Wiadomość o śmierci Seraphiny Vance była tak niedorzeczna, że początkowo nikt w nią nie uwierzył.
– Złego diabli nie biorą – mówili ludzie. I jeśli ktokolwiek stanowił żywy dowód na prawdziwość tego porzekadła, była to właśnie Seraphina Vance.
Zazdrosna, kłamliwa, intrygancka kobieta z koszmarów – tak toksyczna, że wręcz ociekała jadem. Jak ktoś taki mógł po prostu paść trupem? To nie miało sensu.
Większość zbyła to machnięciem ręki jako kolejną z jej gierek mających przyciągnąć uwagę. Typowa Seraphina. Przez lata wywinęła wystarczająco dużo numerów, by wszyscy jedynie przewrócili oczami i przeszli nad tym do porządku dziennego.
Dokładnie w tej samej chwili Victoria Vance, matka Seraphiny, szukała w sklepach sukienki urodzinowej. Jednak nie dla Seraphiny. O nie, to było dla Chloe Vance – adoptowanej córki Victorii.
Z Chloe nie łączyły jej nawet więzy krwi; została podmieniona po urodzeniu i wychowana jako Vance'ówna. Victoria uwielbiała ją, jakby była jej własnym ciałem i krwią. A może nawet bardziej.
Seraphina? Ona też miała urodziny. Nie żeby Victorię to obchodziło. Całkowicie o nich zapomniała, dopóki służąca nie szepnęła jej przypomnienia. Z irytacją wzdychając, Victoria chwyciła jakiś przypadkowy wieszak z sukienką i rzuciła ją do koszyka. „Chloe i tak by tego nie założyła” – pomyślała. „Równie dobrze mogę dać to Seraphinie”.
Zero poczucia winy. Zero wahania. Victoria nie była typem kobiety, która dręczyłaby się faworyzowaniem jednego dziecka kosztem drugiego.
Tydzień wcześniej dom Vance'ów przypominał pole bitwy. Victoria nigdy nie była zżyta z Seraphiną.
Szczerze mówiąc, Seraphina sprawiała, że trudno było ją kochać, z tym jej wiecznymi dąsami i ciągłymi dramatami. Wypadała blado na tle Chloe – uroczej, pełnej gracji i ulubienicy wszystkich.
Dla Victorii Chloe była córką idealną. Seraphina stanowiła zaledwie gniewny cień, który nie mógł znieść ciągłego pomijania. A kiedy w końcu pękła, skończyło się to katastrofą.
Nasłała na Chloe jakąś bandę zbirów, by zagonili ją w kozi róg – tylko po to, by ją nastraszyć. Ale wszystko potoczyło się nie tak.
Chloe rzuciła się w stronę ulicy i otarła ramię o przejeżdżający samochód. To nie było poważne obrażenie, ale sam widok krwi wprawił Victorię w furię.
– Co jest, do cholery, z tobą nie tak?! – wrzasnęła Victoria, nie pozwalając Seraphinie nawet niczego wyjaśnić.
Seraphina wpadła w panikę. Im głośniej krzyczała Victoria, tym bardziej była zdesperowana. Wtedy, w przypływie kompletnego załamania, Seraphina chwyciła za nóż i podcięła sobie żyły.
Krew kapała na podłogę, podczas gdy ona krzyczała: – Czy to ci wystarczy?! Tego właśnie chcesz? Mam po prostu za nią umrzeć?!
Nawet to nie zmiękczyło Victorii. Wybuch Seraphiny wzbudził w niej jedynie jeszcze większe obrzydzenie. – Potrzebujesz pomocy – rzuciła chłodno, ledwie zaszczycając krew spojrzeniem. – Twoja siostra nigdy nie odwaliłaby takiego gówna.
Te słowa? Zniszczyły Seraphinę. Przez całe życie walczyła o to, by przynależeć, by udowodnić, że jest dla nich ważna. Ale bez względu na to, jak bardzo się starała, zawsze była wyrzutkiem.
A teraz Victoria planowała ogromne przyjęcie urodzinowe dla Chloe – głośne, błyszczące przypomnienie, że Seraphina jest kimś gorszym, nieważnym.
Ale Seraphina nie dożyła tego przyjęcia. Odeszła. Zginęła w wybuchu samochodu, który wcale nie był wypadkiem.
