Audrey Mercer z uśmiechem wysłała wiadomość: [Kochanie, właśnie wylądowałam. Widzimy się w Urzędzie Stanu Cywilnego za pół godziny.]
Dziś był dzień, w którym ona i Adrian Hawthorne mieli wreszcie uzyskać akt małżeństwa.
Od ich studenckiego romansu, przez zaręczyny, aż do dzisiejszego podpisania dokumentów minęło równe pięć lat.
Audrey oparła się wygodnie o siedzenie, a poranne słońce rzucało ciepły blask na jej promienną twarz, dodając jej niezwykłej łagodności.
Kierowca dostrzegł jej uśmiech we wstecznym lusterku i zażartował: „Rany, ledwie pani wylądowała, a już pędzi prosto do urzędu?”
„Tak, w walentynki. Wie pan, umówiłam ten termin dwa tygodnie temu” – odpowiedziała z uśmiechem Audrey.
Kierowca zachichotał. „Młodzi to naprawdę potrafią zadbać o to, by wszystko było wyjątkowe. Mojej córce nie udało się złapać terminu na dzisiaj, więc odbiera swój jutro”.
„Gratulacje” – powiedziała Audrey.
„Nawzajem” – odparł kierowca.
Jednak nawet po wyjściu z taksówki Audrey wciąż nie otrzymała odpowiedzi od Adriana.
Wydymając usta, wybrała jego numer.
Telefon dzwonił w nieskończoność, zanim w końcu odebrał.
Głos Adriana był wyprany z emocji, niczego nie zdradzając. „Tak? O co chodzi?”
Audrey mocniej zacisnęła dłoń na telefonie i zapytała: „Adrian, gdzie jesteś? Jestem już w urzędzie. My...”
Adrian przerwał jej w pół słowa. „Drey, nie mogę teraz przyjechać”.
Przełknęła z trudem ślinę. „Co się stało? Czy nie umawialiśmy się, że dziś uzyskamy nasz akt małżeństwa?”
„Tak, ale coś mi wypadło. Zróbmy to w innym terminie, dobrze? Każdy dzień będzie dobry. To nic wielkiego” – powiedział Adrian.
Jednak dla Audrey to było coś wielkiego. Zarezerwowała ten termin dwa tygodnie temu i od tamtej pory z niecierpliwością wyczekiwała tego konkretnego dnia.
Nagle rozległ się dziewczęcy głos: „Adrian, rozmawiasz przez telefon? Wszyscy czekają na dole, żebyśmy zeszli na śniadanie”.
Serce Audrey zamarło. To był głos Giselle.
Giselle Finch była dziewczyną, którą rodzina Hawthorne'ów adoptowała osiemnaście lat temu. Audrey pomyślała: „Czy Giselle wróciła do kraju?”.
Jej palce zbielały, gdy zacisnęła dłoń na telefonie, ale zanim zdążyła o cokolwiek zapytać, połączenie zostało gwałtownie przerwane.
„Powiedział mi, że był zbyt zmęczony i wcześnie położył się spać zeszłej nocy, a tak naprawdę spędził całą noc z inną kobietą?” – pomyślała z goryczą Audrey.
Niedługo potem na ekranie jej telefonu wyskoczyła wiadomość tekstowa.
Giselle: [Audrey, czy to ty przed chwilą rozmawiałaś z Adrianem przez telefon? Właśnie wróciłam. Adrian urządził mi wczoraj imprezę powitalną. Wypiłam za dużo i nie wróciłam do domu. Proszę, nie zrozum tego źle. Dołączysz do nas na śniadanie?]
Audrey poczuła się tak, jakby jej klatkę piersiową przygniatał ogromny ciężar; z trudem łapała oddech.
Odpisała: [Wyślij mi tylko adres. Już jadę.]
*****
Stojąc przed drzwiami prywatnej sali w Amber Grill, Audrey słyszała dobiegający ze środka gwar znajomych głosów.
„Adrian, czy dzisiaj nie jest ten wielki dzień, w którym ty i Audrey macie odebrać akt małżeństwa?” – zażartował ktoś.
„Ta, słyszałem, że Audrey zaklepała termin pół miesiąca temu, tylko po to, żeby dzisiaj usidlić Adriana” – rzucił ktoś inny.
Ktoś nagle wtrącił: „Chwila, a co w ogóle jest takiego wyjątkowego w dzisiejszym dniu?”
„Zapomniałeś? Walentynki” – padła odpowiedź.
„Tsk, Adrian nawet jej nie kocha. Wszyscy wiedzą, że jedyną osobą w jego sercu jest Giselle” – zakpił ktoś.
Giselle spuściła głowę, odgrywając nieśmiałość. „Dajcie spokój, nie mówcie tak. Adrian to tylko mój brat”.
Audrey stała zamrożona pod drzwiami, blada jak ściana. Rozpaczliwie pragnęła usłyszeć, co odpowie mężczyzna, na którym zależało jej najbardziej.
Drzwi do prywatnej sali były uchylone tylko odrobinę.
Stała w ciszy, zaglądając przez tę maleńką szczelinę. Wewnątrz Adrian rozsiadał się leniwie na krześle, z ramieniem opartym o oparcie krzesła Giselle.
