Hazel Connolly
"Spóźnię się, spóźnię się…" – mamroczę pod nosem, pędząc przez korytarze, żeby zdążyć na zajęcia. Profesor Elkins nie zawsze bywa wyrozumiała, a jeśli znów każe mi stanąć przed całą grupą, by wytłumaczyć się ze spóźnienia, po prostu tego nie zniosę.
Mamroczę do siebie i nagle w mojej głowie zaczyna grać ta melodyjka. Biały Królik z animowanej "Alicji w Krainie Czarów". "Spóźnię się, spóźnię się na bardzo ważne spotkanie. Nie mam czasu na dzień dobry, do widzenia, spóźnię się, spóźnię się, jestem..." Przed oczami odtwarza mi się cały film.
"AAAA!" – wydaję z siebie mimowolny krzyk, wpadając na potężną, twardą ścianę. Podnoszę wzrok i mam ochotę umrzeć. To nie była ściana. Wpadłam na zrobione z betonu ludzkie ciało.
Moje oczy mają pewnie wielkość spodków, gdy wpatruję się w twarz jednego z czterech baronów z Aldridge. "Braci" Mercerów, którzy królują na lodowiskach Uniwersytetu Aldridge, a wraz z rodzicami – w całym tutejszym miasteczku. Pech chciał, że wpadłam na tego najbardziej bezwzględnego, Declana. Gra na środku ataku i jest prawdopodobnie najbardziej pożądanym kawalerem na wszystkich uczelniach w tym stanie. W moim słowniku to po prostu synonim rozpuszczonego playboya. Po każdym treningu i meczu hokejowe króliczki ustawiają się do niego w kolejce. Z ich czwórki jest też najchłodniejszy i najbardziej okrutny.
Świetnie, dokładnie tego mi brakowało.
Mój lewy palec wskazujący natychmiast zaczyna drapać paznokciem o kciuk, podczas gdy ja czekam, aż on wybuchnie. Nie słynie z uprzejmości, a ja modlę się, by nie pamiętał mnie z naszych dwóch poprzednich spotkań na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Myśli wirują mi w głowie, więc potrząsam nią lekko, by się skupić. Rozproszyła mnie ta cholerna analogia z Białym Królikiem.
"Przepraszam... Goniłam królika" – mówię w zdenerwowaniu, a on mruży oczy. Mają niezwykle intrygujący kolor, przypominają srebro z domieszką najbledszego lodowego błękitu. Te bzdury same wymsknęły mi się z ust i aż się krzywię, zdając sobie sprawę, że weźmie mnie za niezdarną wariatkę. Skupiam się z całych sił, by uporządkować myśli. No weź, mózgu, współpracuj!
"Hazel!" – słyszę krzyk mojej najlepszej przyjaciółki z głębi korytarza.
Wychylam się zza potężnego hokeisty i widzę May, która macha do mnie jak szalona. Gigant stojący przede mną przesuwa się, zasłaniając mi widok i zmuszając mnie do ponownego zwrócenia na niego uwagi. Jakbym w ogóle mogła zapomnieć, że tu jest. Nazywają go Lawiną, bo w drodze do bramki w zasadzie taranuje wszystko, co stanie mu na drodze.
Na twarzy Declana pojawia się gniewne zmarszczenie brwi, gdy znów ryzykuję spojrzenie w górę. "To jest ten twój 'królik', za którym tak goniłaś?"
O Boże, jego głos. Zapomniałam, jak on działa na człowieka. To najgłębszy, najbardziej chropowaty dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam. Nawet w tych internetowych filmikach o książkach, które czytam, głosy nie brzmią w ten sposób. Prawie czuję mrowienie w bębenkach, gdy ten dźwięk rezonuje mi w głowie.
"Ummm, nie. Ja..."
"Declan!!! Donovan!!!" – głośny, radosny okrzyk, po którym następuje perlisty śmiech, rozlega się za moimi plecami.
