***Te wydarzenia miały miejsce w przeszłości, rankiem w dniu aukcji.***
– Mówiłem wam już wielokrotnie, że nie potrzebuję Królowej. Posiadanie kobiety u mego boku nie uczyni mnie silniejszym – warknąłem do mojej rady, czując wzbierający gniew. – Prędzej mnie to osłabi; moi wrogowie zyskają nowy cel ataku.
– Ależ Alariku – powiedział jeden ze Starszych. – Potrzebujesz dziedzica.
Czułem, jak mój gniew narasta z każdym cichym pomrukiem zgody ze strony rady. Wziąłem głęboki oddech, próbując się uspokoić.
– Jestem wampirem, i to nie byle jakim wampirem. Jestem Królem Wampirów. Stąpam po tej ziemi już od tysiącleci i nie zamierzam w najbliższym czasie umierać. – Spojrzałem z góry na moją radę, pozwalając, by moje oczy błysnęły czerwienią, a moja aura ich otoczyła. – Chyba że któryś z was planuje mnie zabić i zostać nowym Królem, to sugeruję, żebyście natychmiast wzięli sobie moje słowa do serca. Nie pozwolę, by ktokolwiek zmusił mnie do wyboru Partnerki.
Członkowie rady milczeli. Nikt nie odważył się odezwać; dobrze wiedzieli, że gdy jestem w takim nastroju, jakikolwiek sprzeciw kończy się krwawą rzezią. Odwróciłem się i wyszedłem z sali obrad, zostawiając członków rady, by sami zakończyli spotkanie. Musiałem się pożywić. Czułem, jak kryjąca się we mnie bestia próbuje przejąć kontrolę.
W drodze do moich komnat minąłem jedną ze służących. – Przyprowadź mi niewolnicę krwi. Jedną ze starszych, jedną z tych, które podpisały oświadczenie o zakończeniu życia – rozkazałem.
– Tak jest, Wasza Wysokość – odpowiedziała służąca, kłaniając się tak nisko, by wyeksponować swoje piersi.
Była całkiem ładną istotką. Jasne włosy, niebieskie oczy i spory biust. Poczułem drgnięcie kutasa, gdy wpatrywałem się w jej piersi. Prawie pomyślałem o tym, by nakłonić ją do pójścia do mojego pokoju razem z niewolnicą, ale gdy poczułem moje kły naciskające na język, szybko zmieniłem zdanie. Nie miałem ochoty tłumaczyć się przed radą ze śmierci jednej ze służących. Po spotkaniu byłem w paskudnym nastroju i wiedziałam, że gdybym przeleciał służącą, nie byłbym delikatny. Mieszaniec taki jak ona, pół człowiek, pół wampir, nie zniósłby tak brutalnego pieprzenia. Minąłem ją, idąc wielkim korytarzem i wszedłem do swoich komnat. Znałem przemierzać pokój tam i z powrotem, czekając na przyniesienie mi posiłku. Tym razem rada naprawdę doprowadziła mnie do szału. Mój apetyt był wręcz wilczy, i miałem tylko nadzieję, że jedna niewolnica krwi wystarczy, by go zaspokoić.
„Dante”, zwróciłem się do mojego zastępcy poprzez telepatię. „Kiedy jest następna aukcja niewolników krwi?”
„Dziś w nocy, Alariku”, odpowiedział Dante, nawet nie kwapiąc się do użycia mojego tytułu. Był moim najlepszym przyjacielem, bliższym mi jak brat, niż mój rodzony brat kiedykolwiek był. „Wypiłeś już wszystkie swoje niewolnice?” Zapytał ze śmiechem. „Rada musi cię naprawdę mocno irytować”.
