Kael schodziła po schodach powoli i z gracją, zauważając, jak Torin odwraca się, by sprawdzić, na co wszyscy patrzą. Był zszokowany, widząc własną żonę. Kaelia uznała to za obraźliwe. Kiedy więc podał jej rękę – ku niezadowoleniu Księżniczki Peach, znanej również jako Nadi w swojej brzydkiej, brzoskwiniowej sukience – zignorowała go i przeszła obok nich, jakby się nie znali. Ten gest wywołał kolejną falę szeptów, co w świecie wilkołaków nie miało żadnego znaczenia – każdy i tak doskonale słyszał, o czym szepczą.
Kael podeszła, by przywitać się z kilkoma znajomymi parami. Wszyscy obdarzyli ją swoimi najpiękniejszymi uśmiechami, nie komentując tej niezręcznej sytuacji. Szybko się z tym uporała, a ponieważ do końca imprezy było jeszcze daleko, postanowiła zaaplikować sobie dawkę płynnej odwagi. Bogini wiedziała, że dzisiaj bardzo jej się przyda.
Kątem oka zauważyła, że balkon po drugiej stronie sali, z którego zwykle korzystał gospodarz domu, Alfa Higgins, został zasłonięty białymi zasłonami, by ukryć to, co działo się za nimi. Dostrzegła kilka poruszających się wewnątrz sylwetek, ale to wszystko. Ciekawiła ją potrzeba ukrycia się, jednak nie na tyle, by osobiście to sprawdzać.
– Luno Blackwood – odezwał się męski głos za jej plecami. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z nieznajomym Alfą. Należał do tych nowych i młodszych, bo jeszcze go nie znała. W niektórych stadach Alfy zmieniali się często z powodu walk o władzę. Jej i Torinowi udało się tego uniknąć i byli uważani za kogoś w rodzaju starszyzny, mimo że ona miała dwadzieścia pięć lat, a on dwadzieścia sześć.
– Witam – przywitała mężczyznę z łagodnym uśmiechem. W końcu wymagała tego zwykła uprzejmość.
– Alfa Brock Langdon – przedstawił się młody mężczyzna. On również wyglądał na pod koniec dwudziestki. – Alfa stada Zielonej Góry.
– Ach, słyszałam – odpowiedziała Kaelia, teraz już zaciekawiona. Wszyscy słyszeli plotki o bękarcie poprzedniego Alfy, który wyzwał swojego starszego brata na pojedynek i odebrał mu tytuł. – Imponujące! – skomentowała.
– Komplement z ust kogoś takiego jak ty to prawdziwy zaszczyt. – Uśmiechnął się półgębkiem i gestem polecił barmanowi podać im napoje. – Szampan dla tej pani i brandy dla mnie.
Nawet jej nie zapytał. Alfy już tak miały.
– Kaelio – odezwał się kolejny Alfa, pojawiając się z jej drugiej strony. – Wyglądasz zjawiskowo jak zawsze.
Oplótł ramieniem jej talię, jakby była jego własnością, co sprawiło, że Brock warknął cicho ostrzegawczo.
Przez sekundę Kael nie rozumiała, co się dzieje. Nagle do niej dotarło. Obaj myśleli, że znów jest do wzięcia.
Jakie to zabawne! I użyteczne.
W końcu była niemal singielką, gotową na nowe znajomości. Nawet jeśli na szyi wciąż nosiła znak innego mężczyzny. Mężczyzny, który w tej chwili świetnie się bawił z kimś innym. Z tego, co Kael pamiętała ze swojego poprzedniego życia, ta dwójka bawiła się doskonale, podczas gdy o niej zapomniano. Ukryła się wtedy w swojej skromnej sukience, kuląc się w kącie, i wcześnie opuściła przyjęcie. Sama. Ze złamanym sercem nie potrafiła z nikim rozmawiać, choć bardzo się starała. Jak zawsze.
Teraz gra się rozpoczęła. Jej serce już nie bolało.
Cóż, może odrobinę. Mogła jednak teraz myśleć trzeźwo. Widziała te głodne spojrzenia.
Każdego. Jednego. Mężczyzny.
I może była to małostkowa reakcja, ale uwielbiała tę uwagę. Pragnęła jej po tym wszystkim, co wydarzyło się z Torinem. Musiała znów poczuć się kobietą. I to piękną kobietą.
