Pierwszy Rozdział
Hotel Hilton
Będąca w dziewiątym miesiącu ciąży Charmine Jordan z trudem szła nawą, rozglądając się dookoła, jakby kogoś szukała.
To był jej wielki dzień, dzień jej zaręczyn z Julianem Cabellem. Czas niemal nadszedł, ale jego nigdzie nie było widać.
Jednak gdy tak ciężko stawiała kroki, usłyszała cichy, lecz znajomy głos.
– Julianie, kochanie, jesteś pewien, że chcesz zaręczyć się z tą przybraną córką? Ona nawet nie nosi twojego dziecka!
Charmine stanęła jak wryta i odwróciła się w stronę źródła głosu. Zobaczyła swoją starszą siostrę, Tiffany Jordan, oraz Juliana – swojego narzeczonego – przy schodach.
– Oczywiście, że wiedziałem – odparł Julian swoim niskim, gardłowym głosem. – Byłem w pokoju obok jej sypialni, kiedy została napadnięta. Gdyby dowiedziała się, że to ty wszystko zaplanowałaś, nie oddałaby ci swoich piętnastu procent udziałów – dodał Julian, obejmując Tiffany w jej smukłej talii.
Sfrustrowana Tiffany warknęła.
– Nie rozumiem tego. Została adoptowana do naszej rodziny, więc dlaczego dziadek miałby dać jej piętnaście procent udziałów w firmie?! – jęknęła Tiffany, a jej twarz była tak delikatna i zwodniczo piękna, jak zawsze. Opierając się o pierś Juliana, kontynuowała: – Julianie, kochanie, czy gardzisz mną za to, co zrobiłam? Pewnie myślisz, że jestem okrutna, prawda? Wiedząc, że nie jestem tak naprawdę spokrewniona z rodziną Jordanów, wolisz teraz Charmine ode mnie, czyż nie?
– Nie bądź głupiutka, moja miłości. W chwili, gdy twoja mama podmieniła cię i umieściła w rodzinie Jordanów, stałaś się już jej członkiem. Poza tym Charmine jest tandetna i brzydka. Co z tego, że jest prawdziwym członkiem rodziny Jordanów? Nie pokochałbym jej, nawet gdyby należała do rodziny królewskiej! Nie martw się... Gdy tylko zdobędę wszystkie jej udziały, zostawię ją dla ciebie i wyprawię ci ogromne przyjęcie zaręczynowe, na jakie zasługujesz. A teraz pozwól mi ci to wynagrodzić.
Charmine nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała; wstrząs przeszył jej ciało, jakby została rażona piorunem. Nigdy nie wiedziała, że dziecko, które nosi, nie należy do Juliana. To nie Julian odebrał jej niewinność, lecz zupełnie obcy człowiek, któremu rozkazała to jej siostra? Że to ona – w rzeczywistości – była prawdziwą dziedziczką rodziny Jordanów, ale jej tożsamość została zamieniona przez matkę Tiffany?
Charmine nigdy nie zapomni znęcania się, jakiego doświadczyła tylko za to, że była „adoptowanym dzieckiem”. Wtedy Tiffany była jej jedynym źródłem pocieszenia; dużą, opiekuńczą siostrą, która mówiła jej, że to w porządku się nie uczyć i po prostu dobrze się bawić.
Przez cały ten czas Charmine myślała, że Tiffany jest jej najbliższą rodziną, że oddawała Tiffany wszystkie swoje najlepsze prezenty i szanse dane przez dziadka, w tym możliwość studiowania za granicą w Ameryce. Nigdy nie przypuszczała, że Tiffany była tą, która rujnowała jej życie przez osiemnaście lat! Co gorsza, jej narzeczony wiedział o wszystkim przez ten czas, a jednak pozwolił, by te rzeczy się działy. Julian nawet spiskował z jej siostrą!
– Szum…
Nieoczekiwany obrót zdarzeń sprawił, że Charmine cofnęła się w szoku, zataczając się do tyłu tak niefortunnie, że potrąciła stojący w pobliżu wazon.
