[Z perspektywy Genevieve]
Dziś mój chłopak, Theodore, w końcu oświadczy mi się w obecności mojego ojca.
Nie uprzedził mnie o tym, ale wśród służby szeroko dyskutowano o tym już od całego tygodnia. Jeśli chciał, by była to niespodzianka, byłam bardziej niż gotowa udawać zaskoczenie.
Nie byłam jednak pewna, czy zdołam to dobrze ukryć, gdy już go zobaczę. Sama myśl o tym, co miało się wydarzyć, przyprawiała mnie o dreszcz ekscytacji.
Minęły wieki, odkąd rodzina Ravenscroftów ostatni raz planowała ślub. Właściwie ostatnim prawdziwym zgromadzeniem, jakie odbyło się w tej wspaniałej posiadłości, był drugi ślub mojego ojca z moją macochą, Beatrice.
Beatrice była dumną kobietą, której pomalowane na czerwono usta zawsze układały się w wyraz arogancji i roszczeniowości. Interesy tej kobiety ograniczały się ściśle do niej samej lub jej córki, Arabelli. Nie muszę dodawać, że nigdy nie omieszkała sprawić, bym czuła się gorsza od innych. Dla niej byłam kimś niewiele lepszym od kolejnej służącej. Utrapieniem. „Dzikim dzieckiem”.
W pewnym sensie chyba faktycznie byłam dzika. Z pewnością nie zachowywałam się konwencjonalnie na płaszczyźnie towarzyskiej, to było pewne. Dorastając, znajdowałam ukojenie raczej wśród personelu watahy niż wśród własnych krewnych.
Ale już dawno przestałam przejmować się ich opinią. W miarę jak zbliżaliśmy się z Theodore'em, uświadomiłam sobie, że tym, czego naprawdę pragnęłam, była ta jedna rzecz, której nigdy nie miałam. Rodzina. Prawdziwa wataha, którą mogłabym nazwać swoją własną. I byłam bardziej niż gotowa, by mieć to wszystko z Theodore'em.
Miłość, która narodziła się między nami, rozkwitła niczym wyjątkowy kwiat. Z czasem stał się powodem, dla którego pragnęłam czegoś więcej poza posiadłością. W najtrudniejsze dni sama myśl o nim sprawiała, że się uśmiechałam i czułam lepiej.
*Puk. Puk. Puk.*
Odwróciłam głowę na dźwięk cichego pukania do drzwi.
– Panienko Genevieve – zawołała łagodnie jedna ze służących. – Wszyscy czekają na panienkę w salonie. Musi się panienka przygotować.
Promienny uśmiech wykrzywił moje wargi, gdy znów ogarnął mnie wir radosnego oszołomienia. Odrzuciwszy pościel, wyskoczyłam z łóżka i popędziłam w stronę szafy. Chwyciłam jedną z moich lepszych sukienek i szybko zamknęłam się w łazience.
W przeciwieństwie do mojej przyrodniej siostry wolałam szykować się rano bez pomocy kilku pokojówek. Uważałam, że to proces, który trwa zdecydowanie zbyt długo. Kiedy byłam już odpowiednio ubrana, szybko ułożyłam włosy i zdecydowałam się na lekki, naturalny makijaż.
Rzuciwszy sobie ostatnie spojrzenie w lustrze, wymknęłam się z pokoju.
Idąc w stronę głównego salonu, minęłam niewielką grupkę członków personelu; wszyscy spoglądali na mnie pobladli, z poważnym wyrazem twarzy.
Zupełnie jakby wiedzieli o czymś, o czym ja nie miałam pojęcia.
Niewiele brakowało, bym się zatrzymała i zapytała, co się stało. Jednak wystarczyło kilka kroków i już stałam w progu salonu. Szybko odkryłam, że energia w pomieszczeniu jest równie chłodna i ponura, co w korytarzu.
Cała ekscytacja, która narastała we mnie aż do tego momentu, natychmiast wyparowała.
Mój ojciec i macocha stali po jednej stronie, podczas gdy Theodore i Arabella zajęli miejsca po drugiej. Jak zwykle, moje serce zabiło mocniej, gdy mój wzrok padł na Theodore'a.
Jednak jego wzrok pozostawał utkwiony w podłodze; nie zaszczycił mnie ani jednym spojrzeniem.
O co chodziło?
Spróbowałam do niego podejść. – Theodore? Co...
– Genevieve. – Beatrice sprawnie zastąpiła mi drogę, odcinając mnie od Theodore'a z tym swoim typowym, wyuczonym uśmiechem na ustach. – Widzisz, kochanie... Cóż, nastąpiła nagła zmiana.
