Świętowanie stopniowo dobiegało końca, a w ogrodzie pozostali jedynie członkowie rodziny Jordanów. Zmęczony dzisiejszymi uroczystościami Senior Jordan postanowił udać się do swojego pokoju na spoczynek.
Jednak w chwili, gdy Senior Jordan wyszedł, Joey Young zwróciła swoje pełne nienawiści oczy na Charmine.
– Jesteś złym i okrutnym adoptowanym dzieckiem – warknęła. – Tiffany chroniła cię, odkąd byłaś mała, i bardzo cię kochała. Jak mogłaś jej to zrobić?!
– Nic nie zrobiłam. Czy to ja kazałam jej kupić fałszywy meteoryt? – padła nonszalancka odpowiedź Charmine, która nie dała się zastraszyć.
To tylko podsyciło gniew Joey.
– Została oszukana, a ty nawet nie raczyłaś jej ostrzec? Upokorzyłaś ją przy wszystkich! Czy tak traktujesz swoją siostrę?!
– Niech ktoś ją wyprowadzi. Rodzina Jordanów nie może zaakceptować takiej osoby! – warknął do swoich ludzi Adam Jordan, głowa rodu.
Kilku ochroniarzy wystąpiło naprzód, gotowych, by ją wywlec. Charmine jedynie wzruszyła ramionami, strącając ich ręce, i chłodno poprawiła kurtkę.
– Nie trzeba. Sama wyjdę.
I tak nie zamierzała zostać w rezydencji.
– Charmine, gdzie indziej możesz się zatrzymać? Mama i Tata nie będą długo źli, więc po prostu ich przeproś, dobrze? Serce mi pęknie, jeśli wylądujesz na ulicy… – Tiffany zmarszczyła brwi. Oczywiście nie miała „złamanego serca”; wręcz przeciwnie.
– Nie trzeba. Właściwie kupiłam kompleks willi, jakieś dwadzieścia kwartałów domów. Jestem dość zajęta zbieraniem czynszów. – Z lekkim uśmiechem Charmine wyciągnęła kilkaset kompletów kluczy i szybko się odwróciła. Dźwięk brzęczących kluczy towarzyszył każdemu jej krokowi.
Wszyscy gapili się z oczami szerokimi jak spodki. Kupiła tyle nieruchomości! Skąd wzięła pieniądze? Jak adoptowane dziecko zdobyło taką fortunę?
Charmine podeszła wtedy do Tiffany i stanęła obok niej, ramię w ramię.
– Ej, oszustko, lepiej się przygotuj – powiedziała ściszonym głosem, choć ostrzeżenie w jej tonie było więcej niż wyczuwalne.
– Teraz, gdy wróciłam, odbiorę to, co moje. A ci, którzy mnie wcześniej skrzywdzili? Lepiej niech wybiorą sobie boga i zaczną się modlić.
Choć na jej twarzy widniał niegroźny uśmiech, „uśmiech” Charmine przypominał potworną piranię w ciemności; był śmiertelnie niebezpieczny.
Tiffany stała się blada jak ściana, a jej nogi zrobiły się miękkie. Była przerażona. Charmine, która kiedyś była cicha i nieśmiała, zmieniła się w kobietę o tak potężnej aurze. Charmine kontynuowała marsz do wyjścia, dumna z siebie.
[Opuściła rezydencję!]
Charmine założyła kask i odjechała na swoim motocyklu. To nie był odpowiedni czas na oficjalny powrót. Nawet gdyby została, wszyscy dręczyliby ją za bycie „adoptowanym dzieckiem”, z wyjątkiem Dziadka. W końcu Charmine wróciła dla zemsty, a nie po to, by ją źle traktowano. Dzień, w którym dokona oficjalnego powrotu, będzie masowym świętem, witanym przez wszystkich.
Lśniący motocykl pędził z Burlington City do willi. Niedługo potem zadzwonił jej telefon. Zatrzymując się na poboczu, odebrała. Usłyszała sapanie po drugiej stronie, zanim osoba się odezwała:
– Panno Jordan, dlaczego nie dała nam Pani znać o powrocie? Moglibyśmy zorganizować transport. Mój szef przygotował dla Pani pięciogwiazdkową willę...
– Nie, w porządku – przerwała Charmine. – Wróciłam tylko w sprawach osobistych, więc nie zostanę na noc.
– Ale...
– Skontaktuję się z wami, gdy wszystko zostanie rozwiązane. Ale jeśli za bardzo się nudzisz, pomóż mi sprawdzić tożsamość wszystkich gości w hotelu Phoenix w Walentynki pięć lat temu, zwłaszcza wszystkich mężczyzn, którzy byli na najwyższym piętrze.
Charmine straciła cnotę w hotelu Phoenix pięć lat temu, w 2015 roku, i od tamtej nocy jej życie legło w gruzach. Nie pragnęła niczego bardziej, jak znaleźć mężczyznę, który zniszczył jej życie; sprawi, że zapłaci, gdy tylko go znajdzie.
– Oczywiście, zajmę się tym natychmiast – odpowiedział Kay, osoba po drugiej stronie.
Gdy zakończyła rozmowę, Charmine ponownie uruchomiła motocykl i odjechała z dużą prędkością. Była tak skupiona na planowaniu, że zupełnie nieświadoma furgonetki jadącej tuż za nią. Położona poza Burlington City willa była oddalona o zaledwie osiemset metrów, ale żaden intruz by tam nie trafił, gdyż okolica była bardzo cicha i odosobniona.
Wszystko potoczyło się zbyt szybko. Usłyszała głośny warkot silnika dobiegający z tyłu.
Bum!
Furgonetka z potężną siłą staranowała motocykl Charmine, a uderzenie wyrzuciło ją wysoko w powietrze, zanim spadła na pobocze drogi w pobliżu stromego zbocza.
Osłabiona Charmine zacisnęła powieki i chwyciła się czegokolwiek, by powstrzymać upadek. Jednak na niewiele się to zdało, gdyż stoczyła się ze wzgórza, nie mając nic, co mogłoby zamortyzować jej upadek. Motocykl roztrzaskał się i rozpadł na kawałki, a z wraku unosił się czarny dym.
Kierowca, gdy tylko wysiadł z furgonetki, natychmiast spojrzał na niebezpiecznie wysokie i śliskie wzgórza.
Podczas gdy jego oczy przeszukiwały teren, na który spadła Charmine, jego palce błądziły po telefonie.
– Panno Jordan, Charmine zeskoczyła z motocykla i stoczyła się ze wzgórza.
– Szukajcie jej natychmiast! Chcę jej ciała; żywej lub martwej!
*
Z poważnymi obrażeniami na całym ciele, Charmine leżała u podnóża wzgórza. Niestety, nie miała czasu na regenerację, gdyż usłyszała hałasy dobiegające z drogi powyżej. Szli po nią!
Dałaby im popalić, gdyby nie odczuwała tak ogromnego bólu. Gdy zebrała myśli, Charmine uważnie przyjrzała się otoczeniu i niedługo potem zobaczyła jaskinię zasłoniętą krzakami. Nie tracąc czasu, weszła do środka. W cichej jaskini oparła się o ściany i westchnęła.
Jednak ciszę przerwał chłopięcy głosik, wołający:
– Mamusiu! Mamusiu!
Zanim Charmine zdążyła zareagować, miękkie i ciepłe ciało pokryte błotem wpadło w jej ramiona. Kiedy spojrzała w dół na tę małą postać, jej oczy napotkały małą, okrągłą buzię z wielkimi, łzawiącymi oczami sarny. Chłopiec spojrzał na nią i zamrugał.
