POV Valerie
Król Likanów.
Te słowa echem odbijały się w moim umyśle, uderzając o ściany czaszki, aż poczułam je jako fizyczny ciężar. Władca wszystkich wilkołaków. Mężczyzna, który zasiadał na tronie z kości i legend, najpotężniejsza istota w istnieniu zaraz po samej Księżycowej Bogini. Był bezwzględnym, pozbawionym serca potworem przeklętym nieśmiertelnością, cieniem, który rzadko opuszczał swoje własne, skute lodem terytoria.
A on był moim przeznaczonym.
Gdybym nie była tak przytłoczona nagłym, gorączkowym intruzem krzyczącym w mojej głowie, mogłabym się roześmiać na samą absurdalność tej sytuacji. Ale głos w moim umyśle się nie śmiał. Jęczał jak suka w rui, wydając z siebie pierwotny, desperacki dźwięk, od którego moja skóra oblała się gorącem, nad którym nie mogłam zapanować.
*"Przeznaczony! Przeznaczony! Przeznaczony! Juhu! W końcu go znalazłyśmy! O moja Bogini, Valerie, spójrz na niego! Tak bardzo cię kocham, Księżycowa Bogini, dziękuję! On jest tak cholernie gorący. Spójrz na te ramiona, spójrz na tę linię szczęki. Nie mogę uwierzyć, że jest nasz! Ugryź nas! Błagam, niech on nas teraz ugryzie!"*
Miałam ochotę krzyczeć. Chciałam sięgnąć do własnego mózgu i wyciągnąć cokolwiek, co wydawało z siebie ten żenujący dźwięk. W ciągu godziny moje życie zamieniło się w chaotyczny wir. Po pierwsze, zostałam wyrwana z zimnych objęć śmierci i porzucona w przeszłości – dokładnie w dniu, w którym miałam poślubić tego zdradzieckiego drania, Declana. Po drugie, słyszałam głosy, co zazwyczaj oznaczało bilet w jedną stronę do wyściełanej celi.
A po trzecie...
Przełknęłam ciężko ślinę, nie odrywając wzroku od mężczyzny stojącego kilka centymetrów ode mnie. Zapierał dech w piersiach w sposób, który wydawał się niebezpieczny, jak patrzenie prosto w zaćmienie słońca. Jego rysy były wyrzeźbione w granicie, zimne i idealne, a jego oczy – przenikliwe, nienaturalnie srebrne – zdawały się patrzeć przez moją skórę, przez moje kości, prosto w zgliszcza mojej duszy.
Król Likanów. Mój przeznaczony.
Moje serce waliło o żebra tak mocno, że myślałam, iż naprawdę połamie mi kości. Moje dłonie płasko opierały się na jego klatce piersiowej z zamiarem odepchnięcia go, ale to było jak próba przesunięcia góry. Nie drgnął nawet o milimetr. Jego mięśnie były gęste i twarde, emanując przerażającą ilością ciepła, które przenikało przez moje rękawiczki wprost do moich żył.
Cała sala zapadła w ciszę tak gęstą, że aż duszącą. Powietrze było naładowane napięciem, które smakowało ozonem. Wszyscy – goście, starszyzna, wojownicy – wpatrywali się w niego, jakby widzieli ducha. Albo boga.
Udało mi się na ułamek sekundy oderwać od niego wzrok i spojrzeć w stronę głównego stołu. Mój ojciec, Alfa Evander, zastygł w bezruchu. Z otwartymi ustami i oczami wybałuszonymi z czystego niedowierzania wskazywał na Króla drżącym palcem. Wyglądał jak człowiek, który zapomniał, jak się oddycha.
*Pomóż,* wyszeptałam bezgłośnie w jego stronę. *Pomóż mi.*
Mój ojciec zamrugał, wyrywając się z osłupienia. Zaczął wstawać, z bladą twarzą, ale zanim zdążył wypowiedzieć choćby jedno słowo, głos niczym grzmot uderzenia pioruna rozdarł ciszę.
"Padnijcie na kolana przed Królem!"
Rozkaz dobiegł od czarnowłosego mężczyzny stojącego na środku przejścia – bez wątpienia Bety Króla. Jego oczy były ostre, skanując pomieszczenie z drapieżnymi zamiarami.
"Okażcie szacunek Królowi Likanów!" ryknął.
"O moja Bogini, to naprawdę on," ktoś z tłumu wydał z siebie zduszony okrzyk.
Reakcja była natychmiastowa. Niczym fala spadających kostek domina, każda osoba w sali padła na ziemię. Dźwięk setek kolan uderzających o podłogę odbił się echem jak stłumione bicie w bęben. Alfowie najsilniejszych watah, mężczyźni, którzy spędzili życie, żądając szacunku, teraz drżeli, przyciskając czoła do dywanu.