Nie śmiem się odwrócić, podczas gdy niebieskie oczy Donovana Mercera przenoszą się z mojej twarzy na korytarz za mną. Mruży je jeszcze bardziej i zastanawiam się, czy przeszkadza mu ta uwaga. W zeszłym roku miałam z nim zajęcia. Ignorował mnie i wszystkie inne dziewczyny w sali. Jest tak samo wysoki jak jego brat bliźniak, co w zasadzie oznacza wzrost Wesołego Zielonego Olbrzyma. Mówię poważnie, od patrzenia w górę na tych facetów można dostać skurczu karku. Mają pewnie z metr dziewięćdziesiąt osiem albo dwa metry wzrostu. Obaj mają krótkie, popielatoblond włosy i o ile te Declana są rozczochrane i w nieładzie, o tyle fryzura Donovana jest ułożona w podobny nieład, ale nieco krótsza. Włosy mają wyraźną teksturę, a ja zastanawiam się w duchu, czy są szorstkie, czy miękkie.
Declan przekrzywia lekko głowę, a jego wzrok nawet na moment nie ucieka. "Czy nie powinnaś biec za swoim królikiem... Hazel?"
I teraz już wiem, jak smakuje orgazm dla uszu, kiedy on wypowiada moje imię. Co do cholery jest dziś ze mną nie tak? Ten facet na pewno ma ochotę mnie zabić, a ja staram się nie ślinić na dźwięk jego głosu. A nie powinnam, wiedząc, że uważa mnie za równie godną potępienia, co reszta jego drużyny.
Kiwam szybko głową i zaczynam go omijać, ale wcześniej szepczę: "Przepraszam". Oby to nie wróciło do mnie później w formie jakiejś zemsty.
Idę szybko, znikam za rogiem i zaglądam przez wąski pasek szyby, widząc, że profesor Elkins właśnie coś mówi. May przyciąga moją uwagę i widzę, jak unosi trzy palce. Kiwam głową i czekam, aż sięgnie w dół, by rzucić czymś w okna na przeciwległej ścianie.
Profesor Elkins odwraca się, by sprawdzić źródło hałasu, a ja wślizguję się przez drzwi, skradając się na pierwsze wolne miejsce. May pokazuje mi kciuk w górę z przebiegłym uśmiechem. Na całe szczęście nie ma tu nikogo z drużyny futbolowej ani hokejowej, bo inaczej zwróciliby uwagę na nasz fortel, tylko po to, by patrzeć, jak wiję się w zakłopotaniu.
W ciszy wyciągam zeszyt i zaczynam notować to, co napisała na tablicy. To jedne z moich najmniej lubianych zajęć, ale są obowiązkowe do ukończenia studiów. Zdecydowanie lepiej radzę sobie z liczbami niż z suchą, nudną historią. Po prostu lepiej pasują do mojego rozkojarzonego mózgu.
Kiedy miałam dziesięć lat, moja nauczycielka zauważyła, że zawsze bujałam w obłokach, z wyjątkiem lekcji matematyki. Zadzwoniła do mojej matki zastępczej, Marthy, i zorganizowała spotkanie. Po nim Martha zabrała mnie do specjalisty. Pani Jenkins zasugerowała, że najczęściej mam problemy ze skupieniem i mogę potrzebować dodatkowej pomocy. Zdiagnozowano u mnie ADHD, głównie podtyp z przewagą zaburzeń koncentracji uwagi (ADHD-PI). Zamiast typowego elementu nadpobudliwości, którego ludzie spodziewali się po ADHD, byłam wycofana i często śniłam na jawie. Miałam problemy z kończeniem zadań w szkole i łatwo się rozpraszałam. Byłam skrajnie zdezorganizowana, a mój mózg błądził według najbardziej dziwacznych wzorców myślowych. Czasami przypominało to trochę życie w Krainie Czarów z Alicją. Podążałam za jakąś zbłąkaną myślą, która pojawiała się po wychwyceniu jednego słowa w zdaniu, i zaczynałam zsuwać się w króliczą norę, po drodze znajdując kolejne rozpraszające strzępki myśli. Na koniec lądowałam w zupełnie innej scenerii, pełnej kolejnych jaskrawych dystrakcji lub całkowicie nowego zestawu myśli. Zupełnie jak to, co spotykało Alicję za każdym razem, gdy wydawało jej się, że już się odnalazła, w tym animowanym filmie, który widziałam miliony razy.
