Zabójczy partner: Sekret ochroniarza

Zabójczy partner: Sekret ochroniarza

Autor: Aurora Sánchez

Rozdział 5
Autor: Aurora Sánchez
25 maj 2026
Przeszłam drogę z altany do gabinetu wuja. Z biegiem lat powoli zapamiętałam całą posiadłość i jej przypominające labirynt korytarze. Będąc dzieckiem często wymykałam się pod drzwi gabinetów wuja lub taty, aby podsłuchiwać niektóre z odbywających się tam spotkań. Choć nie rozumiałam większości z prowadzonych rozmów, czułam się przez to jak szpieg. Zapukałam parę razy w potężne dębowe drzwi i odczekałam. Po kilku chwilach otworzyły się, a ze środka ktoś wyszedł. Jakiś dziwnie wyglądający mężczyzna z jeszcze dziwniejszym wyrazem twarzy. "Księżniczko Serafino." Mężczyzna skinął głową, a ja spojrzałam na niego z ciekawością. Jego jasnoniebieskie oczy powoli powiodły po mojej twarzy, przez co poczułam się jak eksponat na wystawie. Coś w jego spojrzeniu sprawiało, że czułam się niekomfortowo. Miał jasne włosy ułożone w jednym kierunku, a broda pod tym samym kolorem opadała aż na jabłko Adama. Nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej go spotkała. "Dzień dobry, panu." Skinęłam głową i obdarzyłam go bladym uśmiechem. Zawsze wpajano mi, aby nowo poznanych ludzi traktować jak królewską krew, żeby zawsze robić dobre pierwsze wrażenie. Skinął głową i odwrócił się, ruszając korytarzem, z którego przed chwilą przyszłam. Wuj Lucien wychylił głowę ze swojego gabinetu i uśmiechnął się do mnie, choć sprawiało to wrażenie wymuszonego. "Wzywałeś mnie?" Uśmiechnęłam się na wpół złośliwie, wkraczając do jego biura. Wzrok wuja zatrzymał się na Romanie, po czym przeniósł z powrotem na mnie. "Możesz zaczekać na zewnątrz, Roman." Wujek powiedział to niemal chłodnym tonem, co w jego ustach brzmiało nader dziwnie. Zmarszczyłam brwi, wpatrując się w niego zdezorientowana. Czy to nie on wcześniej twierdził, że powinnam pogodzić się z posiadaniem ochroniarza? Westchnęłam, odwracając się od niego: "W porządku, Roman. Wyjdę za pięć minut." Roman kiwnął raz głową, nie odrywając oczu od moich. Jego mroczne spojrzenie wydawało się poirytowane, a może wręcz zagniewane. Byłam pewna, że wcale nie odpowiadało mu zostawianie mnie samej, skoro jego jedynym zadaniem było zapewnienie mi bezpieczeństwa. Nie spuszczał ze mnie wzroku i stuknął palcem w tarczę swojego zegarka. "Pięć minut." Pokiwałam głową na znak, że rozumiem, choć pojęcia nie miałam skąd wiedziałam, o co mu chodzi. Wyszedł na zewnątrz, a ja zamknęłam za nim drzwi. Opadłam na jedno z krzeseł, spoglądając badawczo na wuja. "Wybacz mi, Serafino. W dzisiejszych czasach nie bardzo wiem, komu mogę ufać" – wuj zaśmiał się lekko, zbywając ten temat. Zmarszczyłam czoło: "Dlaczego mnie wezwałeś, wujku?" Wuj Lucien westchnął i splótł palce dłoni. Zdawał się bić z myślami odnośnie tego, co miał do powiedzenia. Mój wzrok prześlizgnął się po stojącej na biurku szklance od whiskey i w połowie opróżnionej butelce pełnej bursztynowego płynu. "Ty, a raczej ja i twój ojciec, znaleźliśmy się w martwym punkcie. Z jednej strony on pragnie cię