Na swoją obronę mam to, że byłam bardzo pijana, bardzo zrozpaczona i absolutnie nie spodziewałam się, że przywlokę do domu półżywego wampira niczym jakiś gotycki szop pracz, który chomikuje złe decyzje.
Powinnam była iść dalej. Powinnam zignorować mężczyznę osuniętego pod ścianą w zaułku, z koszulą ściemniałą od krwi. Powinnam wiedzieć, że istota o takich oczach jak jego nie jest przeznaczona do ratowania.
Istnieje też ten specyficzny rodzaj żalu, który pojawia się, gdy uświadamiasz sobie, że właśnie zaprosiłaś drapieżnika szczytowego do swojego domu. To coś pomiędzy „nie powinnam była pisać do mojego byłego” a „zobaczmy, czy mleko sprzed tygodnia wciąż nadaje się do picia”.
Uczciwe ostrzeżenie: jeśli szukacie bohaterki, która nie klnie, ma poukładane życie i nie podejmuje codziennie wątpliwych decyzji, to trafiliście pod zły adres.
W przeciwnym razie zapnijcie pasy w tym cyrku, który nazywają moim życiem, i trzymajcie się swoich babcinych reform – to będzie wyboista przejażdżka.
∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞∞
*Ten dwulicowy, dupowłazy, zapchlony kutafon!*
Barman naprzeciwko gapi się na mnie, jakbym była potworem z Czarnej Laguny. Prawdopodobnie dlatego, że moje usta i język są ufarbowane na lazurowo od sześciu koktajli z blue curaçao i lemoniadą, które wciągnęłam w ciągu ostatniej godziny.
*Wiem, co myślicie – jak ona wciąż siedzi prosto po takiej ilości alkoholu? Cóż, moi kochani, rozmiary tej krągłej dziewczyny i szybki metabolizm pomagały mi przepić zaprawionych w bojach alkoholików, gdy sytuacja tego wymagała. Brawo ja!*
Nie oznacza to jednak, że nie czuję skutków. Mam wyraźne podejrzenie, że kiedy w końcu zdecyduję się podnieść tyłek z tego stołka barowego, moja równowaga nie będzie w szczytowej formie. *Cóż, będę się martwić, jak przyjdzie co do czego.*
Powinnam była wiedzieć, że dzisiaj będzie ciężko, kiedy obudziłam się rano, a mój ekspres do kawy odmówił posłuszeństwa. Ta maszyna była moją wspólniczką w zbrodni przez dwa lata studiów, cztery przeprowadzki i wiele poranków z kacem lub przygodami na jedną noc.
Gdy tylko go włączyłam dziś rano, nastąpił nagły błysk, po czym tył urządzenia stanął w płomieniach. Byłam oszołomiona przez całe dwie sekundy, zanim zdałam sobie sprawę, że jestem jedyną dorosłą osobą w domu i to na mnie spoczywa odpowiedzialność powstrzymania ognia przed rozprzestrzenieniem się i spaleniem całego domu do fundamentów.
Na szczęście przypomniałam sobie, że według Doktora Google, pożar instalacji elektrycznej należy gasić sodą oczyszczoną, a nie wodą, jak w typowych przypadkach. Pobiegłam więc do spiżarni i chwyciłam pudełko, które było rzadko używane *(bo za cholerę nie umiem piec)* i zasypałam ten pieprzony ogień, jakby zależało od tego moje życie. *W sumie, jak o tym pomyśleć, moje życie faktycznie od tego zależało. Ha.*
Drugą wskazówką powinno być to, że moja najnowsza pracownica zwolniła się przez DM na Instagramie. *Bardzo profesjonalnie, wiem.*
Tydzień temu błagała mnie, żebym przymknęła oko na jej młody wiek i dała jej szansę. To miała być jej pierwsza praca. Niechętnie się zgodziłam, bo przypomniałam sobie, że ja też kiedyś byłam nowa na rynku pracy i walczyłam o to, by ktoś we mnie uwierzył. *I spójrzcie, jak to się skończyło.*
Wołając barmana, przesuwam w jego stronę pustą szklankę. „Jeszcze jednego, poproszę, szefie”.
„Przykro mi, proszę pani, ale muszę odmówić”.
