Alaric trzymał martwe ciało Seraphiny w ramionach, jego uścisk był zdesperowany, a twarz wtulona w jej twarz, jakby wierzył, że w ten sposób zdoła przywrócić ją do życia. – Seraphino, w tym życiu ledwie daliśmy radę być razem. Ale w następnym... przejdziesz przez tę drogę ze mną?
– Pamiętasz jeszcze, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy? Świat ma mnie za świętego – spokojnego, szlachetnego, nietykalnego. Ale oni mnie nie znają. Nie wiedzą, że jestem obsesyjny, kontrolujący i bezlitosny.
– Gdyby wiedzieli, uciekliby. I szczerze mówiąc, nie winię ich za to. Wszyscy inni tak właśnie zrobili – wszyscy poza tobą. Ty byłaś moim jedynym wyjątkiem. Moim jedynym spokojem.
– Ale bałem się. Byłem przerażony jak cholera. Wiedziałem, że jeśli pozwolę sobie cię mieć, to nigdy cię nie puszczę. Bałem się, że zrujnuję cię, zaduszę, że zniszczę cię tym, jaki jestem.
– Więc trzymałem się z daleka. Myślałem, że utrzymywanie dystansu wystarczy. Myślałem, że mogę cię kochać w milczeniu. Ale to też okazało się jednym wielkim pieprzonym kłamstwem.
– Seraphino... kocham cię. – Pocałował ją w czoło z delikatnością i nabożną czcią, jakby wciąż żyła, jakby wciąż była jego.
Mijały lata. Dekady. Stulecia. Czas płynął nieubłaganie, lecz opowieść o dwojgu kochankach nie wyblakła. Ich szczątki, splecione w śmierci tak, jak pragnęli tego za życia, obróciły się w proch.
Kolejne pokolenia rodziny Sterlingów, znając prawdę o wyborze Alarica, pochowały ich prochy razem w rodzinnym grobowcu przodków.
Wszyscy znali prawdę: Alaric Sterling opuścił ten świat z Seraphiną Vance. A w śmierci stali się nierozłączni, na zawsze ze sobą związani.
Jednak dusza Seraphiny nie zaznała spokoju. Dryfowała w bezkresnej ciemności, zagubiona, odwiązana od wszystkiego, nie mając dokąd pójść.
Dopóki w tej pustce nie rozległ się głos. Spokojny, opanowany i niepokojąco wyraźny zapytał: – Seraphino Vance, czy pragniesz odmienić swój los?
Bez chwili wahania Seraphina odpowiedziała: – Tak.
Głos przemówił ponownie, stanowczo i zdecydowanie. – Bardzo dobrze. Odsyłam cię z powrotem. Powodzenia.
Zanim zdołała pojąć, co się dzieje, ciemność pochłonęła ją w całości. Kiedy Seraphina ponownie otworzyła oczy, odkryła, że leży na szpitalnym łóżku.
Sterylny zapach środka antyseptycznego wypełniał powietrze, a w pokoju panowała grobowa cisza. Bolały ją nadgarstki. Spojrzała w dół i zobaczyła grube bandaże, które ciasno je owijały, oraz świeże nacięcia nałożone na wyblakłe blizny. Ten widok był dręcząco znajomy.
Żyła. Znów w swoim dziewiętnastoletnim ciele.
Seraphina wpatrywała się w sufit, a jej myśli wirowały, gdy w końcu dotarło do niej to odkrycie. Została rzucona z powrotem na sam początek – z powrotem do momentu, w którym jej życie zaczęło się sypać. Z powrotem do roku, w którym poznała okrutną prawdę: wcale nie była byle kim.
Była prawdziwą córką rodziny Vance'ów, prawdziwą „dziedziczką” w oklepanej historii o podmienionych po narodzinach dzieciach. Ale zamiast objąć rolę ukochanej głównej bohaterki, została wpisana w tę historię jako czarny charakter, „zła postać poboczna”.
Tymczasem Chloe Vance, fałszywa dziedziczka, była wszystkim tym, czym Seraphina nie była: uwielbianą, doskonałą, nietykalną.
Chloe była złotym dzieckiem. Słońcem, wokół którego kręcili się wszyscy. Rodzice ją kochali. Bracia ją rozpieszczali. Mężczyźni oddawali jej cześć. Fani ją idolizowali.
Nie była tylko ulubienicą rodziny Vance'ów – była główną bohaterką. Królową. Absolutną zwyciężczynią życia. Każdą fantazją o spełnieniu marzeń, zamkniętą w jednym nieskazitelnym opakowaniu.
A Seraphina? Seraphina była workiem treningowym, czarnym charakterem, który miał sprawić, że Chloe będzie lśnić jeszcze jaśniej.
W jej głowie pulsował ból, a zanim zdążyła zebrać myśli, w jej umyśle rozległ się zimny, mechaniczny głos.
