Sześć lat później
Za każdym razem, gdy mnie wzywają do szkoły, francuska dyrektorka nazywa mnie brudną amerykańską suką, a ja śmieję się z niej, bo nawet jeśli to prawda, płacę jej wystarczająco dużo, żeby przymykała oko na to, co mój syn znowu zbroił. Boże, tęsknię za czasami, kiedy to cokolwiek znaczyło.
Aizen gryzie.
Mogłabym zapytać, skąd to dziecko to ma, ale dzień po jego poczęciu utwierdza mnie w przekonaniu, że ma to po ojcu. Matka małego chłopca, z którego mój syn próbował wyrwać kawałek, jest wściekła. Mając ku temu dobre powody, ale chociaż preferowaną formą ataku Aizena jest gryzienie, muszę zapytać, co ten dzieciak zrobił, że doprowadził go do tego stanu. Bo nie robi tego bez powodu. Ayrie uwielbia mu dokuczać i chociaż potrafi się zagalopować, jej brat ma cierpliwość świętego, niech Bóg błogosławi jego duszę. Więc wątpię, żeby zrobił to bez prowokacji.
Francuska matka wykrzykuje w moim kierunku różne francuskie wulgaryzmy. Zazwyczaj ludzie myślą, że ich nie rozumiem, ale mieszkam tu osiem lat mojego życia, a uczyłam się francuskiego przed przeprowadzką tutaj. Nie jestem tu dla kaprysu, ale co kto woli. I oczywiście, pierwszą rzeczą, jakiej nauczyłam się tu robić, to jak nazwać kogoś pierdolonym dupkiem po francusku. Brzmi to putain de trou du cul. Prawdę mówiąc, to brzmi naprawdę fajnie.
Dyrektorka zerka na mnie co jakiś czas, żeby upewnić się, że nie czuję się urażona tym gównem wydobywającym się z ust tej kobiety. Tak się cieszę, że wracam do domu po tym wszystkim. Kiedy tu po raz pierwszy przyjechałam, byłam bardzo podekscytowana. Bo halo, Paryż. Tyle że ludzie tutaj są wredni i palą. Jakby, bardzo dużo. Może będzie mi brakowało późnych poranków przed pracą, ale reszta z mojej perspektywy może iść do diabła. Byłam w Nowym Jorku i to nie ma startu do tego miejsca. Nowy Jork to po prostu banda agresywnych słodziaków. Zerkam na ciebie, Queens.
"Co on mu zrobił?" wtrącam wreszcie.
"Ugryzł mojego syna," krzyczy ze swoim głupim francuskim akcentem.
"Jeśli się nie cofniesz, francuska frytko, zaraz to ja cię ugryzę," parskam. Kładzie rękę na piersi, jakby była urażona. Jakby przed chwilą nie zwyzywała mojego syna z góry na dół i na boki.
"Doszło do małej sprzeczki pomiędzy Milosem a Aizenem o torbę na lunch," dyrektorka kładzie śniadaniówkę z Bluey mojego syna na biurko.
"Ona należy do mojego syna. Spakowałam mu ją rano. Nie smakuje mu tutejsze jedzenie," otwieram ją, żeby pokazać, gdzie wyszyłam jego wizytówkę.
"Serwujemy tutaj tylko to, co najlepsze," prycha. To kurwa nie o to chodzi, kobieto.
"Niech pani spróbuje to wytłumaczyć mojemu pięciolatkowi," przewracam oczami, bo to kurwa nie o to chodzi, kobieto.
"Amerykański śmieciu," kobieta wydaje z siebie dźwięk plucia w moim kierunku.
"Kobieto, masz szczęście, że są tu nasi synowie, bo niczego bardziej nie pragnę, niż wbić twoją głupią twarz w to biurko," mówię cicho, żeby tylko ona mogła mnie usłyszeć. "Twój syn położył swoje brudne łapy na własności mojego syna. Oby to się nie powtórzyło," zdejmuję torbę z biurka. "Zrozumiano?" Powtarzam to jej po francusku i cała jej postawa się sypie. "Zdaje się, że to do ciebie dotarło,"
"Pozwoli pani, żeby odzywała się do mnie w ten sposób? Płacę grube pieniądze, żeby mój syn tu chodził-"
"Ja też. Mam tutaj dwoje dzieci," prycham. "I jestem w komitecie,"
"Pani ma dwoje dzieci?" wpatruje się we mnie morderczo.
