Po druzgocącym odrzuceniu przez swojego towarzysza w tym samym dniu, w którym wybrał on jej prześladowczynię, Valerie zostaje oddana najbardziej przerażającemu mężczyźnie w świecie likanów – Królowi Likanów, Kravosowi. Aby uciec od życia w poddaństwie i widoku swojej pierwszej miłości wychowującej dziecko innej kobiety, zgadza się zostać zastępczą Luną dla władcy znanego jako Alfa Śmierci. Alfa Kravos jest niczym góra tajemnic, to król-wojownik, którego ciało pod królewskimi szatami stanowi mapę blizn. Miał poślubić córkę Alfy, a jednak zamiast niej rościł sobie prawo do Valerie. Podczas gdy świat widzi w niej jedynie słabą służącą z milczącym wilkiem, Kravos patrzy na nią z głodem płonącym goręcej niż iskry ich nowej więzi. Skrywa on jednak sekret dotyczący tego, dlaczego tak naprawdę wybrał „nikogo”, by zasiadła na jego tronie. Gdy śmiertelna zasadzka rzuca Valerie w samo centrum wojny likanów, dziewczyna uświadamia sobie, że jej nowe życie jest o wiele niebezpieczniejsze niż to, które zostawiła za sobą. Pomiędzy królem, który nie zamierza jej wypuścić, a więzią przeznaczenia, która niespodziewanie budzi się do życia, Valerie musi odkryć własną moc, zanim mroczna przeszłość Kravosa pochłonie ich oboje. Czy jest ona tylko jego pionkiem, czy może towarzyszką drugiej szansy, która zdoła uleczyć Alfę Śmierci?

Pierwszy Rozdział

*Valerie* „Tinsley!” – wołam w pustym korytarzu, a moje serce wali jak oszalałe, podczas gdy żołądek skręca się ze strachu. Z wszystkich dni, w których córka Alfy mogła zniknąć, musiała wybrać akurat dzień swojego ślubu. Krzywię się na widok drzwi na końcu korytarza – na klamce wisi skarpetka. Przewracam oczami. Ewidentnie znalazła sobie kogoś na noc i zaspała. Ostatnio to u niej norma. Szarpię za klamkę, ale drzwi są zamknięte. Jęczę z irytacji, wyciągam wsuwkę z włosów i zaczynam grzebać w zamku. Słychać kliknięcie, drzwi stają otworem, a w moją twarz uderza boski zapach eukaliptusa i topoli. Mój wilk ożywa, a ja szeroko otwieram oczy, wchodząc do pokoju. Zapalam światło, a serce zamiera mi w piersi. Tinsley siedzi w nogach łóżka, owinięta białą pościelą, z rozczochranymi włosami i rozmazanym makijażem. Patrzy na mnie z przerażeniem, po czym zakrywa usta i biegnie do łazienki, dławiąc się po drodze mdłościami. Dźwięk jej wymiotów niesie się w ciszy, a ja czuję, że mój żołądek również wywraca się na drugą stronę. Walczę ze swoją wilczycą, próbując za wszelką cenę oprzeć się chęci spojrzenia w prawo i odnalezienia źródła tego zapachu. Mój mate jest w tym pokoju, ale widząc stan Tinsley, nie jestem pewna, czy chcę go poznać. Nie w taki sposób. Moje serce trzepocze, a pierś jednocześnie przeszywa ból. Jeśli on tu jest, to znaczy, że był W Tinsley… i to wystarczy, by złamać mi serce. „Val…” Jego głos jest cichy i pełen żalu, i to wystarczy, bym się rozpadła. Jace. Nie, na niebiosa, tylko nie on… „Nie…” – jęczę cicho, a w moich oczach stają łzy. Zaciskam palce na gorsecie tej absurdalnej sukni, którą Tinsley kazała mi założyć jako swojej osobistej asystentce. Jego delikatne dłonie chwytają mnie za ramię, a charakterystyczne iskry przebiegają przez moje ciało. Moje serce zapada się jeszcze głębiej. Jace przyciąga mnie do siebie, a sekundy zmieniają się w minuty, gdy spoglądam w twarz mojego najlepszego przyjaciela. Chłopaka, którego kochałam od dziecka. Mężczyzny, którego miałam nadzieję odnaleźć dziś jako mojego mate… i odnalazłam. W najgorszy możliwy sposób. „Spałeś z Tinsley?” – pytam, przełykając palącą gorycz w gardle. „Nie wiedzieliśmy, jak ci o tym powiedzieć” – rzuca Tinsley z progu łazienki. Jej oczy są czerwone, a twarz blada jak prześcieradło skrywające jej nagie ciało, ale widzę błysk satysfakcji w jej spojrzeniu. Sposób, w jaki napawa się moim bólem. „Wy jesteście…” – odwracam twarz, nienawidząc smaku tych słów na końcu języka. „Razem?” „Nie” – Jace parska suchym