Z zapartym tchem patrzyłam, jak nawet mój ojciec idzie w ich ślady. A potem był Declan. Mój "narzeczony". Mężczyzna, który zamordował mnie w moim poprzednim życiu. Jego twarz, która jeszcze przed chwilą była wykrzywiona w masce zaborczej furii, teraz stanowiła portret czystego, nieskażonego przerażenia. Upadł na kolana tak szybko, że prawie się potknął, nisko opuścił głowę, a jego ciało drżało, jakby stał w środku zamieci.
Ten widok powinien dawać satysfakcję, ale byłam zbyt skupiona na mężczyźnie, który wciąż mnie trzymał. Każda najmniejsza osoba w tym pomieszczeniu się poddała, a ja wciąż stałam, podtrzymywana żelaznym uściskiem Króla.
W moim poprzednim życiu Król Likanów był mitem. Siedział w swojej północnej fortecy, nietykalny i odizolowany. Nigdy nie pojawiał się na weselach. Nigdy nie mieszał się w politykę południowych watah. Więc dlaczego teraz? Dlaczego tym razem wszystko było inaczej? Czy to dlatego, że wróciłam?
Moje myśli zostały ucięte, gdy Król się poruszył. Nie odezwał się. Nachylił się, a jego ruch był powolny i celowy. Jego oddech owiewał moją skórę, gorący, o zapachu mięty i czegoś mrocznego, czegoś starożytnego. Opuścił głowę w stronę mojej szyi, ocierając się nosem o wrażliwą skórę tuż pod moim uchem.
A potem mnie obwąchał.
*Łup. Łup.*
Moje tętno oszalało. Uczucie jego nosa na mojej skórze posłało wstrząs elektryczny prosto do mojego wnętrza. To nie był tylko zapach; to było roszczenie.
*"Kurwa! Pachnie jak las po burzy. Valerie, nie zniosę tego. Myślisz, że nas naznaczy? Musi nas naznaczyć! Spójrz na niego, jest idealny!"*
Wciągnęłam drżący oddech. *Naznaczy nas?* Głos w mojej głowie – to był mój wilk. Wreszcie miałam wilka. W moim pierwszym życiu byłam "późnym kwiatem", który nigdy nie zakwitł. Byłam hańbą mojej watahy, pozbawioną wilka córką Alfy. Ale teraz ona tu była i całkowicie oszalała na punkcie mężczyzny, który właśnie wdychał mój zapach.
Jego nos zjechał w dół do zagłębienia mojej szyi, a jego zarost musnął moją skórę. Moje ciało natychmiast mnie zdradziło. Ugięły się pode mną kolana i poczułam, że chcę odchylić głowę do tyłu, dać mu większy dostęp, pozwolić mu zatopić zęby w moim ciele i zgłosić do mnie prawo wprost przed tym tłumem kłaniających się ludzi.
"To niemożliwe," wymamrotał w końcu Król.
Jego głos był niskim, żwirowym zgrzytem, który wibrował na mojej skórze. Odsunął się, a jego srebrne oczy ponownie napotkały moje. Intensywność wciąż tam była, ale gorąco zniknęło, zastąpione błyskiem niedowierzania. A potem pojawiło się coś znacznie gorszego.
Wstręt.
"Moja przeznaczona?" szepnął, a jego głos był ledwo słyszalny, jakby próbował przekonać samego siebie do kłamstwa. "To absolutnie niemożliwe."
Spojrzał na mnie, jakbym była czymś, w co wdepnął – czymś nieistotnym i zepsutym.
Wokół nas zaczęły się szepty. Wilkołaki na podłodze nie potrafiły się powstrzymać; ich ciekawość brała górę nad strachem.
"Przeznaczona? Pozbawiona wilka córka Alfy Evandera jest przeznaczoną Króla?"
"Czy to przeznaczona drugiej szansy? Przecież Król nigdy nie miał żadnej przeznaczonej!"
"Spójrzcie na nią… nie ma nawet własnego zapachu. Jest bezużyteczna."
Szepty raniły, ale to wyraz oczu Króla naprawdę wzniecił ogień w moim wnętrzu. Wstręt. Odrzucał więź, zanim w ogóle się zaczęła, z powodu tego, za kogo mnie uważał. Widział słabą, pozbawioną mocy dziewczynę w białej sukni, a nie kobietę, która przeżyła rzeź i wróciła po krew.
Moje oczy powędrowały do Declana. Nadal klęczał, ale jego dłonie potajemnie wyciągały się, chwytając dłoń Lydii tam, gdzie klęczała obok niego. Myśleli, że są dyskretni. Myśleli, że jestem zbyt rozproszona przez Króla, by to zauważyć.
Wściekłość, zimna i ostra, zalała mój organizm. Wspomnienie mojej śmierci – śmiechu Declana, drwiącego uśmiechu Lydii, krwi mojego ojca na podłodze – zalało mnie falą. Nie zreinkarnowałam się, by być rozczarowaniem jakiegoś Króla. Nie zostałam przywrócona do życia, by być "niedogodnością".
