Zarek – 14 lat
Elowen – 9 lat
ZAREK
Jej zapach dotarł do moich nozdrzy, zanim jeszcze poczułem jej obecność. Trzask gałązek i echo pośpiesznych, małych kroczków zwiastowały jej zbliżanie się do miejsca, w którym odpoczywałem.
Odwróciłem głowę w kierunku hałasu w samą porę, by zobaczyć małą Elowen wyłaniającą się z zarośli z niewielką plastikową torebką, którą natychmiast schowała za plecy, gdy tylko mnie zauważyła. Jej okrągłe oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, gdy zdała sobie sprawę, że nie jest tu sama.
— Co tu robisz, księżniczko? Znowu chowasz się przed matką? — zapytałem, nie odrywając wzroku od jej drobnej, uroczej twarzyczki. Na moich ustach pojawił się cień uśmieszku, gdy czekałem na jej odpowiedź.
Fuknęła cicho i podeszła do głazu, na którym siedziałem, po czym sflaczała jej mała postać osunęła się na miejsce obok mnie.
— Skąd o tym wiedziałeś? — Uniosła brew i przechyliła głowę, patrząc na mnie. — Śledziłeś mnie? I dlaczego ty tu jesteś? To moje miejsce. Nie wolno ci tu przebywać. — Kontynuowała badawcze spojrzenie prosto w moje oczy.
Stłumiłem uśmiech. Choć irytowało mnie zakłócanie moich chwil ciszy, nie mogłem zaprzeczyć, że ta dziewięciolatka ze swoim zadziornym usposobieniem poprawiła mi nastrój, nawet o tym nie wiedząc. — Hmm... nie wiedziałem, że muszę prosić cię o pozwolenie, by tu przychodzić, księżniczko.
Odwróciłem wzrok i rzuciłem małym kamieniem, który od dłuższej chwili trzymałem w dłoni, obserwując, jak odbija się od tafli wody przed nami. — Z tego co wiem, ta ziemia należy do mnie. To wciąż część mojego terytorium.
Na moje słowa opadła jej szczęka, po czym fuknęła i dumnie wypięła pierś. — Nie obchodzi mnie to, Zarek. Jeśli mówię, że to moje miejsce, to jest moje!
uśmiechnęła się zuchwale, po czym kontynuowała, wskazując palcem na drzewo stojące trzy metry na lewo od nas, tuż przy strumieniu. — Widzisz to imię na drzewie? Lysandra Elowen Kincaid.
Pokręciłem głową, uśmiechając się do jej pełnej satysfakcji miny, i powstrzymałem się od sprzeciwu. Doprowadzenie dziewczynki do płaczu było w tej chwili ostatnią rzeczą, na jakiej mi zależało.
— Dobrze, powiedz mi zatem, co tym razem zabrałaś? — zapytałem, wciąż wpatrując się w piękno strumienia.
Elowen mogła ogłosić to miejsce swoim sanktuarium, ale dla mnie również było ono schronieniem – jedynym punktem, w którym mogłem usiąść i odpocząć, bez nikogo narzucającego obowiązki mojemu czternastoletniemu „ja”.
Minęły trzy miesiące, odkąd przejąłem rolę Alfy Watahy Obsidian Crest. Właśnie wtedy zmarł mój dziadek, poprzedni Alfa. I choć przygotowywano mnie do tej chwili od jedenastego roku życia, odpowiedzialność za utrzymanie watahy w jedności bez przewodnictwa dziadka dawała mi się we znaki, wystawiając moją psychikę na ciężką próbę.
— Tylko babeczki — odpowiedziała cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by wyrwać mnie z zamyślenia.
— A ile? — Poczułem, jak spięła się obok mnie. Moje pytanie sprawiło, że poczuła się nieswojo. Wyciągnąłem rękę i zwichrzyłem jej włosy, po czym przyciągnąłem ją do siebie w braterskim uścisku. — Wyśpiewaj to — poprosiłem tym razem łagodnie.
— Tylko trzy — odparła, nie odrywając wzroku od swoich stóp.
Prychnąłem śmiechem. — Kłamstwo.