śmiechem, przyciągając mnie do siebie. Moje ciało płonie pod jego uzależniającym dotykiem. „Tak” – kontruje Tinsley z warknięciem. „Co?” – oboje z Jace’em mrugamy, patrząc na nią, a ona zaciska szczękę, piorunując go wzrokiem. Chciałabym zniknąć, uciec z tego koszmaru. Próbuję wyrwać się z jego uścisku. W pokoju śmierdzi potem i seksem, a każda sekunda spędzona tutaj sprawia, że mój rozpad staje się nieunikniony. Potrzebuję powietrza. Świeżego, nieskażonego, czystego powietrza. „Przecież pieprzysz się ze mną od miesięcy, Jace” – prycha. „Na tym etapie jesteśmy kimś więcej niż tylko kumplami od łóżka”. „Od miesięcy” – powtarzam, a jej słowa odbijają się echem w mojej głowie. Wyrywam się z uścisku Jace’a, próbując zetrzeć z siebie jego dotyk niczym brud. Ból w jego oczach sprawia, że przez ułamek sekundy się waham, ale zaraz cofam się jeszcze dalej. On mnie dusi, jego zapach wiruje wokół mnie, niemal kojąc, dopóki nie czuję na nim jej. Przesłodkiej wanilii i cynamonu, od których robi mi się niedobrze. „Prawie trzy miesiące, jeśli chcesz być precyzyjna” – dodaje Tinsley z obojętnym wzruszeniem ramion. Moje oczy rozszerzają się z przerażenia. Przenoszę wzrok na Jace’a, czekając na zaprzeczenie, ale on opuszcza głowę w geście porażki, a jego ramiona opadają. Jego naga pierś faluje gwałtownie, jakby w pokoju brakowało tlenu. Na moment podnosi wzrok – jego oczy błagają o litość. Wyciąga rękę, a ja wzdrygam się i cofam. „To był tylko seks, Valerie, przysięgam. Chcę mojej mate, chcę ciebie!” – podchodzi bliżej, a ja kręcę głową, wydając z siebie cichy szloch. Jace warczy i odchodzi, przeczesując dłońmi włosy. Krzyczy z frustracji. Wtedy zauważam coś na jego plecach i moje serce staje. Długie, różowe ślady po jej paznokciach. Teraz nie ma już odwrotu – żółć podchodzi mi do gardła, wypełniając usta. Przemykam obok Tinsley, biegnąc do łazienki. Wymiotuję trzema kawami, które wypiłam rano w zdenerwowaniu przed dzisiejszym dniem. Świat wiruje mi przed oczami, gdy pochylam się nad toaletą, czując, że mdleję. Łzy płyną strumieniami, gdy znów targają mną bolesne nudności. Sięgam po kawałek papieru toaletowego, wycieram usta i wyrzucam go do kosza. Zamieram, gdy dostrzegam długi, biały przedmiot wystający z kosza na śmieci. Serce wali mi w uszach, gdy wpatruję się w mały, niebieski plusik. Pozytywny test ciążowy. „Tinsley…” – wołam drżącym głosem. „Czy Jace to jedyny mężczyzna, z którym się spotykałaś?”. Zamykam oczy, modląc się w duchu, by powiedziała, że sypiała z wieloma facetami, by tliła się choć cień nadziei, że Jace nie jest ojcem. „Oczywiście, traktuję nasz związek poważnie” – ogłasza z dumą, a ja dławię w sobie szloch. Jace był moim jasnym punktem. Gwiazdą na mrocznym niebie, która rozświetlała moje życie. A teraz ta gwiazda zamieniła się w czarną dziurę, pożerającą każdą szansę na szczęście. „Miałaś dziś wyjść za mąż” – szepczę, opierając się o framugę drzwi łazienki. Nogi mam jak z waty, a obraz przed oczami mi się rozmywa. „Miałam” – odpowiada z łobuzerskim uśmiechem. „To nie jest jakiś przypadkowy Alfa, Tinsley” – mówi Jace, przypominając jej o obowiązku. Zgodziła się na ten związek, mimo że jej się to nie podobało. A Alfy Śmierci nie porzuca się ot tak, bo nagle odechciało ci się ślubu, na który już wyraziłaś zgodę. „Nie chcę być uwiązana do jakiegoś brzydkiego, pociętego bliznami alfy, którego nikt nie chce…” – Tinsley wywraca oczami. „On jest KRÓLEM Likanów z watahy Zakrytego Zaćmienia!” – syczę. „To, jak wygląda, nie ma znaczenia. Musisz się ubrać, inaczej wybuchnie wojna!”