"Mamo, mam dla ciebie prostą pozycję" - mówi Aizen i kładzie przede mną notatnik.
"Propozycję" - poprawiam go. Jaki on jest uroczy! Ach! Dobra, Phoebe, bądź poważna. Nie śmiej się.
"Przecież tak powiedziałem" - przewraca oczami.
"Zaczekajcie, już jestem" - mówi Ayrie, wbiegając ze swoim różowym zabawkowym laptopem i pasującą do niego torbą. Myszka od laptopa ciągnie się po podłodze obok niej i aż dziw, że się o nią nie potknęła.
Kładzie je na stole w jadalni. Moje maleństwo ma na sobie swój ulubiony płaszczyk i plastikowe pantofelki księżniczki z kufra ze strojami. To pierwszy raz, kiedy ta dwójka w ten sposób łączy przeciwko mnie siły. Robię im ukradkiem kilka zdjęć, gdy nie patrzą.
"Mówiłem ci, żebyś się pospieszyła" - Aizen próbuje poprawić jej włosy, podczas gdy ona stara się zdjąć pasek od torby.
"Robiłam się na bóstwo" - prycha Ayrie.
"To niemożliwe." Przewraca oczami, a ona szturcha go bez przekonania, po czym wraca do swojego zajęcia.
Zebranie zabawek zajmuje im chwilę. Otwiera laptopa, o którym uparcie twierdziła, że jest jej niezbędny do nauki matematyki, i rzeczywiście pomógł. To wszystko, co on robi. Uczy ją dodawania i odejmowania. Próbowała poziomów z mnożeniem i zorientowała się, że przy mnożeniu przez jeden wynikiem zawsze będzie mnożona liczba. Ma mnóstwo fajnych gier. W pierwszym tygodniu od zakupu nie mogliśmy się od niego oderwać. Zabawka pika i zaczyna się uruchamiać, a ona otwiera torbę. Kiwam głową, gdy wyciąga z niej plastikowego banana, pomidora i paczkę kredek. Są w stu procentach niezbędne.
"Gdzie jest myszka?" - rozgląda się.
"Znalazłem" - Aizen zeskakuje z krzesła, by ją podnieść.
"Dziękuję" - bierze ją od niego i pomaga mu z powrotem wejść na krzesło. "Gotowe."
"Nasza prosta pozycja" - Aizen macha rękami nad zabawkami i papierami. Wsuwa kartkę, na której wielkimi, koślawymi literami napisano słowo szczeniak. Na samym dole widnieją ich nabazgrane imiona jako podpisy.
"Rozumiesz, mamusiu?" - pyta Ayrie, krzyżując ramiona na stole.
Są w tej kwestii śmiertelnie poważni. Więc gram z nimi. Sięgam do torebki po okulary i je zakładam. Ayrie z ekscytacją klepie Aizena w ramię, ale on skupia na mnie całą swoją uwagę. Udaję, że wczytuję się w ich propozycję, a potem odkładam ją na stół.
"Szczeniak, co?"
"Tak, prosimy" - mówią oboje jednocześnie.
"Mogę to przemyśleć?" - pytam. "Tak, żebym i ja mogła wymyślić własną prostą pozycję?"
"Sekundkę" - mówi Ayrie i pochyla się w stronę Aizena, przykładając dłonie do jego ucha, żeby mu coś wyszeptać. On słucha, po czym zamieniają się rolami. Opieram się w fotelu i widzę Kendrę, która stoi w przedpokoju, robiąc wszystko, by zachować ciszę. "Jak długo to potrwa?"
"Zazwyczaj mam czas do końca tygodnia" - wzruszam ramionami. "Chcecie przecież, żeby mamusia naprawdę to przemyślała."
"Uch, to strasznie długo, mamo" - narzeka Aizen.
"Wiem. Szczeniak to wielka odpowiedzialność. Musielibyście go karmić i pilnować, żeby pił wodę. Musielibyście nauczyć go załatwiać się na dworze, a potem sprzątać jego kupki i siusiu. Ja nie chcę tego robić i Kenny też nie. Bo to fuj" - wzruszam ramionami.
"My możemy to robić" - obiecuje Ayrie.
"Dobrze. Do końca tygodnia." Aizen przewraca oczami.
"A co ja ci mówiłam o przewracaniu oczami?" Patrzę na niego surowo.
"Przepraszam" - uśmiecha się.
"Cwaniaczek. Bardzo dobrze. Zastanowię się nad tym do końca tygodnia. Chciałabym też, żebyście oboje przemyśleli to, co wam powiedziałam. Nie możecie oczekiwać, że ja i Kenny będziemy opiekować się waszym szczeniakiem. To będzie wasze zadanie. Po pracy możemy pojechać do sklepu po kalendarz, żebyście mogli ułożyć listę obowiązków. Może dodamy do niej szczeniaka, żebyście zobaczyli, ile to pracy."
"Zgoda" - zgadzają się oboje od razu.
"W porządku, sprzątnijcie ze stołu. Pora na śniadanie." Biorę ich propozycję i chowam do torby. Poproszę asystenta, żeby oprawił mi to w ramkę do biura. Potem dołączę do tego ich zdjęcia. Uwielbiam szczeniaki. Po prostu nie mogłam sobie na niego pozwolić, bo dużo podróżujemy.
"Pomóż" - Ayrie łapie Aizena za ramię, żeby nie pozwolić mu odejść.
"Niech będzie" - warczy i zabiera trochę jej rzeczy.
"Wiesz, że możemy to zrobić" - mówi Kendra, pomagając mi podać im śniadanie. "Nie będziemy już w ciągłym ruchu, skoro siedzisz u szczytu stołu. Xochtl nie chce cię więcej na wybiegu. Powiedziała, że Francis narobił tu ogromnego bałaganu. Chce, żeby to naprawić. A to oznacza dłuższe dni z dala od bliźniaków, Mamo."
"Tak" - przyznaję. "Ale szczeniak tego nie zrekompensuje."
"Racja. Ale odwróci ich uwagę. Miejmy nadzieję, że na tyle długo, byś zdążyła się tu zadomowić."
"Skontaktowałaś się już ze szkołą?"
"Tak. Pani dyrektor powiedziała, że spotka się z nami w środę rano. Pasuje ci?"
"Tak, im szybciej, tym lepiej" - przytakuję.
"Wszystko zorganizuję" - klepie mnie po głowie.
"Naleśniki!" Ayrie wierci się na krześle.
Kendra odwraca ich uwagę, gdy mówię im, że niedługo będę musiała wyjść. Zazwyczaj muszę wymykać się ukradkiem, bo inaczej Ayrie płacze. Lubię czasem zabierać ją ze sobą, ale zanim wpuszczę ją do nowego biura, muszę rozeznać się w terenie. Chcę wiedzieć, w czyim towarzystwie będą przebywać. Zadają mnóstwo pytań.
Cevin, mój osobisty asystent, czeka na mnie, gdy schodzę do holu. Na zewnątrz są już aparaty. Oboje ciężko wzdychamy. To jedna z rzeczy, za którymi będę tęsknić w Paryżu. Tutejsi paparazzi są o wiele bardziej wygłodniali niż tam, a ja jestem nową, lśniącą zabawką.
Pytania padają w moją stronę jak z karabinu, gdy tylko wychodzimy na zewnątrz. Cev ściągnął dzisiaj dużych chłopaków. Ochroniarze odpychają obiektywy, podczas gdy ja jestem prowadzona do samochodu, a Cevin idzie tuż za mną. Sadowimy się w środku i oddycham z ulgą. Przynajmniej nikt nie oblał mnie dzisiaj farbą.
