ochronić, ale z drugiej – ja uważam, że jest kilka spraw, o których powinnaś wiedzieć." – westchnął. "Jeśli któregoś dnia mam przejąć rządy, muszę rozumieć, co się obecnie wokół nas dzieje." Zmarszczyłam brwi. Wuj Lucien przytaknął ruchem głowy: "Zgadzam się z tobą. Twój ojciec z kolei za nic nie chce cię zasmucać ani martwić." "Więc wyłóż karty na stół." Skrzyżowałam ręce na piersi. To było cokolwiek dziwne, że wuj Lucien wręcz próbował zdyskredytować przed mną tatę; nie zamierzałam pozwolić, by to wpłynęło na moje relacje z ojcem. On wciąż był jednym z najinteligentniejszych mężczyzn jakich znałam, a wszystko co dla mnie robił, czynił z miłości. "Na początek, na ten moment obydwa te obiekty, miasteczko jak i nasza rezydencja, są względnie bezpieczne. Miesiąc temu zdarzyło się kilka ataków i jak do tej pory nie zdołaliśmy ustalić, czy odpowiadali za nie rogues, czy zwyczajni wrogowie twojego ojca. Wygląda jednak na to, że odeszli, a ataki ustały." Lucien kiwnął głową, a w moim gardle uwiązł oddech. Moje myśli powędrowały w ułamku sekundy prosto do matki i wilka, który rozszarpał jej gardło. Zasłchło mi w ustach i nie ufając swojemu głosowi, jedynie skinęłam, by kontynuował. "Twój tata twardo upiera się, by zatrzymać Romana jako zabezpieczenie, chociaż wydaje się, że teraz wszystko jest pod kontrolą. Wdrożyliśmy z nim też całkowicie nowe procedury dotyczące bezpieczeństwa, szczególnie na czas twoich urodzin." Zamyślony wuj pokiwał do siebie głową. Zmarszczyłam brwi; to by oznaczało, że moje urodziny same w sobie staną się nie lada wyzwaniem. Lucien westchnął, omiatając twarz wzrokiem pełnym srebra. "Skoro zaś mówimy o twoich urodzinach, obawiam się, że sytuacja będzie bardziej skomplikowana niż ta, którą zarysowaliśmy wczoraj podczas kolacji." "Skomplikowana? W jakim sensie?" Skrzywiłam się. Jeszcze jedna rzecz, którą musiałam się zamartwiać. "Przywódcy ze zwaśnionych watah zupełnie nie przejmują się tym, czy jesteś, czy też nie, ich przeznaczoną." Wuj zmarszczył nos, podczas gdy ja poczułam w głębi potężną ulgę. Przechyliłam głowę z dezorientacją: "I dlaczego z góry uważacie to za złe? Mnie ta informacja nastraja pozytywnie." "Ale to jest coś niezmiernie niebezpiecznego, oni się tym nie przejmują, gdyż są zdeterminowani w próbie przeciągnięcia cię na swoją stronę tak czy owak." Lucien skrzywił się jeszcze raz, przenosząc spojrzenie na wpół pełną butelkę na blacie. "Niech ci idioci tylko spróbują." – warknęła Nyx. Zmarszczyłam czoło w rozmowie myślowej z samą sobą: "W każdym razie musimy przynajmniej zachowywać pozory, Nyx." "Zgoda, ale jeśli chociaż jeden z nich śmie nas tknąć, złamię mu palce u ręki." Nyx wzruszyła łapami w geście udawanej uległości. "Mamy umowę." Zgodziłam się, z moim zapalczywym wilkiem, co do joty. Prawie się zakrztusiłam własnym oddechem, a próbując to zamaskować kaszlnęłam: "Przepraszam, co?" "Dokładnie tak, Serafino." Lucien zasępił się jeszcze bardziej. "Dla twojego ojca koncepcja przeznaczonych partnerów jest rzeczą niemalże świętą, jednak inne watahy wcale nie podzielają jego