Pierwszy Rozdział
**Perspektywa Maeve**
Nigdy nie sądziłam, że stracę cnotę w tak zwyczajny dzień… i to z osobą, której najmniej bym się spodziewała.
Rzeczywiście, marzyłam o opuszczeniu mojej obecnej watahy, zostawieniu za sobą ojca Alfy, macochy i przyrodniej siostry, i ucieczce od tej „rodziny”, która traktowała mnie jak nic więcej niż służącą.
Jednak w dniu, w którym to wszystko się wydarzyło… byłam zupełnie nieprzygotowana.
Ten poranek zaczął się jak każdy inny.
Podano śniadanie — wszystko domowej roboty, starannie przygotowane przez naszych pilnych i pracowitych kucharzy — a moja rodzina zasiadła wokół wielkiego stołu w jadalni, każdy ubrany w jeden ze swoich najbardziej luksusowych strojów dziennych. Ja tymczasem stałam cicho w wyznaczonym dla mnie kącie, ubrana w swoje zwykłe łachmany.
Moja siostra Sarah, ozdobiona od stóp do głów wykwintną biżuterią, postukała srebrną łyżeczką o porcelanową filiżankę.
Natychmiast postąpiłam krok naprzód, by nalać świeżo parzonej kawy.
— Pf — to smakuje okropnie! — syknęła, wykrzywiając wargę, czym przestraszyła mnie w milczeniu. Widziałam, jak niedyskretnie przewraca na mnie oczami, ocierając serwetką błyszczące usta. — Czy naprawdę tak trudno ci zaparzyć przyzwoitą filiżankę kawy?
Zająknęłam się. — Ale…
— Doprawdy, po tylu latach można by pomyśleć, że już się tego nauczyła. — Szorstki, wyrafinowany głos, który się odezwał, natychmiast sprawił, że zesztywniałam. Victoria — Luna watahy Moonstone, a także matka Sarah… i moja macocha, jeśli można ją tak nazwać — wpatrywała się we mnie z całkowitą pogardą. — Jakim żałośnie bezużytecznym kundlem jest nasza mała Maeve.
*Bezużyteczny kundel…*
Zacisnęłam szczękę, a moje dłonie zwinęły się w pięści tak mocno, że niemal bolało, kryjąc się w fałdach spódnicy. Czułam, jak oczy zachodzą mi łzami i musiałam użyć całej siły woli, by powstrzymać je przed spłynięciem… by powstrzymać się przed obroną. Obelgi niestety nie były nowością w tym domu, ale niezależnie od tego, jak bardzo wciąż bolały, musiałam je znosić.
Gdybym tego nie zrobiła… nie zawahaliby się zamknąć mnie znowu w schowku…
Spuściłam głowę, ukrywając twarz przed ich wzrokiem. — Proszę, wybaczcie mi — szepnęłam. — Następnym razem postaram się bardziej.
Głębokie, ciężkie westchnienie zdominowało pomieszczenie, nakazując wszystkim innym zamilknąć. Spojrzałam w górę i napotkałam karcący wzrok ojca, który pokręcił głową.
— Zostaw nas, Maeve — powiedział, wracając uwagą do śniadania — i znajdź sobie jakieś pożyteczne zajęcie.
Zacisnęłam zęby. — Tak, Alfo — powiedziałam, po czym wycofałam się do kuchni, by zacząć sprzątać.
Rzeczywiście… moim ojcem był Alfa Burton z Moonstone, małej, lecz rosnącej w siłę watahy w Królestwie Wilkołaków, a z tym wiązało się wiele wielkich oczekiwań. Mogłam być jego córką, ale nigdy nie byłam tak traktowana. Zmywając brudne naczynia, podczas gdy reszta rodziny ucztowała wystawnie w wielkiej jadalni, byłam doprawdy nie lepsza od służącej rangi omega.
A Victoria zawsze dbała o to, bym wiedziała, że jestem błędem.
Cóż… błędem Ojca.
Tożsamość mojej biologicznej matki od dawna pozostawała tajemnicą — wiedziałam tylko, że nie jestem z krwi Victorii. Sama Luna opowiedziała mi historię grzechu Ojca. To była najgorsza noc w ich życiu, mówiła… ta noc, gdy ojciec nagle przyniósł mnie do domu stada jako niemowlę.
Okropny wypadek, tak mnie nazwał.
Victoria musiała ogłosić, że jest w ciąży z nieplanowanym dzieckiem. Dopiero gdy minęło wystarczająco dużo czasu, by mogło urodzić się wcześniacze wilkołacze dziecko, zostałam w końcu przedstawiona wyższym sferom jako cudowna córka Moonstone. I teraz dla świata zewnętrznego wyglądamy na idealną rodzinę z wyższych sfer.
Alfa, jego Luna i ich dwie… ukochane córki.
Przejechałam suchą ścierką po patelni ze stali nierdzewnej, ścierając małe kropelki wody, aż nie widziałam nic poza wpatrzonym we mnie własnym odbiciem. Moja ręka zwolniła, odkładając ścierkę na blat. Ta dziewczyna w odbiciu — jej martwe oczy, które skrywały wszystko, co pragnęła powiedzieć, ale brakowało jej do tego wolności… jej skóra blada od tak długiego zamknięcia w domu stada… jej ciemne, niechlujne włosy, które nie pasowały do jej twarzy…
Była niczym więcej jak fasadą.