Za-alarmowało to zarówno Tiffany, jak i Juliana, wciąż trwających w błogim objęciu. Spojrzeli w jej stronę z rozszerzonymi źrenicami.
– Charmine... Co ty tu robisz?! – zawołał Julian, a na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji.
Tiffany pospiesznie odepchnęła Juliana i poprawiła ubranie.
– Charmine, kochanie, to nie tak, jak wygląda. To tylko żart; Julian kocha tylko ciebie...
Charmine parsknęła na ten żałosny dobór słów przez Tiffany.
– Zakochany we mnie? Zakochany w moich udziałach, zakochany we wszystkich moich nieruchomościach, to masz na myśli! Julianie Cabell, Tiffany Jordan, chcę, żeby dzisiaj wszyscy poznali prawdę! – Charmine rzuciła się do biegu po schodach w dół.
Wszyscy byli na dole: goście z najwyższych sfer Burlington City, przyjaciele rodziny zarówno Jordanów, jak i Cabellów. Charmine chciała, by wszyscy wiedzieli, że to Tiffany jest adoptowanym dzieckiem, że Tiffany jest niczym innym jak okrutną i podłą kobietą.
– Charmine, nie waż się robić sceny! – Julian chwycił ją za nadgarstek, powstrzymując przed ucieczką. – Czy muszę ci przypominać, że jesteś w ciąży? Gdyby nie twoje udziały, w ogóle nie byłoby tych zaręczyn. Nie masz prawa być arogancka. Poza mną nikt inny nie chciałby ciężarnej osiemnastolatki!
Julian miał rację; miała tylko osiemnaście lat. Miała iść na uniwersytet, ale Tiffany zmieniła wszystko, aranżując tragedię Charmine. Nie mogąc kontynuować nauki, jej jedyną opcją było zaręczenie się z Julianem i stanie się pełnoetatową żoną, którą wszyscy gardzili. Kiedyś patrzyła na perspektywy tej przyszłości z taką czułością, ale dzisiejsze wydarzenia sprawiły, że zrobiło jej się niedobrze do głębi.
– Wolałabym umrzeć w samotności, niż być z takim draniem jak ty! – Charmine strząsnęła jego rękę i kontynuowała bieg po schodach.
Wtedy Tiffany uderzyła niepokojąca myśl: Jeśli wieść się rozniesie, będzie skończona.
– Charmine! – Wyciągnęła rękę i wyglądało na to, że chce przytrzymać Charmine. Zamiast tego jednak, mocno ją popchnęła.
– Aaa!
Charmine została zaskoczona, a jej ciężkie ciało spadło ze schodów. Jej korpus – zaokrąglony ciążą – uderzył o ścianę. Ciepła krew zaczęła sączyć się między jej udami.
– Julianie, kochanie, co teraz… Co teraz…?! Nie chciałam tego… Chciałam ją przytrzymać… – jęczała Tiffany, choć jej czyny nie pasowały do tonu głosu. – Boję się…! – zapłakała, a jej twarz zbladła ze strachu.
– Uspokój się. Ona zna nasz plan, więc na to zasłużyła. Sama się o to prosiła! – Z barbarzyńskim wyrazem twarzy zbiegł po schodach w stronę leżącej dziewczyny. Następnie wymierzył potężne kopnięcie w brzuch Charmine.
Raz! Dwa! Trzy!
– Aaaach!
Przeraźliwy ból przeszył brzuch Charmine. To był mężczyzna, z którym dorastała; osoba, która znosiła ją jako adoptowane dziecko; mężczyzna, który obiecał Charmine przyszłość. Jak mógł być dla niej tak okrutny?! Nienawidziła tego! Brzydziła się tym!
Coraz więcej krwi plamiło jej białą suknię, a podłoga stopniowo stawała się czerwona…
Niedługo potem Charmine, w swoim nieskończonym bólu, osunęła się w ciemność.
