Perspektywa Vespery
Przez cały dzień nie spotkałam Alfy Varkasa, ponieważ Garrick o to zadbał. Bezwstydnie zaprosił Zanyę na lunch, a mnie nie. Było ewidentne, że on i Zanya nie zamierzają dopuścić do mojego spotkania z Alfą Varkasem. Nie poprosił mnie nawet, bym towarzyszyła mu na wieczornym balu wydawanym na cześć gościa w głównym holu domu watahy. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce, bo to była moja jedyna szansa. Zadzwoniłam do Gammy Zoriena, by przyspieszyć mój plan.
Miałam już dość, więc wieczorem ubrałam się, by wprosić się na bal. Gamma Zorien czekał na mnie w głównym holu. Z zaczesanymi do tyłu ciemnymi włosami i w czarnym garniturze wyglądał przystojnie. Był jednak zdenerwowany, co rozumiałam, bo towarzysząc mi na balu, sprzeciwiał się rozkazom Alfy, co mogło ściągnąć na niego karę.
„Wyglądasz pięknie, Luno Vespero” – powiedział z uśmiechem, gdy wsparłam ramię na jego ramieniu. Wygładziłam suknię i zaśmiałam się cicho. „Dziękuję, Zorien”. Nadszedł czas na ostateczne starcie.
Dodał jeszcze: „Mam dla ciebie dobrą wiadomość. Alfa Garrick poprosił Betę Axtona, by zabrał cię na bal”.
Moje oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, nie dlatego, że Garrick nagle zmienił zdanie, ale z powodu tego nieoczekiwanego zwrotu akcji. Wiedziałam jednak, że to gierka Garricka. Beta Axton nigdy do mnie nie przyszedł ani nie poinformował, że mnie zabierze. W gruncie rzeczy nigdy by po mnie nie przyszedł, a wtedy Garrick mógłby skłamać Alfie Varkasowi, że to ja nie chciałam się pojawić.
„Wolę iść z tobą, bo Bety Axtona nigdzie nie widzę” – powiedziałam, wzruszając ramionami.
Zorien spojrzał na mnie oczami pełnymi litości. Poklepał mnie po dłoni. „Luno Vespero, nie martw się. Jestem przy tobie”. Wiedziałam, że jest mi niezwykle lojalny i ryzykuje dla mnie bardzo wiele.
Idąc z niepokojem w stronę głównego holu domu watahy, kurczowo ściskałam materiał mojej sukni.
„Zorien, słuchaj” – powiedziałam, gdy byliśmy już blisko wejścia. „Wiesz doskonale, że Alfa Garrick nie chce mnie widzieć na balu i jeśli wejdziesz ze mną, będziesz miał kłopoty. Ja wejdę pierwsza, a ty dołączysz później, dobrze?”
Zorien natychmiast wydał się odprężony. „Oczywiście, Luno”.
Na bal wybrałam złotą jedwabną suknię, której materiał mienił się w świetle. Dobrałam do niej naszyjnik z żółtym ametystem i pasujące kolczyki – prezent od Garricka na naszą ostatnią rocznicę. Zakręciłam włosy, pozwalając im opadać kaskadą na plecy. Suknia dawała mi ten wyniosły wygląd, na którym mi zależało, choć w głębi duszy wiedziałam, że mój status to status żałosnej żony, którą mąż Alfa porzucił dla kochanki.
Uśmiechnęłam się i weszłam do głównego holu z wysoko uniesioną głową, zbierając w sobie całą odwagę. Gdy tylko się pojawiłam, w sali zapadła krępująca cisza. Wszyscy na mnie patrzyli, w tym Garrick, który stał obok Zanyi. Stłumiłam chichot na widok jej krzykliwej, jaskraworóżowej sukni, ale poczułam nagłą złość, gdy mój wzrok padł na jej rubinowy naszyjnik – ten sam, który Garrick podarował mi w dniu ślubu.
Wchodząc głębiej, poczułam złowieszczy dreszcz. Dlaczego miałam wrażenie, że ktoś mnie bacznie obserwuje?
Garrick był oszołomiony moim widokiem, ale wyraz twarzy Zanyi był bezcenny. Wyglądała, jakby napiła się octu. Garrick wpatrywał się we mnie, ignorując swoją kochankę. Widziałam w jego oczach podziw i pożądanie. Zanya chwyciła go za rękę, gdy tylko zaczął iść w moją stronę. Cóż, świetnie, bo zignorowałam ich oboje, doskonale słysząc szepty o tym, jak Alfa Garrick zostawił swoją przepiękną Lunę dla kochanki.
