~~KNOX~~
***
Muszę przyznać, nie spodziewałem się, że najlepsza przyjaciółka Finna będzie aż tak urzekająca.
Finn zawsze malował ją jako jakąś niezręczną kujonkę.
Ale to?
Ta cięta język, ubrana na czarno kobieta stojąca pośrodku sex shopu, beztrosko dyskutująca z przedstawicielem handlowym o porażeniach prądem i sprzęcie BDSM, to nie to, na co się pisałem.
A jednak… nie mogę oderwać wzroku.
Jej skórzane spodnie są grzesznie obcisłe.
Jej ciężkie, ciemne buty dudnią o wypolerowaną podłogę.
Jej bluzka przylega do niej jak druga skóra, a ta prosta grzywka i okulary? Przypominają mi dominatrix z mojego klubu. Brakuje jej tylko bata i stanowczego rozkazu na tych pełnych ustach.
Obserwuję, jak podnosi fioletową różdżkę, urządzenie służące do dostarczania doznań elektrycznych, takich jak wstrząsy.
– Jak bardzo jest to niebezpieczne? – pyta przedstawiciela handlowego.
– W jakim sensie?
– No wiesz… czy najwyższe napięcie wystarczy, żeby spowodować, nie wiem… porażenie prądem? Wystarczająco, żeby wyciągnąć komuś duszę z ciała.
Prawie się duszę, powstrzymując śmiech.
– Te urządzenia są zbudowane tak, aby były całkowicie bezpieczne – mówi przedstawiciel handlowy. – Są przeznaczone do zabawy sensorycznej, a nie… do wyrządzania szkody.
Sloane wzdycha, odkładając różdżkę na wystawę.
– Szkoda – mówi.
Odwraca się do przedstawiciela handlowego z najbardziej kamienną miną, jaką kiedykolwiek widziałem.
– Czy na pewno nie ma tu nic bardziej śmiercionośnego?
Oczy przedstawiciela handlowego rozszerzają się. – Technicznie… jeśli się nad tym zastanowić – jąka się – wszystko jest potencjalnie zagrażające życiu, prawda? To znaczy… ludzie umierali od zbyt mocnego kichnięcia.
– Więc odpowiedź brzmi: nie?
Nie mogę już tego znieść. Biedna dziewczyna wygląda, jakby miała zaraz wezwać ochronę albo zemdleć. Wychodzę naprzód, płynnie włączając się do ich rozmowy.
– Proszę wybaczyć mojej żonie – mówię, kładąc dłoń na lędźwiach Sloane. Czuję, jak sztywnieje. – Czasami bywa… intensywna. My się tym zajmiemy.
Przedstawiciel handlowy prawie ucieka.
Sloane patrzy na mnie dziwnie. Prawdopodobnie ma to coś wspólnego z tym, że wspomniałem słowo "żona".
– Wiesz – mówię, pochylając się wystarczająco blisko, by poczuć jej zapach – jeśli naprawdę chcesz, żeby Delilah nie żyła, możesz po prostu wynająć zabójcę.
– To byłoby zbyt oczywiste. Śledztwo doprowadzi ich prosto do mnie.
Uśmiecham się. – Racja. Ale jeśli zrobisz to dobrze, nie doprowadzi.
– Masz jakiś kontakt?
Kręcę głową. – Nie mam.
– Więc jesteś takim fałszywym gangsterem?
– Kto powiedział, że jestem gangsterem?
Przygląda się tatuażom wystającym spod mojej koszuli. – Nie jesteś?
Chichoczę.
To będzie zabawne.
– Powiem ci co – mówię. – Dam ci znać, jak tylko znajdę zabójcę.
– Byłbym bardzo wdzięczny.
Puszczam ją i zaczynam przeglądać półki, od niechcenia chwytając parę kajdanek, skórzaną packę i jedwabną opaskę na oczy.
Słyszę, jak Sloane idzie za mną.
– Wydajesz się dobrze obeznany w tym wszystkim – mówi. – To tak, jakbyś dokładnie wiedział, co kupujesz.