Przynajmniej tak najłatwiej było mi to opisać innym ludziom, takim jak moja najlepsza przyjaciółka czy psycholog, gdy pytała, jak mijają mi dni w szkole. Przypominam sobie test, który wtedy rozwiązywałam, a o którym powiedziała, że wskaże jej, jak bardzo jestem bystra. Padały też inne pytania do Marthy i do mnie o to, jak radzę sobie z ubieraniem się czy myciem zębów. Co się działo w przypadku określonych potraw czy tekstur ubrań. Konieczne było też badanie słuchu i wzroku, chociaż wtedy bardzo mnie to zdezorientowało. Widziałam i słyszałam doskonale. Tyle że nie zawsze słyszałam to, co zostało powiedziane. Martha zapewniła mnie, że wszystkie te testy są po to, by mieć pewność, że niczego nie przeoczą, bo czasami można mieć więcej niż jedną zagadkę, która wymaga rozwiązania. Zawsze miała swój sposób na ubieranie rzeczy w słowa, który pomagał mi nie czuć się gorszą, nawet jeśli nie zawsze to działało.
Nie było łatwo odpowiadać na pytania podczas pierwszej wizyty. Martha delikatnie zachęcała mnie, bym z nią porozmawiała. Nazywała się dr Symon. Miała łagodne, złocistobrązowe oczy, otoczone najpiękniejszym oliwkowym odcieniem skóry i głęboki, miękki głos. W jej włosach widać było siwe pasma, a uśmiech miała życzliwy i łagodny. Ani razu nie straciła do mnie cierpliwości, gdy już ją do siebie dopuściłam. Choć strasznie się bałam. Bałam się, że powie Marcie coś, przez co znów będę musiała się przeprowadzić. Spakować swoje rzeczy i pojechać w nowe miejsce. Martha nie krzyczała na mnie, że nie słucham. Brała mnie za ręce i siadała, żebym nie musiała podnosić wzroku, kiedy do mnie mówiła.
Gareth, mój pracownik socjalny, przyszedł na kolejną wizytę. Zawsze się do mnie uśmiechał, a jego żona, Althea, za każdym razem przysyłała mi dwa batoniki z ciasteczkami M&M's, kiedy się z nim widziałam. A także książkę. Moją ulubioną był "Sok na piegi" Judy Blume. Wciąż mam egzemplarz, który mi podarowała. Widział już lepsze dni, był pakowany i przewożony do różnych domów i nie zawsze traktowano go z ostrożnością, ale dumnie stoi na mojej półce. Widok Garetha nie zawsze oznaczał coś dobrego. Moje serce zamierało, gdy się pojawiał. Pewnego razu musiał mnie zabrać do swojego biura, gdzie usłyszałam, jak rozmawiają o mnie dwoje innych ludzi. Nie on. Powiedzieli, że jestem oporna i buntownicza. Że w niektóre dni wymagam zbyt wiele pracy w porównaniu do innych dzieci w ich domu. Te słowa wypaliły się w moim mózgu. Zniewagi tak mają. Pamiętam każdą raniącą obelgę, jaką kiedykolwiek we mnie rzucono. Każda krytyka odtwarza się w moim umyśle w niektóre dni, kiedy toczę bitwę sama ze sobą.
