zatrzymuje. Patrzy w stronę wzgórza kąpanego w blasku księżyca. Samica wydaje cichy warkot, jakby się z nim nie zgadzała, ale samiec nadal wpatruje się w zbocze. W końcu samica głośno wypuszcza powietrze i przytakuje. Samiec rusza w stronę wzgórza, a ona idzie za nim.
Gdy docierają na szczyt, księżyc ukazuje ich w pełnej krasie. Samica wzdycha, czując, jak miękkie światło ją karmi. Wzmacnia jej zmysły, determinację i – owszem – wściekłość. Podąża za wzrokiem samca. Obozowisko znajduje się poniżej, nie dalej niż tysiąc kroków od podnóża wzgórza. Otaczają je gęste drzewa. Samiec patrzy na nią. Ona przytakuje i oboje pędzą w dół. On zmaga się, by ją dogonić. Ich kroki, niegdyś rytmiczne i uporządkowane, są teraz pośpieszne i chaotyczne.
Wilki kryją się w cieniach drzew. Ich szare futro, niegdyś srebrzyste i lśniące w blasku księżyca, teraz pomaga im zmienić się w duchy ciemności. Samiec uspokaja oddech, a samica idzie w jego ślady. Muszą czekać. Muszą ocenić sytuację. Przestudiować teren. Przeliczyć wszystko. Samica prowadzi ku skrajowi lasu. Lekka zmiana wiatru przynosi nowe zapachy; czuje sfermentowane zboże, to, co ci ludzie nazywają piwem. Powietrze jest pełne resztek zwęglonego zwierzęcego mięsa, zaschniętej krwi i świeżej krwi ich pobratymców. Ostatni podmuch wiatru przynosi ostateczny dowód: proch strzelniczy. Myśliwi, myśli samica i znów zaczyna warczeć. Samiec podchodzi do niej i kładzie miękką łapę na jej barku. Odwraca się do niego i szczerzy zęby. On odwarkuje. Ona ustępuje.
Samiec rusza biegiem w stronę najgęstszej części lasu, a ona udaje się w przeciwnym kierunku. Wciąż go czuje i wie dokładnie, gdzie on jest – niedaleko, po przeciwnej stronie obozu, powoli krąży w mroku. Sama zaczyna obchodzić obwód. Głosy mężczyzn rozdzierają ciszę nocy. Śmieją się i rozmawiają o swoich dzisiejszych łupach.
– Zamontuję jego łeb na ścianie obok innych trofeów – mówi jeden.
– Hej, podaj mi piwo – odpowiada najmłodszy w grupie.
– On jest za młody – oponuje pierwszy myśliwy.
– To pierwsze polowanie chłopaka, stary, daj mu się napić.
Dzieci. Sprowadzają teraz swoje dzieci, by uczestniczyły w tym okrucieństwie, myśli, zaciskając zęby. Potwory. Tworzą kolejne potwory. Chęć interwencji jest silna, ale wie, że to jeszcze nie czas.
– Dobrze się bawiłeś, dzieciaku, co? – mówi mężczyzna, podając butelkę młodemu. Chłopiec bierze ją i pociąga łyk.
– Pij jak mężczyzna, młody. To był twój pierwszy upolowany zwierz! – mówi mężczyzna, który podał chłopakowi piwo, i klepie go po ramieniu. Mężczyźni wybuchają śmiechem, opowiadając historie o innych przygodach, innych polowaniach. Innych masakrach.
Patrzy na obozowisko i zdaje sobie sprawę, że namiotów jest więcej niż pijących mężczyzn. Muszą spać, miejmy nadzieję, że pijani. Okrąża obóz, licząc każdy krok, mierząc jego wielkość. Widzi samca stojącego naprzeciwko. Czy on też ich słyszał? Czy słyszał, jak biesiadują i świętują rzeź wilków, ich krewnych?
– Więc, jakie masz plany na powrót do miasta, młody? – pyta inny dorosły mężczyzna. – Zaimponujesz pannom tym, co dzisiaj ubiłeś – mężczyzna śmieje się i klepie dzieciaka po ramieniu tak mocno, że ten pochyla się do przodu i niemal upuszcza piwo. Chłopak uśmiecha się, biorąc kolejny długi łyk z butelki, i wzrusza ramionami. Mężczyźni piją dalej, świętując swoje sukcesy. Wszyscy zapewniają chłopca, że pewnego dnia on też będzie miał blizny jak oni i świetne opowieści do kompletu.
Liczy mężczyzn pijących przy ogniu. Jest ich sześciu, wliczając chłopca. Liczy namioty: osiemnaście. To oznacza, że duża liczba myśliwych jest nieobecna przy ognisku. Czy są pijani i śpią, czy może to ten rodzaj myśliwych, którzy lubią zachować trzeźwość umysłu i kładą się spać przed tymi całymi pijackimi bzdurami?
Widzi samca, swojego brata, jak cicho podchodzi do niej w cieniu. Patrzy na niego, a on przytakuje. To już czas, dociera do niej. Ociera się pyskiem o brata i wtula pysk w jego ucho. Bądź bezpieczny, modli się – do kogo? Nie jest pewna, ale robi to za każdym razem: bądź bezpieczny.
Jej brat wkracza w światło. Mężczyźni są zbyt pijani, by go zauważyć. Piją i opowiadają historie o swoich łupach, nie racząc rozejrzeć się, co dzieje się poza kręgiem światła ogniska.
Używa telepatycznej więzi łączącej ją z bratem: Zaraz świt. Musimy zaatakować.
On przytakuje. Użyjemy słońca przeciwko nim, odpowiada głos brata w jej głowie.
Jak zawsze, myśli i uśmiecha się drwiąco.
Widzi, jak tylne nogi jej brata napinają się. Jest gotowy do skoku i tuż przed tym, jak to robi, następuje na grubą gałąź, wywołując ogłuszający trzask, który niesie się echem w nocy. Biegnie w przeciwnym kierunku tak szybko, że ledwo dostrzega szarą smugę. Wtedy wszystko dzieje się błyskawicznie: wszyscy mężczyźni spoglądają w stronę hałasu, jeden z nich szepcze: „Co u diabła...”, a to jest jej sygnał, by wkroczyć w światło.
Rzuca się w wir walki bez opamiętania. Jej zęby i pazury poruszają się same, a ona może jedynie słuchać. Słucha krzyków myśliwych niosących się w nocy. Jeden z mężczyzn wychodzi z namiotu z bronią. Celuje w nią, ale właśnie wtedy widzi, jak jej brat wyłania się z mroku i powala go na ziemię. Karabin upada, a krew mężczyzny powoli rozlewa się wokół niego. Jej brat już zniknął, ruszył do następnego namiotu. Mężczyźni rozbiegają się, szukając po omacku broni. Krzyczą i miotają się po obozie. Gdy ognisko przygasa i mrok pochłania obozowisko, krzyki myśliwych i wystrzały niosą się echem przez las.
