– Taka moja praca.
Przerywa. – Sprzedajesz zabawki erotyczne?
– Raczej… je produkuję. I jestem właścicielem klubu erotycznego – mówię, odwracając się do niej, przygotowując się na jej reakcję. Większość ludzi albo czuje się niezręcznie podekscytowana, albo wyraźnie zniesmaczona. Obie reakcje są nużące.
Ona po prostu wpatruje się we mnie, z pustą twarzą.
– Musisz być obrzydliwie bogaty – mówi.
W ogóle się tego nie spodziewałem. – No cóż…
– No cóż, co, Knox?
– Nie wiem.
Marszczy brwi. – To, że nie jesteś pewien, czy jesteś bogaty, oznacza, że właściwie jesteś. Biedni ludzie nie mają wątpliwości, że są biedni.
– Naprawdę?
– Tak. Na pewno jesteś bogaty.
Uśmiecham się. – Okej, Sloane. Jak sobie życzysz.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak dobrze mi się z kimś rozmawiało. Ona jest… inna. Większość ludzi dziwnieje, gdy wspominam o mojej pracy, w tym moja rodzina. Ale ona wydaje się normalna. Jakby to była kolejna praca – co zresztą jest, choć lukratywna.
Prawdopodobnie dlatego nie mogę powstrzymać się od zapytania o to, co od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie. – Więc… ty i Finn. Czy wy dwoje jesteście… parą?
Jej twarz sztywnieje.
– Nie.
– Śpicie razem? – pytam.
– Nigdy w życiu.
– Racja.
Wygląda, jakby była gotowa mnie zamordować.
Idziemy do kasy, żeby zapakować te przedmioty na prezent.
Gdy czekamy, Sloane krzyżuje ręce.
– Jak możesz akceptować, że twój przyjaciel żeni się z byłą twojego brata? – pyta.
Hmm. Od razu przeszła do sedna. – Cóż – mówię. – Delilah leci na kasę. Hunter ma pieniądze.
– Ach. Klasyka.
– Hunter jest moim przyjacielem. Może nie podobają mi się jego wybory, ale jako przyjaciel szanuję je.
– Czy naprawdę jesteś przyjacielem, jeśli nie możesz przemówić mu do rozsądku?
– To tylko uczyniłoby mnie wrogiem. Nie wygrasz walki z miłością, Sloane.
Patrzy na mnie spode łba. – Na pewno mogę spróbować.
Uśmiecham się, nie mogąc się powstrzymać. Jej naiwność jest zarówno ujmująca, jak i tragiczna.
– Jak długo próbujesz z Finnem? – pytam. – Dokąd cię to zaprowadziło?
Całe jej ciało sztywnieje. Trafiłem w czuły punkt.
Powinienem przestać. Nie powinienem jej naciskać.
Ale jest w niej coś takiego.
Coś w widoku kogoś tak czystego i niewinnego, że masz ochotę go rozłupać. Rozbić na kawałki.
– Wszechświat połączy ludzi, którzy mają być razem – mówię, wpatrując się w nią. – Niezależnie od tego, czy są dobrzy, czy źli. Niezależnie od tego, czy to ma sens, czy nie. Najlepiej, co możesz zrobić, to pozwolić ludziom żyć ich życiem, Sloane.
Jej oczy płoną.
– Nie jesteś zbyt dobrym przyjacielem, Knox – mówi.
– Bo mówię sobie prawdę?
– Nie. Bo jesteś samolubny.
Uśmiecham się złośliwie. – Ach, tak? A dokąd zaprowadziła cię bezinteresowność? Byłaś na prawdziwej randce od miesięcy? Spotykasz się teraz z kimś? Czy całe twoje życie kręci się wokół Finna Hartleya i jego żałosnej obsesji na punkcie kobiety, która ma go w dupie?
Jej oczy ciemnieją od czegoś gwałtownego.
I przez chwilę myślę, że mnie spoliczkuje.
Boże, prawie bym tego chciał.