Złoci chłopcy z rodziny Vance'ów, siedmiu jej braci, było z nią w samochodzie. Wszyscy odurzeni i zamknięci w środku, podczas gdy dym gęstniał.
Chloe zdołała przecisnąć się przez okno, zapłakana i roztrzęsiona. Ale Seraphina? Została. Jakimś cudem utrzymała przytomność na tyle długo, by wyciągnąć swoich braci, jednego po drugim, resztkami sił, które w niej pozostały.
Gdy ostatni z braci był już bezpieczny, zawróciła po swojego pluszowego misia. Głupie, prawda? Taka bezsensowna mała rzecz, której nie potrafiła zostawić. Ale ciało odmówiło jej posłuszeństwa, zanim zdołała uciec.
Opadła na tylne siedzenie, krztusząc się dymem, zbyt słaba, by się ruszyć.
Przez opary dymu dostrzegła, jak jej bracia się budzą. Zalała ją fala ulgi. Przynajmniej byli bezpieczni. Ale po chwili zobaczyła, jak przebiegają tuż obok niej. Prosto do Chloe.
Rzucili się jej na szyję, przerażeni, sprawdzając, czy nie ma obrażeń. Żaden z nich nawet nie spojrzał na Seraphinę.
– Seraphina nadal jest w samochodzie! – zaszlochała Chloe, a łzy spływały jej po twarzy. – Co z nią?
Declan, najstarszy z nich, odwrócił się w stronę płonącego samochodu. – Nie martw się o to – powiedział zimnym, lekceważącym tonem. – Pewnie uciekła. Ktoś taki jak ona nie dba o nikogo poza sobą.
Seraphina spędziła całe życie, będąc niezrozumianą. Powinna się już do tego przyzwyczaić. Ale nawet w jej ostatnich chwilach bolało to jak diabli.
Nigdy nie dostrzegli, kim naprawdę była. Widzieli tylko zgorzkniałą, zazdrosną kobietę, o której myśleli, że nie znosi swojej siostry.
Palce Seraphiny zacisnęły się na starym, podniszczonym pluszowym misiu – jedynej rzeczy, której kurczowo trzymała się przez całe życie. Zabawne było to, że ten miś wcale nie należał do niej. Pierwotnie był własnością Chloe.
Bracia wręczyli go Seraphinie dopiero wtedy, gdy Chloe już go nie chciała. Jak jakiś odpadek. Ale dla Seraphiny nie był to tylko miś. Był dla niej wszystkim. Nosiła go ze sobą wszędzie, trzymając się go, jakby w jakiś sposób mógł posklejać jej rozpadające się życie.
Jej rodzina pewnie uważała, że jest żałosna. Cholera, może mieli rację. Ale to nie przywiązanie do tego głupiego misia czyniło Seraphinę tak naprawdę tragiczną postacią.
Była nią ślepa, desperacka nadzieja, którą nosiła w sercu – że pewnego dnia, być może, w końcu ją pokochają.
Dopiero na samym końcu, leżąc z płucami wypełniającymi się dymem, w blaknącym świecie, Seraphina ostatecznie zrozumiała: nigdy jej nie kochali.
I nigdy nie pokochają. A jednak wciąż nie mogła powstrzymać się od myśli: „Czy mama zapłacze, gdy się dowie? Czy pożałuje tych słów, które wypowiedziała? Czy moi bracia poczują chociaż krztynę winy, gdy zorientują się, co dla nich zrobiłam?”.
Ale nikt się nie obejrzał. Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, by spojrzeć wstecz na dziewczynę wciąż uwięzioną w płonącym samochodzie.
Jej bracia, ci, dla których poświęciła wszystko, obejmowali Chloe, szlochając z ulgi, że nic jej nie jest.
Chloe była jedyną osobą, która się dla nich liczyła. Seraphina? Nikt nawet nie rzucił jej drugiego spojrzenia.
I takie właśnie było życie Seraphiny Vance. Zapomniane. Niekochane. I w ostatecznym rozrachunku całkowicie pozbawione znaczenia.
Ale Seraphina poprzysięgła sobie, że jeśli istnieje następne życie, postąpi inaczej. Koniec z błaganiem. Koniec z poświęcaniem się dla ludzi, których to nic nie obchodzi.
Gdy jej oczy zamknęły się po raz ostatni, ujrzała go – swój grób. Jej imię wyryto w chłodnym szarym kamieniu w otoczeniu róż. Róż, które zawsze kochała za ich kruche piękno.
