"Biały wilk! Zabij tego potwora!" Ten ryk ukradł moje osiemnaste urodziny i zniszczył mój świat. Moja pierwsza przemiana miała być chwałą – krew zamieniła błogosławieństwo we wstyd. O świcie naznaczyli mnie "przeklętym": wyrzucili z watahy, porzuciła rodzina, pozbawili natury. Mój ojciec mnie nie obronił – wysłał mnie na zapomnianą wyspę, gdzie bezwilcze wyrzutki byli przekształcani w broń, zmuszani do zabijania się nawzajem, aż tylko jeden mógł odejść. Na tej wyspie poznałem najmroczniejsze zakątki ludzkości i nauczyłem się zakopywać terror w kościach. Niezliczoną ilość razy chciałem się poddać – zanurkować w fale i nigdy nie wypłynąć – ale oskarżające twarze, które nawiedzały moje sny, pchały mnie z powrotem ku czemuś zimniejszemu niż przetrwanie: zemście. Uciekłem i przez trzy lata ukrywałem się wśród ludzi, zbierając sekrety, ucząc się poruszać jak cień, wyostrzając cierpliwość w precyzję – stając się ostrzem. Potem, w pełni księżyca, dotknąłem krwawiącego nieznajomego – a mój wilk powrócił z przemocą, która mnie uzdrowiła. Kim on był? Dlaczego mógł obudzić to, co uważałem za martwe? Jedno wiem: teraz nadszedł czas. Czekałem na to trzy lata. Sprawię, że wszyscy, którzy mnie zniszczyli, zapłacą – i odzyskam wszystko, co mi ukradziono.