– Witaj, nosicielko. Jestem twoim Książkowym Elfem i przybywam, by poprowadzić cię przez tę drobną przygodę. Moje zadanie jest proste: pomóc ci napisać twoją historię na nowo i odzyskać życie, na które zasługujesz. Nie jestem tu po to, by zgrywać miłego albo okrutnego – mam być jedynie sprawiedliwy. – Głos Książkowego Elfa brzmiał jedwabiście.
Następnie, z cichym, niemal rozbawionym chichotem, kontynuował: – Jeśli pragniesz odmienić swój los, będziesz musiała ukończyć następujące zadania główne.
– Ostrzeżenie: Wszelkie odstępstwa od oryginalnej fabuły powieści mogą skutkować surowymi konsekwencjami.
– Zadanie 1: Zjednaj sobie swoich braci. Przemień ich nienawiść w podziw.
– Zadanie 2: Zdemaskuj Chloe Vance jako manipulacyjną oszustkę, którą w rzeczywistości jest. Oczyść swoje imię i spraw, by twoi bracia pożałowali wszystkiego. Zmuś ich, by błagali cię o przebaczenie.
– Zadanie 3: Spraw, by ci, którzy cię skrzywdzili, zakochali się w tobie. Zajmij miejsce Chloe jako prawdziwa zwyciężczyni życia.
Seraphina zamrugała zszokowana. Potem wyrwał jej się ostry, gorzki śmiech. „To ma być moja druga szansa? Po co? Żebym znów płaszczyła się o aprobatę tych samych ludzi, którzy mnie zrujnowali?
Żebym marnowała życie na udowadnianie swojej wartości ludziom, których nigdy nic nie obchodziłam? Żebym walczyła o jakiś gówniany tytuł »zwyciężczyni«? Jasne, nie, dziękuję”.
Jej wargi wykrzywiły się w kpiącym uśmiechu. „Co za żart”. Nie potrzebowała ich miłości. Nie potrzebowała ich aprobaty. I z pewnością nie zamierzała walczyć z Chloe o koronę, której w ogóle nie chciała.
Drzwi do szpitalnej sali otworzyły się z impetem, a do środka wkroczyła wysoka sylwetka. W progu stanął Declan Vance; jego brwi były ściągnięte, a twarz mroczna niczym burzowa chmura.
Tuż za nim weszli Richard Vance i Victoria Covington – biologiczni rodzice Seraphiny.
Seraphina nie musiała nawet zgadywać, po co tu przyszli. Zawsze chodziło o to samo. Przyszli ją zganić, a wszystko to dla ich drogocennej Chloe.
W swoim poprzednim życiu przeżyła tę samą scenę tyle razy, że dawno straciła rachubę. Nie musiała nawet znać szczegółów – nie miały one znaczenia. Zawsze chodziło o to, że to ona zawiniła, że to ona nie potrafi zaakceptować Chloe, że to ona stanowi problem.
Głos Declana przeciął ciszę z lodowatym chłodem. – Seraphino, czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłaś? Jeśli przyznasz się do błędu i przeprosisz moją siostrę, być może pozwolę ci tu zostać, zamiast odsyłać cię z powrotem na prowincję.
– Ale nie myśl, że ujdzie ci to na sucho. Musisz zostać ukarana – w tej rodzinie muszą panować zasady, a ty wymykasz się już spod wszelkiej kontroli.
Zmrużył oczy. – Przemyśl to bardzo ostrożnie.
„Moja siostra”. Sposób, w jaki to powiedział, nie pozostawiał miejsca na żadne wątpliwości. Nie postrzegał Seraphiny jako swojej siostry. To Chloe była jego rodziną. Seraphina? Niezbyt.
Być może Seraphina była ich prawdziwą dziedziczką na mocy więzów krwi, ale dla jej rodziców i siedmiu idealnych braci nie miała ona żadnego znaczenia. Nie byli zainteresowani uznaniem jej, a co dopiero akceptacją.
Chloe, z kolei, była dumą i radością rodziny.
Victoria mogła odczuwać niewielkie poczucie winy wobec Seraphiny, ale ta wina była niczym w porównaniu z jej obsesją na punkcie chronienia Chloe. Chloe była dumna, niezwykle wymagająca i stanowiła dla rodziny prawdziwą złotą dziewczynę.
Victoria żyła w nieustannym strachu, że powrót Seraphiny mógłby w jakiś sposób zranić uczucia Chloe albo zachwiać jej pozycją w rodzinie.
Dlatego też nigdy nie ujawnili prawdziwej tożsamości Seraphiny. Dla świata – a nawet dla służby – Seraphina była jedynie dzieckiem jakichś ubogich krewnych, którą tak „wspaniałomyślnie” wzięli pod swój dach.
Służba w to wierzyła. Traktowali Seraphinę jak obywatelkę drugiej kategorii, kogoś, kogo nie trzeba było darzyć szacunkiem.