Wysłali mnie na zewnątrz, podczas gdy we troje rozmawiali. Siedziałam tam, zastanawiając się, ile czasu zajmie mi spakowanie swoich rzeczy u Marthy. Oznaczałoby to nową szkołę. Innego nauczyciela. Pani Jenkins była dla mnie taka słodka i miła. Nigdy się nie złościła, kiedy zbyt długo odpowiadałam na pytanie lub kończyłam wypełniać karty pracy.
Kiedy zawołano mnie z powrotem, zapytałam Garetha, kiedy po mnie przyjedzie, by zabrać mnie do następnego domu. Martha natychmiast uklękła na podłodze i ujęła moje dłonie. "Nigdzie się nie wybierasz, moja mała Hazel. Posłuchamy dr Symon o tym, co możemy zrobić, by pomóc ci w skupieniu się i kończeniu różnych rzeczy". Potem łagodnie wyjaśniła mi moją diagnozę. Dr Symon dołączyła do niej i powiedziała, że będziemy rozmawiać, a ona pomoże mi stworzyć plan, by moje dni stały się łatwiejsze.
Martha ciężko pracowała, by mi pomóc. Mieszkałam z nią najdłużej ze wszystkich moich pobytów w rodzinach zastępczych, prawie dziesięć lat, aż do uzyskania pełnoletności. Zabierała mnie na terapię przez zabawę i inne formy terapii interaktywnej, gdzie poznałam kilka sztuczek, które pomagały mi radzić sobie w mojej sytuacji.
Mayę Campos poznałam na zajęciach z arteterapii, kiedy miałam dwanaście lat. Czekała tam na swojego starszego brata, Suttona, który miał własne problemy z koncentracją. Podeszła prosto do mnie i się przedstawiła. Okazało się, że chodzimy do tej samej szkoły i tej samej klasy, a ja nigdy jej nie zauważyłam. Zadała mi trzy pytania: o mój ulubiony kolor, ulubione jedzenie i o to, czy uważam, że Tommy Baldon z naszej klasy jest uroczy. Gdy usłyszała moje odpowiedzi, oświadczyła, że od tej pory będziemy najlepszymi przyjaciółkami. I tak się stało. Byłam zaskoczona. Nauczyła się sztuczek, które pozwalały mi zachować skupienie w jej towarzystwie, i stawała w mojej obronie, kiedy sama nie byłam w stanie tego zrobić. Pomagało to, że większość nie zwracała na mnie większej uwagi, kiedy ona była w pobliżu. Do dziś tak jest, co zresztą nigdy mi nie przeszkadzało.
May zawsze powtarza mi, że jestem piękna, ale niespecjalnie przejmuję się swoim wyglądem. To jeszcze jedna rzecz, na którą obecnie nie mam czasu. Jestem tym, kim jestem, a jeśli inni chcą mnie oceniać wyłącznie po wyglądzie, niech tak będzie. Mam metr siedemdziesiąt wzrostu i sylwetkę, którą nie bardzo jest się czym chwalić. Moje brązowe włosy i brązowe oczy nie są niczym wyjątkowym ani unikalnym. Mam na nosie i górnej części policzków drobną konstelację bladych piegów. Nigdzie indziej na mojej jasnej skórze ich nie ma.
Maya to uosobienie amerykańskiego snu z jej złocistymi blond włosami i jasnoniebieskimi oczami. Jest tylko niecałe trzy centymetry wyższa ode mnie, ma idealną figurę i całoroczną złocistą opaleniznę. Zwykle wszystkie oczy zwrócone są na nią, co bardzo mi pomaga. Czasem daje mi to czas i przestrzeń na uporządkowanie myśli.