Znikąd dobiegło kolejne głośne warknięcie, niosące ze sobą taką moc, że wszyscy się obejrzeli. Przez sekundę Kael myślała, że to Torin, że w końcu ją zauważył, ale on był w drugim końcu sali, przedstawiając Nadi swoim kolegom Alfom. Rzucił jej spojrzenie, gdy poczuł, że na niego patrzy, i posłał przepraszający uśmiech. Jakie to irytujące.
Więc kto warczał?
– Nie przejmujcie się nimi! – wtrącił się trzeci Alfa, dołączając do nich. – To tylko Likani szaleją. Kaelio, wyglądasz dziś po prostu nieziemsko! Co za suknia! Ten kolor niesamowicie do ciebie pasuje!
– Likani? – Trzepotała rzęsami ze zdziwieniem, myśląc, że chyba się przesłyszała. – Tutaj?
– Tak. – Brock parsknął śmiechem. – Wszyscy są w szoku. Zapraszają ich co roku, ale nigdy się nie zjawiają, pewnie myśląc, że są dla nas za dobrzy! Wczoraj Alfa Miller odebrał telefon, że sam Król Likanów złoży wizytę. Potrzebowali jednak prywatnej strefy VIP. Wyobrażasz sobie?
– Snoby! – wykrzyknął stojący obok wilkołak, wybuchając śmiechem. – Więc jak, Kael, zarezerwujesz dla mnie taniec?
– Nie widzę przeszkód...
– Nie! – Usłyszała za sobą stanowczy głos i odwróciła się, by zobaczyć swojego Betę, który wyglądał na mało zachwyconego całą tą sytuacją. O co mu chodziło? – Moja Luna obiecała mi dziś taniec – skłamał bez mrugnięcia okiem, co ją zirytowało. Robił to dla Torina? Miał pilnować, żeby z nikim nie rozmawiała?
Tego było już za wiele i zupełnie nie pokrywało się z jej planami.
– Nie bądź śmieszny, Corb. – Zaśmiała się beztrosko, po czym posłała mu swoje charakterystyczne spojrzenie typu „nawet nie próbuj”, którego używała wobec podwładnych. – W samochodzie rozmawialiśmy tylko o jednym tańcu. Potem – zerknęła na towarzystwo co najmniej pięciu wolnych Alf wokół niej – mogę tańczyć z moimi starymi przyjaciółmi. I nowymi również.
Na te słowa kilku mężczyzn poprawiło kołnierzyki, a ją ucieszyło, że wywarła na nich pożądany wpływ. Ta suknia była jednak dobrą inwestycją.
– Wciąż nalegam, by być pierwszym. – Beta podał jej dłoń, a ona ją przyjęła.
– Zaraz wracam – szepnęła i mrugnęła do pozostałych dżentelmenów. Część z nich skinęła głową, inni uśmiechnęli się porozumiewawczo.
Oczywiście nie myślała o nich poważnie. Choć doskonale wiedziała, że niektórzy z nich traktowali ją bardzo poważnie. Był tam Alfa Kellan, dawny rywal Torina. Już kiedyś nie raz deklarował chęć uczynienia jej swoją Luną. Alfa Emmett również okazywaj jej wcześniej wyrazy podziwu. Zwykle udawała, że tego nie widzi, ale doskonale wiedziała, jak na nią patrzą. Kobiety z czystą krwią Alfy należały do rzadkości. Jej wilczyca miała nieskazitelne, srebrzyste futro, co również było wyjątkowe. Na dodatek była piękna i mądra. Była idealną Luną, której pragnął każdy. Torin miał szczęście, że ją miał.
Szkoda, że to wszystko na nic się zdało, gdy spotkał swoją przeznaczoną. Nawet mimo tego, że nosili swoje znaki i łączyła ich własna więź, nic to nie pomogło.
– Nie powinnaś dawać im nadziei, wiesz? – odezwał się nagle Corb. Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Nadinterpretujesz wszystko. – Odwróciła wzrok, bo jego spojrzenie zdawało się przewiercać jej czaszkę. – Po prostu dobrze się bawię.
– Jesteś Luną...
– A mój Alfa bawi się tam w najlepsze ze swoją przeznaczoną, Corb. – Wywróciła oczami. – Co mam twoim zdaniem robić? Zaszyć się w najdalszym kącie sali i wypłakiwać sobie oczy? Dokonał wyboru i...
– I już szukasz nowego Alfy? – Jego uścisk na jej ciele się zacieśnił. – Czy naprawdę jest taka potrzeba?
– A uważasz, że nie ma? – Spojrzała na niego z zaciekawieniem.