. „Nie” – warczy w odpowiedzi. „Nie, on mnie zabije, kiedy się dowie”. Przesuwa wzrok na Jace’a, który stanął za moimi plecami. Jego dłoń spoczywa na moim ramieniu, delikatnie kreśląc kółka na skórze, a ja zachłannie przyjmuję ten dotyk. Nie powinnam, ale jestem słaba, gdy chodzi o Jace’a i jego bliskość. „Wiele kobiet nie jest dziewicami w chwili odnalezienia mate czy ślubu” – wtrąca Jace. Składa pocałunek na skroni mojej głowy, a moje serce pęka z bólu. Wybiera mnie, robi to na pokaz, by ona wiedziała, że pragnie swojej mate. Że chce mnie, ale nie ma pojęcia, że jest już za późno. Widzę ból w jej oczach, który szybko ustępuje miejsca mrocznej wściekłości. Tinsley kładzie dłoń na brzuchu, pocierając go demonstracyjnie. „Ile z nich jest w ciąży z dzieckiem innego mężczyzny, Jace?” – szydzi, podchodząc bliżej. On sztywnieje, zabiera ręce, a po moich policzkach płyną łzy. Czekam tylko na ten moment – moment, w którym on zda sobie sprawę, co to wszystko oznacza. „Co?” „Jestem w ciąży” – szepcze z lekkim uśmiechem. „Jesteśmy w ciąży, Jace. Nie mogę za niego wyjść. Nie teraz, nie z twoim dzieckiem pod sercem”. „Nie” – wydusza z siebie Jace. Oplata mnie ramionami od tyłu, przywierając do moich pleców, kurczowo się mnie trzymając, zabijając mnie każdą chwilą tego uścisku. „Odrzuć ją” – syczy Tinsley, a on mocniej zaciska ramiona. „Nigdy” – warczy. Tinsley prycha i kładzie ręce na biodrach, zachowując się jak kapryśne dziecko, któremu odmówiono zabawki. „W takim razie usunę ciążę” – mówi z mściwym uśmieszkiem, po czym wzrusza ramionami. „A wtedy Valerie będzie miała wiecznotrwałe przypomnienie, że twoje dziecko zginęło przez jej egoizm. Wszyscy wiemy, jak bardzo byś jej za to nienawidził”. Uścisk Jace’a rozluźnia się na tyle, bym dokładnie wiedziała, co dzieje się w jego głowie. Jesteśmy przyjaciółmi zbyt długo, bym nie wiedziała, jak ważna jest dla niego rodzina. Narodzone czy nie, to szczenię jest jego, a on oddałby za nie życie. Wdycham jego zapach, wtulając się ostatni raz w jego pierś, zapamiętując dotyk więzi mate. Każda milisekunda bycia w jego ramionach wydaje się idealna, ale kończy się zbyt szybko. Jace odsuwa się, wydając z siebie szloch, obraca się i klęka przede mną. „Valerie” – szepcze, ściskając moje dłonie. Całe moje ciało drży, a gardło boli od powstrzymywania płaczu. „Błagam, nie nienawidź mnie”. Łzy płyną mi po twarzy, trzęsę się gwałtownie, a moja wilczyca wyje w głowie, błagając mnie o walkę, której nie mam szans wygrać. „Ja, Jace, odrzucam ciebie, Valerie, jako moją m-mate” – jąka się i szlocha, a ja cofam się z głośnym wdechem. Chwytam się za pierś, w głowie mam mętlik, a obraz jest zamazany. Kiwam głową na zgodę, po czym odwracam się i wybiegam z pokoju. *– Gdzie ona jest? –* słyszę w głowie głos alfy i wzdrygam się na myśl o poinformowaniu go, że panna młoda nie przyjdzie. Drzwi za mną się otwierają, spoglądam przez ramię i widzę dumnie kroczącą Tinsley. „Musisz poinformować Króla Likanów Kravosa, że się nie zjawię” – mówi z uśmieszkiem. Nie mam siły z nią dyskutować. „Mój ojciec twierdzi, że lepiej to zabrzmi z ust słabszej samicy”. „A jeśli odmówię?” – pytam, wiedząc, że konsekwencją będzie pewnie bicie. „Nie możesz” – wzrusza ramionami, idąc tyłem, podczas gdy Jace wybiega za nią. Próbuje podejść do mnie, ale Tinsley chwyta go za ręce, odciągając go. „Tata lada chwila wyda ci rozkaz alfy. A, i przy okazji, wszystkiego najlepszego” – uśmiecha się drwiąco, wdzięcząc się do Jace’a. Oboje mnie obserwują. Miałam w życiu okropne urodziny, ale dzisiejsze są bez wątpienia najbardziej bolesne. *– Zatrzymaj Króla Likanów, dopóki nie znajdę zastępstwa. Poinformuj go, że Tinsley nie przyjdzie –* rozkaz Alfy rozbrzmiewa punktualnie, a ja wzdycham, odwracam się na pięcie i zostawiam swoje serce za sobą. Pędzę do sali balowej w rekordowym tempie, zostaje mi zaledwie minuta do momentu, w którym Tinsley powinna kroczyć do ołtarza. Mijając lustro na ścianie, zamieram, wycieram twarz i biorę trzy urywane oddechy. „Dasz radę, Valerie” – recytuję. Moje nerwy zżerają resztki pozornej odwagi, więc sięgam głęboko do pokładów gniewu i bólu, by czerpać z nich siłę. Podchodzę do podwójnych drzwi i otwieram je na oścież.

Odkryj więcej niesamowitych treści