„Co! Dlaczego?” pytam oburzona, zdając sobie sprawę, że mój przycisk regulacji głośności może być zepsuty, gdy kilka głów odwraca się w moją stronę. *Och, walcie się*.
„Ponieważ hotel ma ścisłą politykę, że goście niebędący gośćmi hotelowymi mogą korzystać z baru tylko do 22:00”.
Patrzę na niego nieufnie, bo ta *polityka* brzmi mi jak stek bzdur. *Czy on próbuje się mnie pozbyć, nie obrażając mnie? Pewnie jakaś Karen poskarżyła się na dużą, grubą singielkę, która topi smutki w kadziach alkoholu. Cóż, chrzań się, Karen.*
Zerkam na zegarek i posyłam mu mój najsłodszy uśmiech. „Umówmy się tak. Jest teraz 21:45. Jeśli zaserwujesz mi jeszcze jednego drinka, dam ci napiwek w postaci chrupiącego banknotu pięćdziesięciodolarowego”.
Spojrzenie w jego oczach mówi mi, że moja taktyka negocjacyjna odniosła sukces. „Dobrze, ale muszę prosić o oddanie kluczyków. Zamówię pani taksówkę, gdy pani skończy”.
Z szerokim uśmiechem wsuwam rękę do torebki, by je oddać. „Mamy umowę, mój dobry panie”.
Odwracając się, by wymieszać mojego drinka, przyłapuję go na przewracaniu oczami. Pewnie ma dość pijanych klientów, którzy myślą, że ogromne ilości alkoholu rozwiążą ich problemy. *Oceniamy, co?*
Sącząc ostatni koktajl tego wieczoru, wracam myślami do momentu, w którym weszłam do mieszkania Stevena, by zastać go po same kule w mojej wspomnianej wcześniej byłej pracownicy. *Tak, dobrze słyszeliście.*
Steven wpadał do mojej księgarni kilka razy w zeszłym tygodniu. Nic dziwnego. Nawet przedstawił się Kylie, mojej nowej pracownicy. W tym też nic dziwnego. Niezwykłe było jednak to, że wczoraj zastałam ich skulonych w kącie, szepczących i chichoczących razem.
A ponieważ byłam super skupiona na nowych erotykach o wampirach, które dotarły rano, i na tym, gdzie je wyeksponuję, nie poświęciłam temu zbyt wiele uwagi. Bo posiadanie mrocznego, ponurego, niebezpiecznego mężczyzny, który uznaje cię za swoją na całą wieczność, przebija martwienie się o to, *czymkolwiek* to było.
Gemma, moja 62-letnia pracownica, wysłała mnie dziś wcześniej do domu *(jakbym to nie ja płaciła jej pensję)*, żebym przygotowała się na przyjęcie, na które miałam iść ze Stevenem w jego biurze. W drodze do domu uświadomiłam sobie, że para butów, której potrzebowałam na wieczór, została u niego. Wpadłam więc do jego mieszkania z zamiarem wejścia i wyjścia w ciągu kilku minut.
To, co mnie tam czekało, będzie mnie prześladować przez dni. Prawdopodobnie miesiące. Najpewniej lata.
Ponieważ jego sypialnia znajduje się na tyłach mieszkania, początkowo nie słyszałam hałasów, gdy wślizgnęłam się do środka, używając kopii klucza, którą dał mi dwa tygodnie temu. Ale po około pięciu krokach w korytarzu dźwięki dochodzące zza zamkniętych drzwi sprawiły, że zatrzymałam się na jakieś 2,5 sekundy – mój instynkt krzyczał na mnie.
Kiedy powoli pchnęłam drzwi, próbując przedłużyć moment, w którym zobaczę mój świat obwieszony zużytym papierem toaletowym, mój umysł odbijał się jak piłeczka pingpongowa między wrzeszczeniem jak banshee, histerycznym śmiechem jak zła wiedźma a płaczem dziecka, które właśnie straciło swojego aksolotla.
Jedynym sposobem na zapomnienie tego, co zobaczyłam, jest prawdopodobnie wybielenie gałek ocznych. *Czy moje ubezpieczenie zdrowotne pokrywa ten zabieg?*