Dawna Seraphina znosiła to wszystko z pokorą. Snuła się z opuszczoną głową, robiąc absolutnie wszystko, co w jej mocy, by ich zadowolić, desperacko pragnąc ich aprobaty.
Nawet gdy bracia zabronili jej zwracać się do nich „bracie” w miejscach publicznych, trzymała się kurczowo nadziei, że jeśli nadal będzie się starać, w końcu ją zaakceptują.
I przez moment nawet zdawało się, że tak zrobili. Ale wtedy Chloe zaczynała płakać, albo cokolwiek szło nie tak, i cały jej wysiłek szedł na marne.
Za każdym razem oskarżali ją o zazdrość, o nienawiść do Chloe za to, że tamta była bardziej kochana.
W poprzednim życiu Seraphina nie potrafiła pojąć, dlaczego zawsze wydawało się, że wszystko układa się po myśli Chloe, dlaczego każda sytuacja ostatecznie obracała się przeciwko niej. Teraz, bogatsza o znajomość oryginalnej powieści, wreszcie zrozumiała.
Chloe wcale nie była aniołem. Była mistrzynią manipulacji, profesjonalistką w graniu niewiniątka, podczas gdy zgrabnie przeinaczała narrację tak, aby zawsze działała na jej korzyść.
I jakimś cudem ta manipulująca intrygantka była główną bohaterką tej historii? Seraphina nie mogła powstrzymać się od śmiechu na samą myśl o tym absurdzie.
– Seraphino – warknął Declan; widać było, że kończyła mu się cierpliwość. Jego grymas się pogłębił. – Wszystko to przez jakiegoś faceta? Naprawdę zmusisz mnie i mamę do radzenia sobie z tym gównem tylko dlatego, że ty nie potrafiłaś utrzymać nerwów na wodzy?
Jego ton stał się jeszcze chłodniejszy. – Chloe jest twoją siostrą. Czy naprawdę aż tak bardzo kręci cię patrzenie na to, jak cierpi?
Głos Książkowego Elfa rozbrzmiał w jej głowie, gładki i wyprany z emocji: – Nosicielko, na razie się z nimi zgódź. Przeproś Chloe. Poprawienie opinii, jaką ma o tobie Declan, jest pierwszym krokiem do napisania swojego losu na nowo.
Seraphina nie zareagowała od razu. Jej spojrzenie pozostało pewne, a umysł był tak czysty jak nigdy dotąd. Wtedy przemówiła głosem cichym i pozbawionym jakiegokolwiek wahania. – Kiedy dostanę wypis, spakuję swoje rzeczy i sama wrócę na wieś.
Jej słowa uderzyły niczym młot, a w pokoju zapanowała niezręczna, lodowata cisza.
Książkowy Elf niemalże doznał zwarcia. – Czekaj… co?! Mówisz poważnie? Dokąd ty, do cholery, niby się wybierasz? Nie możesz tak po prostu wyjść! Musisz zostać i popracować nad zjednaniem sobie swoich braci!
Seraphina zignorowała gorączkowe protesty elfa, jej twarz pozostawała spokojna, całkowicie nieprzenikniona.
Declan z kolei wyglądał, jakby ktoś spoliczkował go w twarz. Zamrugał, wpatrując się w nią z niedowierzaniem. – Co ty właśnie powiedziałaś?
Spodziewał się, że się ugnie, że przeprosi Chloe, tak jak robiła to zawsze. Właśnie tak przecież postępowała – przełykała dumę i błagała o wybaczenie.
Ale to? Wybór ucieczki zamiast tego? I robienie tego z takim opanowaniem? To nie była Seraphina, którą znał.
Tuż obok niego wybuchł nagły, gorący gniew Victorii. Jej klatka piersiowa zacisnęła się z oburzenia i czuła furię płonącą pod skórą.
Dla niej słowa Seraphiny nie stanowiły tylko aktu nieposłuszeństwa – były celową próbą wzniecenia chaosu, wprowadzenia w rodzinie zamętu. A Victoria, która nigdy nie miała w zwyczaju się powstrzymywać, znajdowała się już na granicy wytrzymałości.
Z biegiem lat osobowość Seraphiny stała się ostrzejsza i twardsza. Przestała ulegać. Odpłacała się, otwarcie wytykała im niesprawiedliwość i twardo stała przy swoim.
Ale ta nieustępliwość, niezależnie od tego, jak szlachetne kierowały nią intencje, tylko jeszcze bardziej ją wyobcowywała. Nie miało znaczenia, że troszczyła się o rodzinę – jej upór sprawiał, że w ich oczach stawała się jeszcze większym wyrzutkiem.
Głos Victorii był zimny jak lód, gdy warknęła: – Dobrze. Skoro aż tak bardzo upiera się przy wyjeździe, to niech jedzie.
Odwróciła się do Declana z ostrym, ostatecznym tonem. – Declanie, nie trać czasu. Niech spakuje swoje rzeczy i wyjdzie. W tej chwili.
