Pierwszy Rozdział

Evelyn „Trzask!” Porcelana eksplodowała na podłodze kawiarni, tworząc biały rozbryzg wyszczerbionych zębów. Zapadła martwa cisza – widelce zatrzymały się w połowie drogi do ust, a oddech zamarł, jakby samo pomieszczenie bało się poruszyć. Moje palce wciąż unosiły się w powietrzu, bezużyteczne, drżące. Idealnie. Kolejny bałagan. Kolejne przypomnienie, że nigdzie nie pasuję, nawet wśród ludzi udających, że życie jest proste. „Gray”. Głos menedżera ciął niczym ostrze. „Co. Z tobą. Nie. Tak?” Przełknęłam odpowiedź, której nie miałam. „Posprzątam to”. Zimne odłamki wpijały się w moje dłonie, gdy klęczałam, a krew perliła się w staranną, czerwoną interpunkcję. Ból sprowadzał mnie na ziemię. Lepsze było to pieczenie niż to drugie – puste tęskne rwanie w klatce piersiowej, tam, gdzie powinien żyć wilk. Udawaj. Oddychaj. Nie załamuj się tutaj. „Sprzątnij to” – warknął. „I nie zmuszaj mnie, żebym tu wracał”. Nie podniosłam wzroku. Nie dałam im satysfakcji oglądania wstydu wykwitającego na mojej twarzy. Trzy lata od wygnania, a ja wciąż, nawet tutaj, byłam duchem we własnej skórze. Wyrzuciłam odłamki, zerwałam z siebie fartuch i wyszłam, zanim menedżer zdążył wypluć kolejne słowo w moje plecy. Na zewnątrz neony rozmazywały się na zmokniętej od deszczu ulicy niczym sińce. Wiatr przenikał przez moją kurtkę. Przetrwałam gorsze rzeczy. Zawsze przetrwałam. Nawet bez wilka. Ruszyłam w stronę motocykla, z dłońmi wsuniętymi głęboko w kieszenie kurtki, kiedy zza rogu wyszedł jakiś pijak i zagrodził mi drogę. „Hej, dzika dziewczyno” – bełkotał, wyciągając rękę w stronę mojej talii. „Skończyłaś zmianę? Pozwól, że postawię ci drinka”. Cofnęłam się z bijącym sercem. „Nie jestem zainteresowana”. Jego palce zacisnęły się na moim nadgarstku. „Daj spokój, złotko. Obserwowałem cię przez całą noc. Jest w tobie coś... innego. Niebezpiecznego”. Pochylił się bliżej, a jego gorący oddech owiał moją twarz. „Lubię niebezpieczeństwo”. „Puść. Mnie”. Mój głos obniżył się o oktawę, brzmiąc obco nawet dla mnie samej. „To mnie zmuś” – zadrwił. Więc to zrobiłam. Moja pięść uderzyła w jego klatkę piersiową, posyłając go na stół. Szkło rozprysło się, gdy z łoskotem runął na ziemię. „Zaatakowała mnie!” – krzyknął, przyciągając uwagę wszystkich. „Ta szalona suka mnie zaatakowała!” Ludzie odsunęli się. Telefony poszły w górę, a ekrany rozbłysły, gdy zaczęli nagrywać. W drzwiach pojawiła się twarz mojego menedżera, blada z wściekłości. „Policja!” – krzyknął ktoś. Kilka minut później zostałam wepchnięta na tylne siedzenie radiowozu, a pijak uśmiechał się szeroko, jakby już wygrał. Pokój przesłuchań pachniał wybielaczem i zwietrzałą kawą. Siedziałam naprzeciwko oficera Davisa, z nadgarstkami zdartymi do krwi od kajdanek. „Masz dwadzieścia jeden lat?” – zapytał po raz trzeci. „Tak”. „Żadnego opiekuna?” „Nie”. „Żadnej rodziny?” „Nie”. Powtarzałam to kłamstwo tak długo, że pasowało mi lepiej niż prawda. Drzwi się otworzyły. Stukot obcasów – ostry, drogi, ostateczny. Victoria Gray. Moja matka. Podpisała moje zwolnienie, nie patrząc mi w oczy. Dopiero gdy wyszłyśmy na zewnątrz, zadała sobie trud, by na mnie spojrzeć – a potem jej dłoń trzasnęła mnie w policzek. „Trzy lata” – syknęła. „Trzy lata milczenia, a ty w ten sposób znów pokazujesz swoją twarz? Wywleczona z ludzkiego komisariatu jak pospolity bandyta?” Dotknęłam policzka, oszołomiona. „To nie było...” „Zamilcz”. Jej oczy cięły mnie jak ostrza. „Zostałaś wydalona nie bez powodu. Nie myśl, że wygnanie uczyniło cię mądrzejszą. Wciąż jesteś plamą. A plamy... pozostają w ukryciu”. Spojrzała na zegarek, już znudzona. „Twój dziadek chce cię widzieć w domu. Nie zmuszaj mnie, żebym marnowała więcej czasu na sprzątanie twojego bałaganu”. Prawda we mnie uderzyła. „Więc dlatego tu jesteś. William cię przysłał”. Jej wyraz twarzy nie uległ zmianie. „Zamknij się dziś w nocy” – powiedziała. „Dzisiaj jest pełnia”. Prychnęłam śmiechem. „Dobrze wiesz, że mój wilk opuścił mnie trzy lata temu”. Odeszłam, by odnaleźć swoje Ducati. Silnik zawarczał, gdy go uruchomiłam. Zostawiłam ją na chodniku i docisnęłam gaz, aż światła miasta rozmyły się w jedną smugę żółci i czerwieni. Droga na obrzeża przypominała otwarte gardło. Jechałam ostro, wiatr szarpał moją kurtką. Księżyc wisiał ciężko i biało nad drzewami. Trzy lata. Przez trzy lata znosiłam tę pustkę. Z każdą pełnią księżyca czekałam na powrót mojego wilka, zdesperowana, by udowodnić, że białe wilki nie są przeklęte, jak wszyscy wierzyli. Ale za każdym razem nic się nie działo. Przekręciłam manetkę gazu i pędziłam przed siebie, próbując uciec przed własnymi myślami – i wtedy go zobaczyłam. Ciało na poboczu drogi. Śliska krew, księżyc przecinający jego skórę srebrem. Dwie sylwetki z bronią. Srebro błysnęło. Łowcy. Mój puls przyspieszył. Powinnam była odjechać. Ale jego oddech – płytki, uparty – pociągnął mnie naprzód. Zgasiłam silnik, wślizgnęłam się między drzewa. „Kto tam?” Łowca się odwrócił. Zobaczył mnie. Uśmiechnął się. „Nie powinnaś była tego widzieć”. Srebrny pocisk syknął mi koło ucha. Instynkt – nie wilk, już nie, po prostu przetrwanie – przejął kontrolę. Wpadłam na niego, wyrwałam mu broń z rąk, powaliłam na ziemię. To samo gówno, które wbijali mi do głowy na tamtej wyspie trzy lata temu. Zabij albo daj się zabić. Ciężko dysząc, odwróciłam się w stronę rannego mężczyzny. „Obyś był tego wart” – mruknęłam. Był wysoki, barczysty, z rodzajem prezencji, która sprawiała, że powietrze wydawało się cięższe. Zdecydowanie nie człowiek. Uderzył mnie zapach – soku sosnowego, wilgotnej ziemi, czegoś żywego i ostrego. Przyłożyłam palce do jego boku, by zlokalizować ranę. Drgnął. Jego ręka wystrzeliła w górę i zacisnęła się na moim nadgarstku. Biały, gorący impuls przeszył moje ramię, jakby ktoś potarł zapałką o moją kość. Nie. Nie, nie, nie – Instynktownie szarpnęłam rękę do tyłu, ale było już za późno – moje paznokcie pękły i rozdwoiły się. Skóra napięła się, gdy w mgnieniu oka przebiło się przez nią szorstkie futro. Byłam zbyt oszołomiona, by wydobyć z siebie głos. Nagle oczy mężczyzny – burzowo-szare pomimo krwi – otworzyły się i wbiły we mnie. Jego głos był ledwo ludzki, zdarty i surowy: „Moja”. Zaledwie zarejestrowałam jego słowa, zahipnotyzowana białym futrem, które wybuchało na mojej skórze niczym pożar. Trzy lata. Liczyłam każdy jeden dzień. Trzy lata bycia połową człowieka, potakiwania, gdy mówili, że może tak będzie najlepiej, może tak jestem bezpieczniejsza. Trzy lata gryzienia się w język aż do krwi, zamiast krzyczeć na niesprawiedliwość tego wszystkiego. Ale teraz mój wilk się budził, przeciągając się, jakby wstawał z długiego snu. A wraz z nią powróciło wspomnienie tego, kim kiedyś byłam. Mylili się w wielu kwestiach. A ja skończyłam z byciem ich ofiarą.

Odkryj więcej niesamowitych treści