Do dziś jest jedyną osobą, do której mogę zadzwonić, gdy mam trudny dzień, i nie powstrzymuje mnie przed tym poczucie winy. Mam je później, ale w mniejszym stopniu niż w stosunku do innych. Dr Symon wspominała o tym, że takie rzeczy mogą mieć na mnie wpływ. Część z tego utkwiła mi w głowie, ale tak naprawdę nie wyciągnęłam z tego wniosków aż do późniejszych lat. Dysforia wrażliwa na odrzucenie (RSD), której mogłam doświadczać. Rzeczy, nad którymi będę musiała ciężej pracować z powodu poczucia winy lub reakcji emocjonalnej na dostrzegane odrzucenie lub krytykę, obok rzeczywistego odrzucenia lub porażki.
Maskowanie, czyli sytuacje, w których próbowałam wydawać się normalna dla innych i ukryć moje ADHD. Dr Symon ostrzegała mnie, że maskowanie i RSD mogą napędzać się nawzajem w zapętlonym mechanizmie. O tym, jak ta pętla może mnie wyczerpać i doprowadzić do wypalenia, co uczyniłoby mnie jeszcze bardziej podatną na wrażliwość na odrzucenie. Przekonałam się o tym na własnej skórze już kilka razy.
Spotykałam się z dr Symon regularnie przez półtora roku. Potem się wyprowadziła, a Martha znalazła mi nową psycholog, dr Hamilton, która była gorąco polecana z zatwierdzonej listy stanowej. Nie polubiłam jej tak bardzo i po każdej sesji wychodziłam z poczuciem, że ponoszę porażkę w radzeniu sobie z moimi problemami. Otaczała ją aura rozczarowania. Ignorowałam to i starałam się mocniej, ponieważ bardzo pomogła synowi współpracowniczki Marthy z jego neuroróżnorodnością. Jej zachowanie wydawało się nigdy nie zmieniać. Zwłaszcza po tym, jak spróbowałam leków, co pogorszyło wszystko dziesięciokrotnie. Po jednym z nich czułam się tak, jakby moje serce miało eksplodować. Nie mogłam spać, a po dwóch ostatnich mój poziom lęku drastycznie wzrósł. Mój apetyt zanikł niemal całkowicie przy dwóch z nich. Po wypróbowaniu trzech różnych w końcu znalazłam w sobie odwagę, by błagać Marthę, żebyśmy dały spokój. Czułam się fatalnie. Dr Hamilton chciała spróbować jeszcze jednego, ale Martha powiedziała jej, że skończyłyśmy i że wrócimy do tego za rok lub gdy sama o tym wspomnę. Kilka miesięcy później poszłam do nowego terapeuty z innych powodów. Skupił się na alternatywnych pomysłach pomocy w zarządzaniu moimi objawami po tym, jak Martha wyjaśniła mu, co się stało. Ostatni raz widziałam go cztery lata temu. W tamtym czasie moje napady lęku były o połowę mniejsze niż obecnie. Po... moim pierwszym roku studiów wzrosły z łatwością dwukrotnie.
Zajęcia się kończą, podczas gdy ja zaledwie mgliście uważałam, a May podchodzi, żeby na mnie poczekać.
"Było blisko" – mówi z szerokim uśmiechem, a ja się śmieję.
"Dzięki, May. Trafiłam na lodową zaporę". Pociąga mnie za ramię i przykłada palec do ust, dopóki nie wychodzimy na korytarz.
"Zrobił ci coś?" – szepcze z niepokojem.
"Nie, chyba pojawił się jeden z hokejowych króliczków, więc był bardziej zajęty tym. Puścił mnie tylko z drobną drwiną i to wszystko". Wzruszam ramionami i ostrożnie omijamy róg. "Nie ma pojęcia, że wpadam na ściany, nawet gdy jestem w pełni obecna umysłem. Nie jestem uosobieniem gracji". Na szczęście korytarz jest w większości pusty. Kilka osób wpatruje się w nas przez chwilę. Pewnie są ciekawi, czy ktoś będzie mnie nękał.
"Więc nie pamiętał cię z zeszłego roku?" – pyta, gdy kierujemy się w stronę jej samochodu.