Przed jej grobem klęczał mężczyzna. Czoło opierał o kamień, a jego ramiona drżały. Łzy spływały po jego twarzy – łzy, o których nikt by nie pomyślał, że ktoś taki jak on mógłby je w ogóle ronić.
Tym mężczyzną był Alaric Sterling. Dziedzic nietykalnej rodziny Sterlingów. Dyrektor generalny potężnej Grupy Sterling. Zawsze opanowany, zawsze w pełni kontrolujący sytuację. Typ faceta, który jednym spojrzeniem potrafił uciszyć całe pomieszczenie. Zawsze miał wszystko poukładane. Ale teraz był po prostu załamany.
Seraphina od zawsze kochała róże, choć ludzie lubili nazywać je zamiennikami kamelii. Dokładnie tak, jak ona spędziła swoje życie, będąc jedynie zastępstwem. Cieniem.
Żyła w cieniu Chloe Vance, adoptowanej córki jej rodziny. Chloe: uwielbianej przez wszystkich, której tak wielu zazdrościło. Chloe: dziewczyny, którą każdy chciał być.
Największym żalem Seraphiny nie było to, że nie błyszczała wystarczająco jasno. Żałowała, że sama z własnej woli pozwoliła przygasnąć swojemu blaskowi. Pogrzebała własne światło, zdusiła swoje talenty i zdławiła duszę, a wszystko to po to, by zyskać choć odrobinę miłości od swojej rodziny.
Uczyniła z samej siebie postać drugoplanową w cudzej historii, w nadziei na światło reflektorów, które nigdy na nią nie padło.
Gdyby mogła przeżyć to wszystko od nowa, postąpiłaby inaczej. Już nigdy przed nikim nie schyliłaby głowy i dla nikogo nie stępiłaby swoich pazurów. Nigdy więcej nie walczyłaby o aprobatę ludzi, którzy i tak by jej nie dostrzegli. Skończyła z uganianiem się za uczuciem, którego w ogóle tam nie było.
Głos Alarica przerwał ciszę – szorstki i drżący. – Seraphino, byłaś taka kurwa głupia.
A gdzieś w głębi duszy Seraphina musiałaby przyznać mu rację.
Jego trzęsąca się dłoń przeczesała włosy, gdy ponownie wyszeptał: – Dlaczego, do cholery, to zrobiłaś? Dlaczego poświęciłaś wszystko dla ludzi, których to zupełnie nic nie obchodziło?
Głos mu się załamał, a każde z trudem wypowiadane słowo zdawało się rozrywać go od środka. – Ale nie martw się. Zmuszę ich, by za to zapłacili. Co do jednego.
To było wszystko, co mu pozostało, by jej to ofiarować. Zemsta.
Nikt się tego nie spodziewał. Nikt nie przypuszczał, że Alaric Sterling, złoty chłopak o perfekcyjnym życiu, przekroczy dla niej wszystkie granice. A jednak to zrobił. Zaplanował wszystko – wypadek samochodowy i jego następstwa. Wszystko dla niej.
Mężczyzna, który niegdyś był uosobieniem samokontroli, stał teraz skąpany we krwi. Jego nieskazitelny garnitur został zniszczony, a ciemnoczerwone plamy rozlewały się po materiale niczym cienie.
Jego twarz przypominała maskę – zimną, nieustępliwą – kiedy wkraczał do mrocznej piwnicy. Wyglądał przerażająco, w każdym calu przypominając człowieka pochłoniętego przez żądzę zemsty.
Jednak gdy jego wzrok padł na trumnę stojącą pośrodku pomieszczenia, wszystko w nim zmiękło. Jego oczy wypełniły się obnażonymi emocjami; uklęknął powoli, jakby kłaniał się przed czymś świętym.
Policja przeczesywała miasto, polując na niego, ale Alaric wcale się tym nie przejmował. Życie i śmierć przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie w chwili, gdy zabrakło Seraphiny.
Grób, w którym ją pochowano, był kłamstwem. Wewnątrz spoczywała jedynie pusta sukienka. Prawdziwe ciało Seraphiny leżało właśnie tutaj, nietknięte, zakonserwowane w trumnie, którą zbudował wyłącznie dla niej.
Głos Alarica drżał. – Seraphino, dokonałem tego – wyszeptał. – Pomściłem cię.