rygorystycznych poglądów." Krzywy wyraz twarzy wuja obudził we mnie chęć poznania prawdy, co on uważał w tym konkretnym temacie. Czy dzielił te poglądy ze swoim bratem? "Zupełnie was nie rozumiem." Pokręciłam z frustracją głową. "Jak można zlekceważyć danego nam od urodzenia, obdarzonego przez Boginię partnera?" Wuj w tamtej chwili wręcz zmarkotniał z bólu: "Ludzie potrafią dokonywać najpodlejszych rzeczy, po to aby sięgnąć po odrobinę władzy, Serafino. Zapamiętaj to sobie raz na zawsze." Założyłam ręce jedna na drugą a moje usta wydęły się same: "A niech sobie próbują. Jeśli ja mam zaakceptować jakiegokolwiek mężczyznę, będzie to wyłącznie mój przeznaczony" - burknęłam. "O rany, tak bardzo przypominasz teraz swoją matkę..." Wuj parsknął suchym śmiechem na krótko potrząsając głową. Pokiwałam do niego w odpowiedzi: "Była bardzo inteligentną kobietą." "Zdumiewająco wybitną." Roześmiał się i natychmiast jego oczy znów odzyskały tamten poważny wyraz. "Tylko że Serafino... weź, proszę, pod uwagę to, co w pierwszej kolejności jest absolutnym dobrem dla naszego królestwa." Wuj znów przybrał ponury wyraz twarzy, który moje wnętrze momentalnie odrzuciło. "Wujku, brzmi to tak, jakbyś uważał, że w istocie rzeczy miałabym ulec któremuś z nich." Wbiłam swoje zaciśnięte powieki na te dwie okrągłe srebrzyste plamy u niego w głowie. Lucien znów wyglądał niekomfortowo: "Jeśli poczujesz szczere przekonanie i uznasz któregoś z nich... wraz z tatą we wszystkim cię wesprzemy." "Świetnie." Sarknęłam z podirytowaniem, wstając z zagiętego w podkówkę oparcia mebla, jako że umówiony czas dobiegł końca. Lucien zerwał się tak jak ja: "Och, Serafino, i jeszcze jedno." "Tak, wujku?" Mruknęłam do niego nieznacznie naburmuszona, bardzo licząc jednak w głębi duszy na haust zimnego, nocnego powierza. Wuj wciąż nosił te nieszczęśliwe mars na twarzy, jednak po głębi jego błyszczących oczu zaczęło wędrować też co innego. "Wiesz w ogóle, jak tak naprawdę się nazywa twój ochroniarz i kim on właściwie jest?" "To Roman... wujku?" Byłam znowu na skraju zmieszania i zaskoczenia. Zmarszczył nos. Wyglądało to tak, jak gdyby zastanawiał się i starał jak najprecyzyjniej wyartykułować swoją intencję. "Jego postać nagle wpadła jak meteor w samo centrum, na wniosek potrzeby twojego ojca. Mam do niego ogromne wątpliwości i chciałbym po prostu sprawdzić kto on zacz." "Osobiście nie mam na to odpowiedzi." Spasowałam, chociaż i to jego zadane pytanie wpędziło we mnie nie lada zamęt i żar. Ja absolutnie nie czułam by ten postawny Roman był jakimś czającym się intruzem; z pewnością bardziej czułam jak mnie ta jego opieka uskrzydla na nowe, absolutnie namacalne tereny wolności i bezpieczeństwa. Lucien zmienił ten nieprzyjemny uśmieszek w dziwnie ironiczny grymas: "Ufając tobie... obiecaj że wyjawisz mi cokolwiek, jak tylko to dla nas namierzysz." "No jasne, tak samo z resztą jak do taty." Skwitowałam opuszczając ramy pokoju. Na korytarzu tuż pod ścianą i od razu obok drzwi stał oparty mięśniami brzucha i naprężonych łap o blat mój ochroniarz. Oczy mi zaszły czarnymi