Ale zamiast tego wstaje, a jej oczy wypalają dziury w mojej duszy.
– Pieprz się – wypluwa, odwracając się na pięcie i pędząc w stronę wyjścia.
Opieram się o ladę, patrząc, jak odchodzi.
Jej biodra kołyszą się trochę za mocno w tych obcisłych skórzanych spodniach. A sposób, w jaki jej krótkie włosy podskakują na ramionach, gdy otwiera drzwi i znika w nocy?
Perfekcja.
Będę miał trudności z powstrzymaniem się od prowokowania Sloane przez całe to wesele.
Będę miał też trudności z oderwaniem od niej oczu – i rąk.
Ona to kłopoty.
Taki rodzaj kłopotów, które chcę wciągnąć do mojego łóżka i zrujnować.
~~~
Sloane wpatruje się przez okno przez całą drogę do domu.
Ręce skrzyżowane. Szczęka zaciśnięta. Cicha.
Szczerze mówiąc, imponuje mi, jak bardzo jest oddana ignorowaniu mnie. Ani jednego spojrzenia w moją stronę, nawet gdy celowo zwiększam obroty silnika, tylko po to, żeby zobaczyć, czy zareaguje.
Przyznam, że trochę tęsknię za rozmowną Sloane.
Kiedy wjeżdżam na teren posiadłości moich rodziców, jej głowa podskakuje.
Widzę, jak patrzy na rezydencję ze zdziwieniem, z tak wieloma pytaniami wypisanymi na twarzy. Ale cokolwiek chce powiedzieć, przełyka to.
Rozpina pasy, wysiada z samochodu i wyciąga torbę z bagażnika.
– Pomogę ci z tym – mówię.
– Nie. Mam ręce. Bardzo dziękuję.
O-kej.
Pozwalam jej na to, idąc obok niej, gdy maszeruje w stronę wejścia.
Otwieram jej drzwi wejściowe, a kiedy wchodzi, jej oczy przemierzają wielki hol.
– Czy jest coś, co powinienem wiedzieć o twoich rodzicach? – pyta, w końcu się do mnie odzywając.
– Jakiego rodzaju? – pytam, chociaż dokładnie wiem, co ma na myśli. Widziałem już tę reakcję.
– Na przykład, czy pochodzą ze starych pieniędzy, czy coś w tym stylu?
– Możesz zapytać swojego najlepszego przyjaciela. Jest na górze.
Przewraca oczami, przenosząc uwagę na masywne schody prowadzące na drugie piętro. Wiem, co chodzi jej po głowie. Zastanawia się, jak wciągnie tę torbę na górę.
– Po prostu zostaw torbę na dole, Sloane – mówię rozbawiony. – Ktoś ją weźmie.
Nie kłóci się. Upuszcza ją.
– Gdzie są twoi rodzice? – pyta.
– Poza krajem. Powinni wrócić jutro albo pojutrze.
– Świetnie – mamrocze. – Więc mamy dom dla siebie?
– Umm… pomijając pracowników, chyba tak.
– Super. – Posyła mi spojrzenie. – Proszę zaprowadź mnie do pokoju Finna.
Kładę dłoń na piersi w sposób kpiący. – Oczywiście, proszę pani.
Prowadzę ją na górę po schodach. Idziemy długim korytarzem, zanim zatrzymamy się przed pokojem Finna. Nawet nie zawracam sobie głowy pukaniem, po prostu otwieram drzwi.
– Braciszku – ogłaszam. – Twoja najlepsza przyjaciółka jest tutaj.
I wtedy to widzimy.
Finn i Delilah pospiesznie odsuwają się od siebie.
Całowali się.
Finn zastyga w bezruchu.
Delilah, z drugiej strony, prawie nie reaguje. Po prostu gładzi dłonią włosy.
– Słyszeliście kiedyś o pukaniu? – pyta.
Spoglądam na Sloane. Jej twarz skamieniała.
– Jak głupi jesteś, Finn? – pyta.
