Zdecydowałem się nie odpowiadać Dantemu, ponieważ w tym samym momencie biuściasta blond służąca wprowadziła mój posiłek. Ta niewolnica krwi była w podeszłym wieku, co w ogóle nie w moim typie, ale wiedziałem, że z moim obecnym apetytem pożywię się, by zabić, a nie byłem gotowy odbierać życia żadnej z młodszych niewolnic. Zwykle, gdy moje niewolnice osiągały określony wiek, zwalniałem je, wręczając im dokumenty oraz specjalne znamię, które oznaczało je jako wolnych ludzi. Zostawiłem przy sobie zaledwie kilka, które przekroczyły ten wiek; zazwyczaj to były kobiety, które same zadecydowały, że nie chcą odchodzić. Tą konkretną niewolnicą była Adelaide. Należała do mnie, odkąd skończyła osiemnaście lat. Teraz była po dziewięćdziesiątce, a lekarz zdiagnozował u niej raka szyjki macicy w czwartym stadium. Gdybym pozwolił Adelaide umrzeć śmiercią naturalną, cierpiałaby z bólu. Pożywienie się na niej tej nocy zakończyłoby jej ból i cierpienie, a jednocześnie zaspokoiło mój apetyt.
Adelaide wydawała się spokojna, podchodząc do mnie.
– A więc w końcu nadszedł mój czas – powiedziała, unosząc głowę, by spojrzeć mi w oczy. – Cieszę się, że mogłam wybrać sposób, w jaki zakończy się moje życie. – powiedziała Adelaide, a jej oczy wypełniły się łzami. Po usłyszeniu diagnozy medycznej Adelaide wróciła do kwater dla niewolników i podpisała dokument stwierdzający, że jest gotowa umrzeć z rąk wampira; jeśli któryś potrzebowałby krwi, chętnie dałaby się z niej wycisnąć do sucha. Wolała umrzeć w uniesieniu niż na raka.
Kiedy wampir pił krew swoich ofiar, jego kły wstrzykiwały endorfiny do krwiobiegu, przynosząc uniesienie człowiekowi, na którym się pożywialiśmy. Oni dawali nam krew, a my odbieraliśmy im koszmary, chociaż w rzeczywistości to mój gatunek był ich najgorszym koszmarem. Większość wampirów piła, by zabić. Ja starałem się tego unikać na tyle, na ile to było możliwe. Choć byłem sędzią i ławą przysięgłych dla całej rasy Nadprzyrodzonych, nienawidziłem bawić się w kata. Kimże ja byłem, by decydować o tym, kto żyje, a kto ma umrzeć.
Podprowadziłem Adelaide do małego, drewnianego krzesła przy moim biurku i gestem kazałem jej usiąść. Usiadła cicho, nie wypowiadając ani słowa. Zastanawiałem się, co teraz czuje, wiedząc, że za chwilę umrze. – Jesteś gotowa, Adelaide? – zapytałem, sięgając dłonią by pogładzić ją po twarzy, po czym delikatnie odchyliłem jej podbródek w lewo, odsłaniając jej szyję.
– Tak, Wasza Wysokość. – odpowiedziała Adelaide bez cienia wahania w głosie.
– Dobrze, zatem zamknij oczy, Adelaide – szepnąłem. – I pomyśl o swoim najszczęśliwszym miejscu.
Adelaide posłusznie wykonała polecenie, nie mogąc oprzeć się mojemu rozkazowi. Pochyliłem się i wbiłem kły w jej gardło. Jej krew smakowała śmiercią – rak ją zanieczyścił. Chciałem przestać z niej pić, ale zmusiłem się do kontynuowania. Byłem to winien Adelaide i musiałem zaspokoić swoją wewnętrzną bestię. Piłem nadal po osłabieniu pulsu Adelaide, poza punkt, w którym normalnie bym przestał. Kontynuując picie, czułem, jak jej ciało wiotczeje. Usłyszałem, jak jej serce uderza po raz ostatni, a potem odsunąłem się, nie zadając sobie nawet trudu, by zasklepić ranę. Gdy spojrzałem na Adelaide, jej oczy wciąż były zamknięte, a ona wyglądała na szczęśliwą; wreszcie zaznała spokoju.
"Dominus vobiscum, et invenias tandem felicitatem tuam" (Niech Bóg będzie z tobą i obyś odnalazła swoje szczęście) – wypowiedziałem w moim ojczystym języku. Zabrał on obco, gdyż nie posługiwałem się nim od nocy, w której zostałem przemieniony.
***Dziękuję wam wszystkim, że tu zajrzeliście i czytacie moją najnowszą powieść. Dajcie mi znać, co sądzicie o historii do tej pory.***
