źrenicami wyrywając niemal duszę i wzrok w moje rozjaśnione ślepia. "Później..." sapnęłam. "...potrzebuję łyka świeżego powietrza." Ruszyliśmy przed siebie korytarzami w stronę schodów biegnących na górę posiadłości. Zamierzałam dotrzeć w jak najszybszym tempie na punkt w którym ani jedno zło ani nic tego rodzaju nie miało by dojścia. Stanęło zatem na wybór drzwi zupełnie chybionych, pustego gabinetu jakich tutaj dziesiątki. Wpadłam szybko na balkon odczuwając jego dotknięcie po same zapięte sznury od żakietu, po czym usiadłam bez słowa na krzesło. W milczeniu wpatrywaliśmy się tak na ogród w świetle odbitych słońcem refleksów. "Roman" szepnęłam upewniając go. "Skoro mam go za plecami nie sprawiaj tego trudniej i daj mi po prostu posiedzieć na twardo w fotelu." Zero. Roman powstrzymał swoje ruchome dłonie tylko kręcąc w bok głową na poświadczenie "Nie". "Uparty, no pasuje mi to." Mruknęłam czując bezceremonialnie jak ciężki głaz z głowy odpada mi tuż przed tym rozmyślanym widokiem w dół sadu. Siła mojego zapędzenia u niego samego działała na podobieństwo gigantycznego, magicznego namagnesowania; chociażbym nie próbowała opierać swoich własnych zmysłów o zieleń, wszystko pchało moje wibrujące mięśnie znowu z kierunku ku chłodnej a ciemnej opoce postawnej postury. Mierzyłam długość każdego najmniejszego pasemka tych jego kręconych kosmyków oraz perfekcję formy tych opornych i dziko krzaczastych brwi. Na jedną sekundę zmrużyłam oczy w szczeliny marszcząc w nich swoją obudzoną troskę a jego pełne pasmo czarnych jak heban wzgórków momentalnie przeskoczyło wyżej. "Jest tego po prostu za dużo dla jednej głowy." Syknęłam pod nosem ciężkim sapnięciem. Przez tak bardzo liczne i bogate lata tkwienia na rodzinnym fotelu i ojciec i moja rodzona mama tłumaczyli to jedno jedyne; że nadrzędnym absolutem dla przeznaczenia było oddać się temu obłędowi przeznaczenia. W jakiej w ogóle konwencji do twarzy nam było porzucić naszego drugiego, przeznaczonego do bycia przy sobie samego? I jak to wszystko brzmiało w moich najczulszych obszarach... wuj Lucien właściwie z zachwytem sugerował coś takiego bez słowa zająknięcia. O ile nie był to po prostu skryty blef. O ile pojęcie tej magii wuja i on sam w życiu na tę więź ani miłości nigdzie nie odnalazł. Jeśli cokolwiek chociaż prześwitywało na tym samym punkcie uczucia miłosnego... jego ust nie przeszły by przez ten chłodny wymiar logiki odrzucenia za odrobinę pychy i terytorium. "Czy ty..." znowu czułam jak bez świadomego planu zaczełam wypowiadać cicho słowa... "...jako, że ja nie za bardzo będę liczyć na odpowiedź i tak proszę chociaż mrugnij czy cokolwiek." Mój wzrok przemykał z ciekawości przez cały fragment dolnych mięśni w tej zasłaniającej opasce. Boże święty... czym mogły być obdarowane tak pełne chłopięce, wibrujące od ciepła złości pożarowe usta? Oby w żadnym innym czasie z czymś o podobnie niszczycielskim wymiarze. Wreszcie moja potworna, opóźniona percepcja została wybita gwałtownie do normalnego poziomu i tempa tętna; odpowiedział sztywno pokiwując twardo. "Masz