Znowu fuknęła, zanim wyznała prawdę. — Siedem! Wzięłam ich dużo, bo są moimi ulubionymi. I dam ci jedną, tylko jedną! Żebyś nie mógł powiedzieć mamie, dobrze?
Poruszyła brwiami i podsunęła mi babeczkę pod sam nos, kuszac mnie, bym przystał na jej układ.
Uśmiechnąłem się szeroko i wziąłem babeczkę z jej dłoni. Lukier wyglądał, jakby przeszedł prawdziwą bitwę, zgnieciony wraz z pozostałymi ciastkami. Nie wyglądało to apetycznie, ale z doświadczenia wiedziałem, że będzie smaczne.
Wcisnąłem połowę do ust, zanim odpowiedziałem. — Wiesz, ona i tak się dowie i znowu będzie na ciebie wściekła. Teraz musi przygotować więcej na późniejsze spotkanie watahy.
Zachichotała, przeżuwając swoją porcję. — Dlatego wzięłam siedem. Żeby było warto, kiedy mama się zezłości! — Zrobiła gniewną minę i udawała, że wystawia pazury. — Grrrr... taką złą minę zrobi! — Potem znowu zaczęła chichotać i jadła dalej.
Rozbawiony jej zachowaniem, sięgnąłem po jeszcze jedną babeczkę, czekając na protesty, ale ona tylko zmierzyła mnie wzrokiem i nic nie powiedziała.
Jedliśmy w milczeniu, dopóki go nie przerwała.
— Czy naprawdę, ale to naprawdę muszę teraz mówić do ciebie „Alfa”? Mama powtarza, że powinnam cię tak tytułować, ale to brzmi głupio. Nie jesteś stary. Tytuł Alfy jest dla dziadków. — Przewróciła oczami, a ja zacisnąłem usta, by nie wybuchnąć śmiechem, pozwalając jej kontynuować te wywody.
— Dlaczego zrobili cię Alfą? Czy nie mógł nim zostać ktoś starszy od ciebie? Boję się o ciebie, Zarek. Może bycie Alfą sprawi, że szybciej się zestarzejesz. Powinieneś im powiedzieć, że nie chcesz nim być. — Ostatnie zdanie wypowiedziała szeptem, jakby bała się, że ktoś nas usłyszy.
Ale po chwili uśmiechnęła się, patrząc na mnie. Jej oczy lśniły podziwem. — Ale radzisz sobie dobrze. Mama mówiła, że jesteś silny i potrafisz chronić watahę. Więc myślę, że jest okej. — Odwzajemniłem uśmiech, ponownie mierzwiąc jej włosy. Nie miała pojęcia, jak bardzo jej słowa rozgrzały moje serce.
— Tylko nie zestarzej się tak bardzo jak twój dziadek. Srebrne włosy nie są fajne!
Zachichotałem, po czym zwróciłem się do niej, biorąc jej małą twarzyczkę w dłonie. — Cóż, księżniczko, dziękuję, jeśli uważasz, że jestem zbyt „fajny” na Alfę, ale chciałem nim zostać i zrobię wszystko, by ta wataha dobrze funkcjonowała. A jeśli to oznacza, że osiwieję, to niech tak będzie.
Powiedziałem jej prawdę. Spojrzała mi prosto w oczy, próbując wyczuć, czy żartuję, po czym pokręciła głową i odsunęła moje dłonie od swojej twarzy.
— A będziesz miał Lunę? Mama mówiła, że powinieneś. Nigdy nie mieliśmy Luny przez... całe wieki. Mama też tak powiedziała. — Przy jej ostatnim stwierdzeniu zacisnąłem dłoń w pięść i westchnąłem. Nie spodziewałem się tego pytania, choć znałem na nie odpowiedź jeszcze zanim objąłem stanowisko Alfy.
Żadnej Luny.
Nie będę jej potrzebował. Skoro mój dziadek zdołał przetrwać bez Luny po tym, jak moja babcia, jego wybranka, zmarła w młodym wieku, ja również dam sobie radę. Wataha będzie kwitnąć nawet bez niej. Potrzebują tylko mnie – Alfy bez żadnych zbędnych obciążeń.
— Nie, nie potrzebuję Luny. — W moim głosie pobrzmiewała nuta ostateczności.