Skazą na wielkiej watasze Moonstone, którą należało ukrywać.
Pogrążona w myślach, powoli przeczesałam dłonią moje matowe, czarne włosy. Podobno był czas, kiedy miały najpiękniejszy, żywy odcień rudości, ale nigdy nie było mi dane go zobaczyć. Ojciec i Victoria zmuszali mnie do ich farbowania, ponieważ wszyscy oni są ciemnowłosi, i bali się, że to ujawni prawdę o naszej rodzinie. Ale nawet z włosami, jakich pragnęli, zabraniali mi uczestniczenia w wydarzeniach publicznych, chyba że było to konieczne.
Nie rozumiem…
Skoro byli tak nieszczęśliwi z mojego powodu, dlaczego mnie zatrzymali?
Nie musiałam tu zostawać. Z radością zamieszkałabym z inną watahą, albo nawet w stolicy — sama, ale całkowicie i zupełnie wolna. Odkąd skończyłam osiemnaście lat, zgodnie z datą urodzin, którą podał mi ojciec, błagałam go o rozmowę na temat wyjazdu stąd.
Ale on nigdy nie miał dla mnie czasu.
— Ach, to mi przypomina — powiedział Ojciec, a jego głos rozniósł się echem po jadalni aż do kuchni. — Moja droga Sarah, pewien bardzo wyjątkowy gość zgodził się wziąć udział w twoim przyjęciu z okazji osiemnastych urodzin. — Sposób, w jaki to powiedział, pełen przechwałek, świadczył o tym, że był niezaprzeczalnie zadowolony z nowiny, którą miał do przekazania.
Usłyszałam, jak Sarah wciąga głośno powietrze w dramatycznym geście.
— Czy chcesz powiedzieć…? — zaczęła pytać Victoria z nadzieją w głosie.
Ojciec odchrząknął. — Jego Królewska Wysokość — sam książę Xaden — będzie obecny.
Cisza wypełniła pokój na zaledwie kilka chwil, zanim rozpętał się totalny chaos.
— O — mój — Boże!
— Sarah, to może być twoja szansa! Na przyjęcie potrzebujemy wszystkiego, co najlepsze!
— Wiem! O rany — w co powinnam się ubrać?
Zmarszczyłam brwi w zamyśleniu, otwierając szafki i powoli chowając naczynia.
Oczywiście wiedziałam, kim był książę Xaden… a przynajmniej wiedziałam o nim. W królestwie, a zwłaszcza w naszym domu stada, krążyły słuchy, że prawdopodobnie zostanie naszym następnym Królem Alfą. Młody i budzący respekt, był dumą wszystkich wilkołaków, a każda młoda kobieta marzyła o przyciągnięciu uwagi księcia.
W końcu zostanie jego przeznaczoną oznaczało możliwość zostania przyszłą Królową Luną.
A to z kolei oznaczało, że pod jego drzwiami nieustannie ustawiały się kolejki Alf i ich córek, do których teraz dołączyła moja własna rodzina. To była tylko kwestia czasu, zanim zaczną realizować swoje plany… a przyjęcie urodzinowe Sarah było ku temu najlepszą okazją. Jako ukochanej najmłodszej córki Alfy, jej wejście w dorosłość z pewnością miało być najbardziej ekstrawaganckim wydarzeniem towarzyskim.
Zaproszenie księcia wydawało się logicznym posunięciem.
Tymczasem moje urodziny zostały pominięte, bo chcieli zaoszczędzić trochę pieniędzy i powiedzieli wszystkim, że jestem chora.
— Uch — żadne z moich ubrań się nie nadaje! Nie mogę spotkać księcia Xadena w tych brzydkich, przestarzałych szmatach! Muszę jechać do stolicy — tam na pewno znajdę idealny strój… czy to akceptowalne, Tatusiu?
— Co za wspaniały pomysł, skarbie — zagruchał Ojciec. Praktycznie widziałam miłość i uwielbienie malujące się na jego twarzy.
Radosny pisk rozległ się w jadalni.
Niedługo potem podjechał samochód, by zabrać Sarah do stolicy, do którego czym prędzej pobiegła. Jednak ze względu na kosztowny i delikatny charakter jej sukienki, musiała wsiadać powoli i ostrożnie. Victoria pospieszyła jej z pomocą, podczas gdy Ojciec i ja staliśmy w pobliżu drzwi wejściowych domu stada.
Ojciec nagle dźgnął palcem w moim kierunku, a ja nie mogłam powstrzymać się przed instynktownym cofnięciem.
— Ty, pojedziesz z nią.
Z samochodu dobiegł cichy wrzask, a Sarah patrzyła z niedowierzaniem to na ojca, to na mnie. Victoria, stojąca przy otwartych drzwiach auta, spojrzała na mnie groźnie, po czym zwróciła się do męża.
— Kochanie, to chyba nie jest konieczne, prawda? — zapytała, bezwstydnie zdradzając swoje czyste obrzydzenie.
— Tatusiu, nie każ mi pokazywać się z nią w stolicy!
— P-Proszę pana, nie mam nic do kupienia — wydukałam zmieszana. — Czy jest coś…?
Ojciec zignorował całe zamieszanie.
— Będziesz potrzebować sukienki na przyjęcie urodzinowe Sarah. Kup sobie coś przyzwoitego do ubrania.
Szok.
Konsternacja.
I, ośmielę się rzec… nadzieja.