Byłam tu dla zemsty.
Nie obchodziło mnie, czy był Królem Likanów. Nie obchodziło mnie, czy jego aura właśnie próbowała zmiażdżyć duszę każdego w tym pomieszczeniu. Uniosłam ręce i stanowczo położyłam dłonie na jego klatce piersiowej, spotykając jego srebrne spojrzenie z wyzywającym błędem, który sprawił, że jego oczy nieznacznie się rozszerzyły.
"Masz rację, mój Królu," powiedziałam. Miałam zamiar to wyszeptać, ale mój głos niósł się przez cichą salę, czysty i ostry. "To błąd. Ogromny. Więc, jeśli skończyłeś już swoją ocenę, miałbyś coś przeciwko puszczeniu mnie? Byłam w trakcie czegoś, zanim zdecydowałeś się przerwać."
Zbiorowe westchnienie rozeszło się po sali. Ludzie naprawdę podnieśli głowy, ryzykując gniew Króla, byle tylko zobaczyć dziewczynę, która miała czelność odzywać się do niego, jakby był irytującym gościem.
Wyraz twarzy Króla nie zmienił się, ale jego oczy się zwęziły. Teraz mnie studiował, szukając strachu, który powinien tam być. Szukał uległej wilczycy, która powinna czołgać się u jego stóp. Nie znalazł jej.
Wypięłam pierś, odmawiając mrugnięcia. "Czy mógłbyś. Łaskawie. Mnie. Puścić."
Przez ułamek sekundy myślałam, że może skręcić mi kark. Potem, powoli, jego palce rozplotły się z mojej talii. Zrobił celowy krok do tyłu, jego obecność wciąż unosiła się jak cień, ale fizyczny kontakt został zerwany.
Moje ciało krzyczało z powodu utraty jego dotyku. Mój wilk wydał z siebie przygnębiony skowyt, ale zablokowałam ją. Odwróciłam się plecami do Króla Likanów, ignorując fakt, że prawdopodobnie byłam pierwszą osobą od stulecia, która to zrobiła i przeżyła.
Skupiłam całą swoją uwagę dokładnie tam, gdzie należała: na Declanie.
"Pan młody" wciąż klęczał, spoglądając na zmianę na mnie i na Króla z mieszaniną dezorientacji i rosnącej chciwości. Zobaczył szansę na wspięcie się jeszcze wyżej. Jeśli jego "narzeczona" była przeznaczoną Króla, to kim to czyniło jego?
Wstał, otrzepując garnitur, próbując odzyskać choć pozory godności. Zrobił krok w moją stronę, a jego twarz złagodniała, przybierając ten fałszywy, manipulacyjny wyraz, który kiedyś byłam na tyle głupia, by kochać.
"Valerie… skarbie," zaczął, a jego głos ociekał fałszywą troską. "Co się dzieje? Zachowujesz się tak dziwnie. Król… musiał cię zdezorientować."
Wyciągnął do mnie rękę, a jego palce zacisnęły się na moim ramieniu.
W chwili, gdy mnie dotknął, coś we mnie pękło. To nie była więź z Królem – to było wspomnienie noża w moich plecach.
Nie myślałam. Zareagowałam.
*TRZASK.*
Dźwięk mojej dłoni uderzającej w jego twarz zabrzmiał jak wystrzał. Włożyłam każdą uncję mojej wściekłości, każdą odrobinę cierpienia z mojego poprzedniego życia w ten zamach.
Głowa Declana odskoczyła w bok. Zatoczył się do tyłu, jego dłoń powędrowała do policzka, a oczy rozszerzyły się w szoku. Całe pomieszczenie było sparaliżowane. Można by usłyszeć upadek szpilki na drugim końcu terytorium watahy.
"Nie waż się nazywać mnie ‘skarbie’, ty draniu," syknęłam, a mój głos drżał z wściekłości, która przypominała płynny ogień. "Nie po tym, co zrobiłeś!"
Declan zamrugał, marszcząc brwi w próbie zgrywania ofiary. Rozejrzał się po pokoju, szukając wsparcia, ale wszyscy byli zbyt przerażeni Królem – który wciąż stał tuż za mną – by w ogóle się poruszyć.
"Skarbie, o czym ty mówisz?" wyjąkał Declan, a jego głos podniósł się w udawanej desperacji. "Co zrobiłem? Kocham cię! Dziś jest nasz ślub!"
Znów spróbował podejść bliżej, wyciągając rękę, jakby chciał uspokoić przerażone zwierzę.
Wkroczyłam w jego przestrzeń, przewiercając go wzrokiem. Smród jego zdrady był bardziej obrzydliwy niż jakikolwiek zapach w tym pomieszczeniu.
"Co zrobiłeś?" powtórzyłam, a mój głos opadł do zabójczego szeptu. "Jak śmiesz mnie o to pytać, skoro masz już swoją przeznaczoną?!"
