Zmarszczyłam pytająco brwi. Nagle mój ojciec, odzywając się swoim lodowatym tonem, przeszedł od razu do rzeczy.
– Siadaj – rozkazał.
Gdy tylko zajęłam miejsce, Theodore zrobił mały krok naprzód. Jego surowe spojrzenie sprawiło, że mój niepokój zaczął buzować tuż pod powierzchnią.
Dlaczego na mnie nie spojrzy? Czy coś się stało?
– Przyszedłem prosić o rękę Arabelli, Genevieve – powiedział krótko. W jego głosie nie dało się wyczuć ani krztyny emocji.
Zszokowana, otworzyłam szeroko oczy i usta.
Arabella wślizgnęła się z powrotem do jego boku i celowo wtuliła w jego ramię z zadowolonym uśmieszkiem, jakby chciała zakpić z mojej nagłej straty.
– Widzisz, uznałem, że Arabella jest dla mnie znacznie lepszą partią.
Z trudem szukałam właściwych słów. – Lepszą partią...?
– Arabella uosabia wyrafinowane cechy, jakie powinna posiadać córka Alfy. Gdyby w przeszłości nie odrzuciła moich zalotów, nigdy bym do ciebie nie przyszedł – wyjaśnił Theodore.
Serce zacisnęło mi się w piersi tak mocno, że bałam się, iż zaraz imploduje.
Nigdy mnie nie kochał.
Cały ten czas, który spędziliśmy na poznawaniu się i planowaniu wspólnej przyszłości, był kłamstwem. Nic z tego nie było prawdziwe.
– Więc tylko mnie wykorzystałeś, by trzymać się blisko watahy, tak? – zapytałam słabo. W kącikach moich oczu wezbrały łzy.
– Nigdy cię nie kochałem – oświadczył. – Zabiegałem o ciebie tylko dlatego, że Arabella początkowo mnie odrzuciła.
Beatrice podeszła do mnie i od niechcenia poklepała mnie po ramieniu. Nie sposób było nie dostrzec jej satysfakcji z mojego upokorzenia i agonii, gdy jej ton stał się protekcjonalny.
– Arabella zmieniła zdanie co do Theodore'a po tym, jak zobaczyła niedawne sukcesy jego watahy – stwierdziła. – Bądźmy ze sobą szczerzy, Genevieve. Naprawdę wierzyłaś, że ktoś taki jak ty mógłby stworzyć udane i owocne małżeństwo z Theodore'em? Wiesz, jako starsza siostra, naprawdę powinnaś usunąć się w cień dla Arabelli. Ona zasługuje na szansę na coś wyjątkowego i ważnego.
To była ta sama historia co zawsze – kiedykolwiek Arabella pragnęła czegoś mojego, po prostu to brała.
Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Pośpiesznie odsunęłam się od Beatrice na bezpieczną odległość. Powstrzymując żałosne łzy nad moją zrujnowaną przyszłością u boku mężczyzny, o którym myślałam, że mu na mnie zależy, czekałam, aż mój oddech się uspokoi. Jedyną pocieszającą myślą był fakt, że większość sukcesu Theodore'a wynikała wyłącznie z moich starań i wysiłków.
Spędziłam miesiące na projektowaniu i planowaniu szlaków handlowych oraz budowaniu osobistych relacji z sąsiednimi watahami, których narzędzia i zapasy były kluczowe dla rozwoju i przyszłości watahy Theodore'a. Tymczasem troski Arabelli sprowadzały się wyłącznie do niej samej. Nigdy nawet nie odezwała się do służącego, jeśli nie wiązało się to z jakąś samolubną potrzebą.
Cały ten poświęcony czas, cała ta energia i wysiłek należały do mnie – Arabella nie miała w tym żadnego udziału. Nie miała najmniejszego pojęcia o tym, jak należycie dbać o watahę. A jednak wszyscy wierzyli, że to ona jest idealną partią dla Theodore'a. Ja jednak wiedziałam swoje.
Czas ukaże wszystkim prawdę.
Niestety, Beatrice nie skończyła jeszcze swoich wywodów na temat tego, jak cudownie Theodore i Arabella do siebie pasują. Szczerze mówiąc, miałam wielką ochotę opuścić salon i wrócić do łóżka. Co zaskakujące, temat rozmowy znów zszedł na mnie.
– Nie ma powodu, byś dalej tu przesiadywała i rozmyślała, skoro twój ojciec i ja znaleźliśmy ci już lepszego męża – skomentowała.
Gwałtownie odwróciłam głowę, posyłając kobiecie zszokowane spojrzenie. Bez trudu dostrzegłam podekscytowany błysk w jej oczach.
Mój żołądek zacisnął się ze strachu i natychmiast zrozumiałam, że to nic dobrego.