Z tyłu wyglądało to dokładnie tak, jakby obejmował dziewczynę, o którą najbardziej dbał.
Rozległ się głos Adriana. „Giselle, czy naprawdę widzisz we mnie tylko brata?”
„Adrian” – powiedziała Giselle drżącym głosem – „naprawdę nie zamierzasz wziąć ślubu z Audrey?”
„Nie, już jej powiedziałem” – odparł Adrian z obojętnością w głosie.
Adrian dopiero teraz zauważył, że ramiona Giselle trzęsą się od tych wszystkich żartów.
Zniżył głos do szeptu: „Giselle, nikt nie jest dla mnie ważniejszy od ciebie”.
Gdy tylko skończył, wszyscy w pokoju zaczęli sobie dokuczać i robić zamieszanie.
Ale Audrey, stojąca samotnie za drzwiami, poczuła ostry ból w sercu.
Nigdy nie przypuszczała, że bez względu na to, co zrobi, nie zdoła roztopić lodu wokół jego serca.
Zawsze była w nim tą drugą. Bez względu na to, jak bardzo by się starała, nigdy nie zdołałaby być dla niego tą jedyną.
Audrey pomyślała, że jest po prostu żałosna.
Ktoś wracający z toalety zatrzymał się w pół kroku na widok Audrey stojącej pod drzwiami.
„Eee, Audrey, ty też tu jesteś? Nie wchodzisz?” – zapytała ta osoba nieco niepewnym tonem.
Drzwi do prywatnej sali nagle się otworzyły i wszyscy wewnątrz odwrócili się, by spojrzeć na stojącą tam kobietę, której twarz była całkowicie pozbawiona kolorów.
Po krótkiej, niezręcznej pauzie ktoś spróbował złagodzić sytuację. „Och, Audrey, jesteś. Jadłaś już? Chodź, usiądź i zjedz z nami”.
Adrian zabrał ramię zza oparcia krzesła Giselle, marszcząc brwi. „Drey, co cię tu sprowadza?”
Audrey wzięła głęboki oddech i postąpiła krok naprzód. „Nie jestem tu mile widziana?”
Giselle natychmiast wstała, by zaoferować jej swoje miejsce. „Audrey, chodź tutaj. To miejsce dla ciebie”.
„Giselle, nie odchodź”. Adrian położył dłoń na jej ramieniu.
Audrey poczuła kolejne ukłucie w sercu, widząc gest Adriana.
„W porządku. Możesz tam siedzieć. Nie przyszłam tu na śniadanie” – powiedziała Audrey.
Głos Adriana stał się cichszy i brzmiał na nieco zirytowany. „Audrey, co ty tu robisz? Czy nie umawialiśmy się, że odbierzemy nasz akt małżeństwa w innym terminie?”
Audrey odpowiedziała kpiącym uśmiechem: „Nieważne. Odwołuję to”.
„Hę? Co powiedziałaś?” Adrian zmarszczył brwi, nie do końca chwytając jej słowa.
Audrey wzięła głęboki oddech, posłała mu spokojny uśmiech i powiedziała: „Odwołuję to.
Powiedziałeś, że Giselle jest dla ciebie najważniejsza. Odwołajmy zaręczyny. Możesz być z kimkolwiek zechcesz”.
Adrian zamarł na moment, kompletnie zbity z pądu.
Jego oczy zwęziły się, gdy zażądał: „Co ty właśnie powiedziałaś?”
„Skoro to ona jest tą, na której ci zależy, dlaczego nie przejmiesz mojego terminu i nie weźmiesz ślubu z nią? Potraktujcie to jako mój prezent dla was” – powiedziała Audrey lodowatym tonem.
Gdy tylko skończyła, cisnęła na podłogę mocno zaciśniętą w dłoni kartkę.
„Audrey” – ostrzegł Adrian, a jego głos był cichy i napięty. „Giselle dopiero co wróciła. Nie możemy porozmawiać o tym na osobności?”
Ktoś prychnął: „Nie ma mowy, że naprawdę to odwołuje. Wszyscy wiedzą, że szaleje za Adrianem. Gdyby dziadek Adriana się nie sprzeciwił, nawet nie miałaby okazji, żeby się tu popisywać”.
Giselle poczuła satysfakcję, ale przybrała zdenerwowany wyraz twarzy. „Audrey, nie słuchaj tych bzdur. Adrian to tylko mój brat!”
Audrey słyszała tę wymówkę więcej razy, niż mogłaby zliczyć.
„Poważnie, jaki brat rezygnuje z odebrania aktu małżeństwa tylko po to, żeby zjawić się na imprezie powitalnej siostry?” – pomyślała z goryczą Audrey.
Audrey wydała z siebie pogardliwy śmiech. „Wow, to takie urocze. Jesteś pewna, że to tylko twój brat, a nie twój sekretny kochanek?”
Twarz Adriana pociemniała z gniewu. „Wystarczy. Audrey, przeproś w tej chwili Giselle”.
Audrey uniosła zaciśniętą pięść, a jej głos był lodowaty i stanowczy. „Przysięgam, że nigdy nie wyjdę za Adriana Hawthorne'a. Jeśli kiedykolwiek cofnę to słowo, niech Adrian będzie przeklęty i nigdy nie doczeka się dzieci”.