"Skończyłyśmy?" pytam dyrektorki.
"Przepraszam, panno Altaha," przeprasza. "Czy mogę dla pani coś zrobić, póki pani tu jest?"
Jej ton sprawia, że żałuję, że nie jestem silną, niezależną i wykształconą kobietą z rezerwatu w Kalifornii. Został zaledwie tydzień. Ja nie potrzebuję tego gówna i bliźniaki też nie.
"Może pani przyprowadzić moją córkę na zewnątrz i poproszę o ich świadectwa," kiwam głową. Kobieta spina się i przenosi wzrok między mną a kobietą stojącą obok mnie.
"Panno Altaha, dopilnuję, aby własność pani syna nigdy więcej-"
"To bez znaczenia. Zabieram swój amerykański tyłek z powrotem do ojczyzny. Nie chcę, żeby brzydkie maniery waszych ludzi przeszły na moje dzieci. Jak nie jedno, to drugie. Wciąż pani składa te puste obietnice, ale oto znów tu jesteśmy. Ten mały chłopiec od miesięcy sprawia problemy Aizenowi, a wy tylko pozwalacie, żeby jego niewychowana matka mówiła do nas tak, jakbyśmy nie rozumieli, co mówi.
"Francuski to ich pierwszy język, Suko," przenoszę uwagę na kobietę. "A ty nauczyłaś mojego bardzo dobrze wychowanego syna kilku słów, za które musiałam go ukarać. Więc nie, nie ma mowy, żeby moje dzieci zostały tu na kolejny rok. Dziękuję więc za wasze usługi. Miejmy nadzieję, że żadna z was nie będzie nigdy traktowana jak ścierwo, kiedy przyjedziecie do Stanów. Ale patrząc na was obie. Wątpię, że będzie was kiedykolwiek na to stać. Poczekam na córkę i dokumenty na zewnątrz,"
Aizen zeskakuje z krzesła w swoim małym mundurku i wychodzi za drzwi, które dla niego trzymam otwarte. Sadzam go na jedynym wolnym krześle i zauważam jego rozwiązane sznurówki. Zaczynam je wiązać i patrzę w górę, żeby zobaczyć, że on wpatruje się we mnie z szelmowskim uśmieszkiem.
"Przepraszam, mamusiu," szepcze. Wzdycham i odpowiednio podciągam mu skarpetkę.
"Co ci zrobił?" pytam.
"To bez znaczenia," kręci głową.
"Dla mnie ma znaczenie, synu. Nie pomogę ci poczuć się lepiej, jeśli ze mną nie porozmawiasz," odgarniam jego ciemne włosy z twarzy. On spogląda na swój rękaw i unosi go. Od jego nadgarstka do wewnętrznej strony łokcia widnieją trzy zadrapania. "Pokazałeś swojemu nauczycielowi?"
"Ich to nie obchodzi, mamusiu," wzrusza ramionami. "Bardzo mocno go zbiłem,"
Oboje się śmiejemy. Zerkam na tamtego chłopaka, gdy jego mama wychodzi z gabinetu. Rzeczywiście go pobił. Ma siniaka na policzku i ślad na dłoni, gdzie Aizen go ugryzł. Ma rację. Od samego początku jasno nam dano do zrozumienia, gdzie nasze miejsce. Nie tylko jestem Amerykanką, ale nie taką z ładnymi blond włosami i niebieskimi oczami.
Moja mama taka była, ale nie mój ojciec, i chociaż nie jestem tak czerwona jak on, bardzo go przypominam i moje dzieci też. Ciemne włosy i opalona skóra. To stygmat, od którego nigdy nie uciekniemy. Ani tutaj, ani w domu. Ale to kształtuje charakter, a moje dzieci zdążyły się do tego przyzwyczaić.
W większości pozwalają, aby to ich dokonania mówiły same za siebie. Oboje są niesamowicie mądrzy i utalentowani. Zdają sobie z tego sprawę. Miałam to zignorować, ale te ślady mogą zostawić bliznę. Ten skandal może być tym ostatecznym 'pieprzcie się', jakiego ten kraj potrzebuje.
"Mamusiu," Ayrie biegnie w naszą stronę. Jej małe ciałko uderza o moje. "Wracamy do domu?"
"Tak," przytakuję. "Zmykajmy stąd,"
