"Na to wyglądało" – mówię, wsiadając. Miał powody i jednocześnie nie miał powodów, by pamiętać, tak myślę, co brzmi pokrętnie, ale to prawda. Poza tym na pewno był rozproszony przez tę dziewczynę, która wołała go po imieniu. Nie brakuje im atencji z ich strony. Nie jestem jedną z ich pewnych siebie, uwielbiających ich fanek. Odsuwam tę myśl od siebie, zanim wpadnę do kolejnej króliczej nory, porównując się z innymi.
Porównywanie się może i jest dla niektórych złodziejem radości; dla mnie to raczej kolejny sposób na bycie pominiętą, nawet we własnym umyśle.
"Miejmy nadzieję, że zapomniał" – mruczy May.
Kiwam głową i przypominam sobie, co się wydarzyło.
W zeszłym roku byłam w połowie drogi do stolika w centrum studenckim z moim lunchem. Oczywiście zatraciłam się we własnej głowie, próbując zorganizować sobie zadania na dany dzień. Nie uważałam, co było całkowicie moją winą.
Jim, jeden z futbolistów, podstawił mi nogę. Wyleciałam w powietrze, podobnie jak moja taca z jedzeniem. Frytki i nuggetsy nie stanowiły problemu, ale otwarty kubek z jogurtem – już tak. Truskawkowy jogurt wyleciał i uderzył prosto w nikogo innego, jak w rozgrywającego drużyny futbolowej, Prestona. Zawył ze złości, podniósł się i zaczął rzucać we mnie wyzwiskami. W ramach zemsty chwycił swoją butelkę z wodą i wylał ją na mnie. Moja koszula była całkowicie przemoczona, a ponieważ była w większości biała, stała się przezroczysta. Skuliłam się w sobie, gdy wszyscy się śmiali. Potem tłum w większości się przerzedził. Siedziałam tam, dopóki drużyna futbolowa nie odeszła.
Para niezwykle dużych stóp stanęła tuż przede mną. Kiedy odważyłam się podnieść wzrok, spojrzałam w te zmrużone, wściekłe oczy, które dziś rano podziwiałam. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam jego głos. Miał plamy truskawkowego jogurtu na dżinsach, a ja aż sapnęłam.
"Ja... Ja nie..." Zanim zdążyłam dokończyć, warknął. Naprawdę warknął jak jakiś wściekły wilk.
"Kurwa, właśnie, że tak! Masz, i tak już to przez ciebie zniszczone. Powinnaś się zasłonić!" – powiedział ze złością, podczas gdy ja wpatrywałam się w podłogę, zarówno upokorzona, jak i wściekła. Podniosłam wzrok, by zobaczyć, jak sięga jedną ręką za kark i jednym płynnym, łatwym ruchem zdejmuje czarną bluzę z kapturem, którą miał na sobie. Rzucił mi ją na głowę i odszedł. Naciągnęłam ją na siebie, będąc mu wdzięczną, a jednocześnie mając ochotę ją spalić. Przez cały dzień próbowałam ignorować jej zapach.
Maya mi o to dokuczała, ale przestała, kiedy opowiedziałam jej całą historię.
"Spal to, jak wrócisz do domu. Ale na razie to przydatne, kochana".
Głos May wyrywa mnie z zamyślenia, gdy miękko woła moje imię. "Hazel... Hazel... wróć na ziemię, mała".
Potrząsam głową. "Przepraszam, May. Jedziemy odebrać Milo? Mogę się nim zaopiekować, kiedy ty pójdziesz dziś wieczorem do laboratorium".
"Doceniam to. Uda nam się, Hazel. Ostatni rok studiów".
Tłumię pełną nadziei radość i odpowiadam pragmatycznie: "Zostało tylko 155 dni nauki do dyplomu. Teraz muszę tylko przetrwać ten ostatni rok piekła".