Wypuściłam głośno powietrze i zaczęłam szukać wzrokiem Alfy Varkasa. Był tam, na końcu sali, wpatrując się we mnie. Ubrany w szare spodnie, ciemnoniebieską koszulę i czarne buty, był bez wątpienia najprzystojniejszym wilkiem w pomieszczeniu. Krąg wojowników wokół niego wydawał się nie do przebicia. W dłoni trzymał szklankę z whiskey. Skłoniłam mu się lekko i podeszłam z nieśmiałym uśmiechem. Jego wojownicy rozstąpili się przede mną, a wśród gości usłyszałam stłumione okrzyki zdziwienia – najwyraźniej nikt inny nie miał prawa się do niego zbliżać.
„Alfo Varkasie” – powiedziałam uprzejmie. „To zaszczyt cię poznać”. Chryste, był tak wysoki, miał ponad metr osiemdziesiąt, a ja przy moich stu sześćdziesięciu czterech centymetrach musiałam mocno zadzierać głowę, by na niego spojrzeć.
Ten bezczelny typ uśmiechnął się półgębkiem. „Wierz mi, cała przyjemność po mojej stronie, Luno Vespero”.
Czułam na plecach świdrujące spojrzenie Garricka; zazdrość przepływała przez naszą wygasającą więź.
„Czy Katarina wspominała o mnie?”
„Tak, wspominała. I chętnie posłucham o twoim problemie” – powiedział.
„Świetnie!” Moje policzki zapłonęły z podekscytowania. „Czy byłoby możliwe porozmawiać z tobą na osobności?”
„Oczywiście, na górze jest pokój zarezerwowany dla moich wojowników. Możemy tam pójść”.
Byłam pewna, że Garrick piorunuje mnie wzrokiem, gdy szłam za Alfą Varkasem, i że nienawidzi faktu tego spotkania. Będzie żądał wyjaśnień, a ja miałam już przygotowaną wersję.
Pięć minut później siedziałam naprzeciw Alfy Varkasa. Opierał się o krawędź stołu, obracając whiskey w szklance i nie spuszczając ze mnie wzroku.
Nie tracąc czasu, powiedziałam łagodnie: „Wiem, że szukałeś mnie w sprawie projektu Złotej Bramy, ale przejdę do tego po przedstawieniu moich próśb”.
Sączył whiskey, wciąż wpatrzony we mnie. „Słucham”.
„Alfo Varkasie, na pewno słyszałeś już plotki” – zaczęłam. „Chcę wyjść z tego małżeństwa, ale przy tym odzyskać moją watahę. Czy możesz mi pomóc w Starszym Konklawe?” Potem dodałam jeszcze kilka szczegółów istotnych dla mojej sprawy.
Przechylił głowę na bok i uśmiechnął się. „Mogę to zrobić, mały wilku” – powiedział – „ale co otrzymam w zamian za moje przysługi?”
Moje usta się otworzyły. Jego reputacja kobieciarza zadudniła mi w głowie. „Ja... przepraszam, Alfo Varkasie, ale nie sypiam z kim popadnie. Jeśli chcesz, mogę zapłacić ci pieniędzmi, gdy tylko odzyskam watahę”.
Odepchnął się od stołu i podszedł do mnie. Wstałam i zadarłam głowę, by spojrzeć mu w oczy. Jego zapach cedru i piżma ogarnął mnie niczym odurzające perfumy.
„Nie, Vespera” – powiedział głębokim, mrocznym głosem. „Jeśli ci pomogę, musisz dać mi coś w zamian. I...” Pochylił się nad moim uchem i szepnął: „Chcę ciebie”.
Zdrętwiała z przerażenia, odchyliłam głowę. „Alfo Varkasie!” Moja ręka instynktownie powędrowała do znaku na ramieniu, który ostatnio blaknął.
Cofnął się, wciąż trzymając mnie pod swoim intensywnym spojrzeniem.
„Pomogę ci pozbyć się niewiernego męża i jego kochanki, a także zwrócić ci watahę. Sprawię, że będą się przed tobą płaszczyć, ale...” Jego usta wygięły się w uśmiechu. „Musisz podpisać ze mną kontrakt, że po wszystkim zostaniesz moją Luną na rok”. Podszedł do stołu i podniósł plik dokumentów. Podając mi je, stwierdził stanowczo: „Przeczytaj to i podpisz do jutra rana”.
Byłam kompletnie skołowana. Miał już gotowy kontrakt? „Do jutra rana?”
„Tak, bo jutro rano wyjeżdżam. Razem z tobą”.
