jakiegokolwiek swojego przeznaczonego partnera... mate'a?" Brzmiało jak szept spuszczonego ptaka z klatki... z tonu bardzo niewinnego po melancholijną drżączkę na samą wargę. Kompletnie nie pamiętam do dzisiaj tych paru ułamków, jak głęboko zdążyły osadzić te głuche minuty cienia u samej studni mojej twarzy... On twardo odruchowym pociągnięciem dał 'Nie'. "Także ja jak do tej pory absolutnie ani trochę." Przemyślałam westchnieniem by zapytać samą podświadomość czy całe pożal się to moje cierpienie by odeszło na skraj mapy i dało radosne poczucie swobody dla kogoś z nas jak po wuju wpadło coś o politycznym oddaniu? Prędzej umrę. "W takim wypadku... kiedy ty dostajesz z byle rozkazu jak z kart rzucony nakaz odejścia i usunięcia w chłodny boks swojego bezkonkurencyjnego dla każdego partnera?" Dopytywałam w gorączkowych domysłach chociaż z góry stawiałam na to że i tutaj zostanę zbita po pustych kątach. Czułam absolutnie jak moja skóra staje się gorącym plamieniem farby we krwi pod palącym żarem jego spojrzenia, w poszukiwaniu czegokolwiek ukrytego w twarzy po tych radosnych szukaniach sensu i zrozumienia. "Pieprzyć władzę." Jego potężnie opadający baryton z głosu o cokolwiek głębokich bruzdach i nico lekko uderzającym szarpaniu z wyczuwalnego zachrypnięcia akcentu natychmiast wrzucił mój obłąkany puls w szaloną rezonację. Po ciele od samej szyi ruszyło napięcie po czubek w nogach. Mała cieniutka linia cichych wybuchów dziewczęcego pisku o śmiesznym drganiu z zachwytem wypadła z samej głębi serca o ułamek centymetra u moich warg tuż gdy tylko próbowałam zacisnąć palce by te powstrzymać. Ułamek drgających z iskrami iskry i skoku ciśnień przeszła w mroku spojrzenia na sam mój odgłos radosnego drżenia a ten potrafił uciąć z powrotem te widoczne gesty ukrycia powagi. "Za te konkretne proste słowa, dziękuję ci i w to uwierzę..." ucięłam szczery i swobodny uśmiech przy pełnej powadze mojej osoby by oddać w szacunku równe pokiwaniem głowy "...teraz widzę więcej o jedną opcję z rzędu w mroku dla wzięcia chłodnej i twardo rozsądnej podpowiedzi w życie." Na milion lat bym postawiła to zdanie. Że z ową pewnością absolutną ja w życiu niczyjej uwagi od innych przybłędowych nie dostanę w obroty ani wezmę sobie kogo z chętnych tak pod dyktando co narzucił ojciec do głowy i gry pod moją dyrektywę serca. Ale i za tą wielką sprawę mojego wujowskiego, a jak by obranego fałszu o ugięciu swojego karku obcym cieniom nie wkręcę. Jakaż to przedziwna ścieżka rzucana na mój mózg dla tego faceta i ta gorąca i niezrozumiała węzełkowa fascynacja, a to pukanie na żołądek działo we mnie wielki mętlik od samej jego obecności po postawienie go u samego podparcia drzwi.

Najnowszy rozdział

novel.totalChaptersTitle: 55

Może Ci Się Również Spodobać

Odkryj więcej niesamowitych historii

Lista Rozdziałów

Wszystkie Rozdziały

55 rozdziałów dostępnych

Ustawienia Czytania

Rozmiar Czcionki

16px
Obecny Rozmiar

Motyw

Wysokość Wiersza

Grubość Czcionki

Rozdział 5 – Zabójczy partner: Sekret ochroniarza | Czytaj powieści online na beletrystyka