– Oczywiście, że nie! – Jego głos był stanowczy. – Torin nigdy się z tobą nie rozwiedzie. Ta dziewczyna jest tylko dla jego wilka. Ty też możesz znaleźć kogoś takiego. W naszym stadzie.
– Albo mogę pójść i też poszukać mojego przeznaczonego! – Parsknęła i zignorowała jego grymas. – Nie kręcą mnie takie układy, Corb. To nie w moim stylu.
Zacisnął szczękę, ale na szczęście muzyka dobiegła końca, więc zostawiła go, próbując zniknąć w głębi tłumu.
– Widziałaś? Co za bezczelność! – mówiła jakaś dziewczyna w oddali. – Nic dziwnego, że jej mąż nie odrzucił swojej przeznaczonej, mimo że ją naznaczył! Może ta historia ma drugie dno, skoro ona wiesza się na każdym Alfie, którego zobaczy!
Kaelia przeniosła wzrok na dziewczynę. To była tylko jakaś lala, którą przyprowadził jeden z Alf. Nawet nie Luna.
Zdała sobie jednak sprawę, że plotki szybko się rozniosą. I nie każdy stanie po jej stronie, mimo że nie miała wyboru.
Trudno.
Celowo zostawiła Corba po przeciwnej stronie sali niż ta, po której czekali na nią wszyscy wolni Alfy. Oczywiście nad nimi też zamierzała popracować, jednak nie byli zbyt wiarygodni. Jeśli pragnęli czegoś więcej niż tylko sojuszu, mocno się rozczarują. Nie chciała wychodzić za mąż po raz drugi. Przynajmniej nie teraz. Jedyne, czego chciała, to odzyskać swoje stado. Do tego potrzebowała pomocy.
Zaczęła więc od podejścia do dawnych przyjaciół swojego ojca. Tych, o których wiedziała, że wspierają Torina ze względu na nią. Mała aluzja tu, kolejna tam, i jeden po drugim deklarowali swoje poparcie – w sumie czterech w ciągu pół godziny. Niewiele, ale to zawsze jakiś początek.
– Tu jesteś! – Alfa Brock dopadł ją, gdy szła porozmawiać z jednym ze swoich dawnych kolegów z klasy. – Ktoś obiecał mi taniec.
His piwne oczy wydawały się teraz ciemniejsze i wiedziała, że dłużej nie zdoła tego unikać. Zauważyła Tora niedaleko, z uczepioną go Nadi. Jego oczy były jednak skierowane na żonę. Spojrzenie to nie wróżyło jej niczego dobrego.
– Obiecałam, prawda? – poflirtowała, rozkoszując się tą chwilą. Miała nadzieję, że go to boli.
Brock miał już zabrać ją z powrotem na parkiet, gdy drogę zagrodził im nieprzyzwoicie wysoki mężczyzna z figlarnym uśmiechem.
– Dawno się nie widzieliśmy, Luno – zwrócił się do niej, jakby się znali. Próbowała ze wszystkich sił przypomnieć sobie, kim jest, gdy nagle do niej dotarło.
Wstrzymała oddech, rozpoznając Likana, którego spotkała lata temu. – Beta Vaughn?
– We własnej osobie! – Pokazał rządek śnieżnobiałych zębów. – Co za przypadek, że na siebie wpadamy!
– Na corocznym Balu Alf, w którym co roku biorą udział wszystkie Luny? – Uniosła brew z powątpiewaniem. – Nieszczególny!
– Cóż... – Zaśmiał się cicho. – Ja jestem tu po raz pierwszy, więc... mniejsza z tym... mój król też tu jest i pragnie się z tobą widzieć.
– Dopilnuję, by Luna Blackwood się stawiła, gdy tylko skończymy tańczyć – oświadczył Alfa Brock, próbując ją poprowadzić dalej. Niestety, Likan go powstrzymał.
– Obawiam się, że będziesz musiał znaleźć sobie inną partnerkę do tańca. – Na jego twarzy gościł przyjazny uśmiech, jednak jego głos brzmiał groźnie. Tak groźnie, że Alfa Brock odsunął się na bok, robiąc im przejście.
Likan poprowadził ją w stronę balkonu, podczas gdy niemal wszyscy na sali, wliczając w to jej męża, patrzyli, jak rozsuwa przed nią białą zasłonę, dając jej znak do wejścia.
Gdy tylko weszła do środka, rozległo się kolejne głośne warknięcie.
















